10 denerwujących zachowań klientów

Na które musisz się przygotować, jeśli zamierzasz pracować w sklepie z ciuchami.

Jak mówi stare, polskie porzekadło: „Żadna praca nie hańbi”; zwłaszcza wtedy, kiedy jest się studentem studiów dziennych, który zapragnął niezależnego życia nie mając zielonego pojęcia o tym, że stosunek wysokości pensji w pracy dorywczej do kosztów utrzymania wypada zdecydowanie na niekorzyść tego pierwszego. A później lament, płacz i dieta składająca się z parówek i zupek chińskich, bo w portfelu 50 zł, a do «dziesiątego» jeszcze daleeeko...

Nie zrozumcie mnie źle: pod przysłowiem „Żadna praca nie hańbi” podpisuje się ręcami i nogami, bez chwili wahania. Nawet pisałem o tym na blogu, o tutaj. Zdecydowanie wolę zarobić pieniądze, niż dostać je od rodziców czy babci, i podjąłbym się każdej pracy (no prawie każdej...) byleby nie być czyimś utrzymankiem. Jednocześnie nie widzę nic złego w przyjmowaniu pomocy finansowej od innych. Ciężko jest studiować i pracować jednocześnie; ponadto, studia dzienne wykluczają pracę «na etacie», a wiadomo, z dorywczej trudno jest opłacić mieszkanie, zapełnić lodówkę, i żeby jeszcze zostało na inne wydatki (proszek do prania, kserówki, alkohol i narkotyki).

Studiowanie w trybie dziennym narzuca jeszcze jedno ograniczenie: ze względu na zajęcia, które najczęściej odbywają się rano lub popołudniu, w grę wchodzi tylko praca wieczorami i w weekend. A to z kolei oznacza, że «normalnej» pracy można co najwyżej skinąć głową na do widzenia, i zacząć szukać zatrudnienia w sklepach z ciuchami, stoiskach-wysepkach w centrach handlowych, lub w osławionych mcdonaldsach.

Mnie akurat przyszło pracować w sklepie z ciuchami (OK, to nie do końca był tylko sklep z ciuchami, ale wiecie, nie mogę wam zdradzić za dużo, bo jutro do moich drzwi zapuka dwóch panów w czarnych garniturach, a wy tydzień później przeczytacie mój nekrolog na fejsie—także ciiiii!!). Nie nazwałbym tego swoją wymarzoną pracą, ale i powodów do narzekań nie było zbyt wiele. Trochę bolało, że większość weekendów w miesiącu spędzałem w pracy, a czasem trzeba było dosłownie wybiec z zajęć, żeby zdążyć na swoją zmianę; w zamian za to jednak wypłata była uczciwa (adekwatna do ilości przepracowanych godzin), a i na nudę nie można było narzekać.

O to ostatnie szczególnie dbali klienci, którzy za punkt honoru postawili sobie «uprzyjemnianie» mojego czasu pracy. Ciężko jest mi wspomnieć o wszystkich dziwnych i absurdalnych sytuacjach, do których doszło podczas mojej prawie 3 letniej kadencji—o niektórych mogliście przeczytać na fanpejdżu bloga—jednak udało mi się wyróżnić kilka powtarzających się zachowań, z którymi zetknięcie się od razu podnosiło ciśnienie krwi i wywoływało dziką chęć mordu.

Oto i one

 

| 1. Dzikie tłumy w weekend.

 

Czy istnieje lepszy sposób na spędzenie niedzielnego popołudnia, niż wyprawa całą rodziną na zakupy do galerii handlowej? Przeładowany parking, tłumy przy kasach i rozwydrzone, nieposłuszne bachory biegające po sklepach, a na koniec rodzinny obiadek w fastfoodzie—to jest to!

OK, może ten punkt trochę nie pasuje do tematu tekstu, ale jeśli będziesz pracował w weekendy w sklepie z ciuchami (lub co gorsza, w jednym z fastfoodów do którego tłumnie ciągną wspomniane wyżej rodziny), to przygotuj się na totalny armagedon.

 

 

| 2. „Kupuję tylko skarpetki, ale z portfela wyciągam 10 tys. złotych w bilonie”.

