4 wnioski po przeczytaniu "4-godzinnego tygodnia pracy"

"Nie bądź płatnym niewolnikiem od 9.00 do 17.00."

 

Czytanie jest dobre. Ustaliliśmy to już kiedyś w innym tekście, i ja bynajmniej nie zamierzam się z tego wycofywać. W dalszym ciągu uważam, że powinno się czytać dużo, i że może nam to przynieść wymierne korzyści: jeśli nie dobre oceny na świadectwie, to chociaż możliwość zabłyśnięcia mądrym cytatem na kolacji z rodziną.

W tym samym tekście wyznałem również, że mimo tak gorliwego namawiania wszystkich wokół do czytania, nie miałem w rękach książki od dłuższego czasu. Pokornie przeprosiłem sam siebie i po krótkim biczowanku poprosiłem was o polecenie jakiegoś tytułu. Spośród kilku komentarzy tylko jedna osoba wzięła moją prośbę na serio i coś zasugerowała, także ten... Czytajcie ze zrozumieniem, cholery jedne! Mimo wszystko, długo się nie zastanawiając, wybrałem jedną pozycję i pobiegłem do biblioteki.

Przeczytaliście kiedyś książkę, która zmieniła wasze życie? Książkę, którą dosłownie pożarliście w kilka dni i po zamknięciu okładki jeszcze długo nie mogliście się opędzić od myśli z nią związanych? Czy przeczytaliście kiedyś coś tak mocnego, co fundamentalnie odmieniło wasze pojmowanie sensu i istoty życia? Cóż... „4-godzinny tydzień pracy” Tima Ferrissa zdecydowanie taką książką nie jest. Nie oznacza to jednak, że nie warto się nią zainteresować.

 

A oto sam Tim.

A oto sam Tim.

 

W następnych akapitach opowiem wam o czterech wnioskach, do jakich doszedłem po lekturze „4-godzinnego tygodnia pracy”. To luźne spostrzeżenia odnośnie treści zawartych w książce, które w jakiś sposób na mnie podziałały - zmusiły do myślenia bądź też utwierdziły we własnych przekonaniach. Nie będzie to więc recenzja w pełnym tego słowa znaczeniu, choć jeśli masz ochotę, możesz jako taki ten tekst potraktować.

Na pewno warto, abyś przeczytał „4-godzinny tydzień pracy”. Chociaż książka wydana została już jakieś dziesięć lat temu, to jej treść w żaden sposób się nie przedawniła. Skierowana jest głównie do ludzi «na etacie» lub też przedsiębiorców, ale nawet młodsi będą w stanie uszczknąć z niej coś dla siebie. Być może właśnie na młodych, czyli studentów, lub tych jeszcze przed pierwszą pracą, podziała najbardziej stymulująco i pozwoli spojrzeć na życie z troszkę innej perspektywy.

 

MOJE WNIOSKI

 

1. | Nie pracuj dla samej pracy.

 

W głównej mierze dotyczy to właścicieli firm bądź jakiejkolwiek innej działalności; ja np. odniosłem to swojego bloga. Najwygodniej będzie mi to wytłumaczyć na przykładzie. No więc mam takiego znajomego. Prowadzi swoją firmę od ponad dwóch dekad. Startując ze swoim biznesem musiał się ostro napracować: wchodził na rynek, który w okolicy był już praktycznie «obsadzony», więc kombinował jak szalony żeby się wybić. Udało mu się, i chociaż nie zawsze było kolorowo, to ugruntował swoją pozycję i teraz... No właśnie, chciałbym napisać, że popija słodki nektar w cieniu palm na Bahamach, ale tak nie jest. Jest dokładnie odwrotnie: znajomy spędza w pracy po 12/14 godzin i rzadko kiedy bierze wolne. Dlaczego?

Jak wspomniałem, jego firma ma stabilną pozycję. W zasadzie mógłby oddać kierownictwo zaufanemu pracownikowi, samemu doglądając od czasu do czasu, czy nic złego się nie dzieje, i skupić się na zasłużonym wypoczynku. Nie zrobił tego, bo wpoił sobie, że jeśli nie będzie zapierdalał, to firma upadnie. Wcześniej napisałem, że znajomy «spędza w pracy» dużo czasu; i celowo użyłem tych słów, bo większą część dnia zabiera mu szwendanie się po zakładzie i odbieranie telefonów od klientów, którzy chcą tylko pogadać. Prawda jest taka, że z powodzeniem mógłby pracować po 4 godzinny dziennie, wykonując tylko najważniejsze zadania, i nie stałaby się żadna tragedia. On jednak uparcie twierdzi, że firma «go potrzebuje» i choćby przez cały dzień miał odbierać nieważne telefony i łazić w kółko, to będzie to robił. A wieczorem wróci do domu i będzie narzekał, że musi tyle pracować.

Ja sam zauważyłem, że prowadzenie bloga wpędziło mnie w pułapkę «fałszywej produktywności». Wydawało mi się, że im więcej czasu spędzam robiąc cokolwiek związanego z blogiem (posty na fejsie, odpowiadanie na komentarze, maile, szlifowanie tekstów, robienie zdjęć), tym bardziej przyczyniam się do jego sukcesu. Bardzo często zdarzało się, że codziennie robiłem dosłownie