 

Wyobraź sobie taką sytuację: podchodzi do ciebie (do kasy) łysy sebix w przyciasnej koszulce i rzuca na ladę paczkę skarpetek, plus ewentualnie jakieś bokserki. Kasujesz towar, podajesz kwotę do zapłaty (zwykle nie więcej niż 100 zł), po czym on, rozglądając się wokół czy na pewno wszyscy patrzą, zamaszystym ruchem sięga do kieszeni dresów i wyciąga gruby rulonik banknotów spięty gumką recepturką. Zaczyna odliczać pieniądze, a w ruloniku jak nic ma z 10 tysi, po czym dopytuje jeszcze „ile to tam wyszło”, żeby się przypadkiem nie pomylić. Rzuca kasę na ladę, po czym czeka cierpliwie na całe 12 groszy reszty i z burknięciem przypominającym „do widzenia” odchodzi od kasy.

No wiocha jak chuj.

Od razu widać po gościu, że nie jest typem, który na co dzień szasta grubym hajsem (wybiera najtańsze skarpety i majty), a kasę ma ze sprzedaży bitego passata z Niemiec. Poza tym, kozaczenie pieniędzmi to chyba najgorszy sposób na zaimponowanie sprzedawcy. To już lepiej ładnie się uśmiechnąć.

 

| 3. „Niemowa”.

 

Podchodzi do kasy bez słowa. Wykłada rzeczy na ladę bez słowa. Nie reaguje na twoje pytania, unika kontaktu wzrokowego, zamiast mowy artykułowanej używa gestów sugerujących chęć zapłaty kartą. I tylko na odchodnym jego twarz wykrzywia skurcz, który w zamyśle autora ma uchodzić za uśmiech.

 

| 4. „Kasuj to, dziwko!”.

 

Klient podchodzi do kasy, po czym unosi koszyk z zakupami, wysypuje całą jego zawartość na ladę, a następnie wyjmuje telefon z kieszeni i zaczyna scrollować tablicę facebooka. Również bez słowa.

Przed tobą piętrzy się potężny stos zmiętych ze sobą ubrań i wieszaków, którego rozbrajanie przypomina grę w jengę—jeden fałszywy ruch i wszystko ląduje na podłodze. Po trzydziestu minutach zauważasz, że klient zaczyna się niecierpliwić. Z facebooka przełączył się na Instagrama, a tobie rzuca wymowne, zniecierpliwione spojrzenie.

 

| 5. Rozmawianie przez telefon przy kasie.

 

To kwestia budząca szczególnie duże kontrowersje wśród sprzedawców.

Jeśli chodzi o mnie, to w ogóle mnie to nie ruszało. Jeśli klient gada przez telefon podczas transakcji—jego wybór, ja robię swoje i tyle. Wiem natomiast, że niektórzy kasjerzy są na to wybitnie uczuleni i mogą np. nie obsłużyć klienta, dopóki ten nie skończy rozmowy. Jakby się nad tym zastanowić, to właśnie tak sprzedawca powinien postąpić: przecież niegrzecznie jest się wtrącać lub przerywać komuś, gdy rozmawia przez telefon.

Z drugiej strony: zdarzali się i klienci, którzy rozmawiali przez telefon stojąc w kolejce, a po podejściu do kasy przepraszali rozmówcę i przerywali rozmowę na czas obsługi. Wnioskuję zatem, że to jednak klient jako pierwszy popełnia faux-pas, jeśli w porę nie przerwie rozmowy.

Szach-mat, klienci!

 

| 6. Zakupy na ostatnią chwilę.

 

No bo po co ustawić się w kolejce wcześniej, słysząc, że sklep zostanie zamknięty za 10 minut, skoro można poczekać, aż kierownik zmiany do wypraszania klientów zacznie używać środków przymusu bezpośredniego, i właśnie wtedy popędzić do kasy z wózkiem pełnym zakupów.

Od zawsze też zastanawiali mnie ludzie, którzy przychodzili na zakupy np. na dziesięć minut przed zamknięciem sklepu. Czyli o 20:50. Do sklepu. Z ciuchami! Ja rozumiem, że ktoś mógł np. zapomnieć parówek na kolację i pędzi do biedry na złamanie karku, bo zaraz zamykają. Ale żeby iść w nocy do sklepu po skarpety? Really?

 

| 7. „Bez krzyku i przekleństw niczego nie załatwisz”.

 

Sprzedawca nie chce dać ci rabatu, który przecież ci się należy? Wydrzyj na niego mordę! Kasjer pomylił się i dwa razy skasował tą samą rzecz? Co z tego, że jeszcze nie zapłaciłeś! Lepiej od razu zmieszaj go z błotem! Kierownik nie chce przyjąć zwrotu towaru, bo zgubiłeś paragon, przedmiot nosi ślady użytkowania i w ogóle to nawet nie jest z tego sklepu, ale i tak chcesz go zwrócić? Zwyzywaj go na oczach wszystkich! Jak śmie cię oskarżać o cokolwiek!

Pamiętam, jak kiedyś podszedł do mnie klient, którego obsługiwałem na kasie kilka minut wcześniej, i tocząc pianę z ust wykrzyczał: „Jak Pan śmie! Na paragonie jest 39 zł, ja dałem Panu pięć dych, a pan wydał mi 9 zł reszty! Jak tak można! To skandal! Gdzie są moje 2 zł ja się pytam!? Chcę natychmiast rozmawiać z kierownikiem tego burdelu!”; na co ja, rzuciwszy okiem na paragon, ze spokojem odpowiadam: „Ależ proszę pana, to nie jest paragon z naszego sklepu”.

Gościu najpierw się zająknął, spojrzał na paragon, później na mnie, wybełkotał jakieś „przepraszam” i poszedł w pizdu.

 

 

| 8. Królowe przymierzalni.

 

W sklepie z ciuchami oprócz kas miejscem kontaktu klienta z pracownikiem jest też magiczne miejsce zwane przymierzalnią. Generalnie «przymierzalnia», jak nazwa sugeruje, służy do «przymierzenia» ciuchu celem sprawdzenia czy wybrany przez rozmiar pasuje, tudzież czy owy ciuch dobrze na nas leży. Ewentualnie, w przymierzalni można też strzelić sobie fotę w ciuchu na który nas nie stać, żeby później pochwalić się kolegom i koleżankom na Instagramie; najlepiej, aby na zdjęciu widoczna była też metka z ceną, żeby znajomi widzieli, w jak drogich ciuchach się bujasz.

Ale to będziesz jeszcze w stanie przełknąć. Najgorzej, jak trafi ci się gruba baba ze zbyt ciasnymi sukienkami do przymierzenia, która poprosi cię o pomoc w dopięciu zamka. I weź takiej grzecznie wytłumacz, że „nie, przykro mi, ale w eMkę to się Pani nie wciśnie, proszę raczej spróbować XXL, ewentualnie XXXL jak będzie”. True story.

 

| 9. „Przecież to wasza praca!”

 

To, że o porządek w sklepie trzeba dbać, bo nawiedzają go dzikie hordy klientów, to rzecz całkowicie normalna. Zdarzają się jednak wyjątkowo złośliwe bestie, dla których odłożenie rzeczy na swoje miejsce to zbyt wielki wysiłek.

Kiedyś zwróciłem uwagę takiemu jednemu. Facet brał marynarkę ze stojaka, wieszak odrzucał gdzieś na bok, po czym samą marynarkę, już po przymierzeniu, odrzucał z powrotem na stojak i brał kolejną. I tak w kółko. Chyba z dziesięć razy. Nawet jego żona zareagowała i powiedziała, że to niegrzeczne, na co on, patrząc mi twarz (bo akurat stałem naprzeciwko nich) odpalił: „No co? Przecież sprzątanie po klientach to wasza praca" i zaserwował mi najbardziej świński uśmiech w historii uśmiechów i świń.

Teoretycznie... facet ma rację. To pracownicy dbają o porządek na sklepie. Co nie oznacza, że trzeba się zachowywać jak ostatni cham i celowo siać spustoszenie na półkach i wieszakach.

A wszystko to wynika z

 

| 10. Braku kultury.

 

Wyobraź sobie, że podchodzi do ciebie klient i bez wstępu, bez żadnego «dzień dobry» rzuca oschle: „gdzie skarpety?”. Odpowiadasz grzecznie i instruujesz go, jak dotrzeć do tych upragnionych skarpet, a on już w pół zdania odchodzi od ciebie nawet nie kwapiąc się na słówko podziękowania.

Kurde, niby to tylko głupie «dzień dobry» i «dziękuję», prawda? Ale są klienci, którzy pamiętają z podstawówki, że to w jaki sposób odnosimy się do siebie nawzajem w jakiś sposób o nas świadczy. I potrafią wyrzucić z siebie te podstawowe zwroty grzecznościowe.

---

Nie chcę tutaj moralizować, a tekst piszę z zamiarem raczej rozbawienia czytelnika, niż zwrócenia jego uwagi na jakiś problem, ale kurcze, wystarczy odrobina szacunku i trochę kultury, i wszystkim nam będzie żyło się lepiej. Naprawdę.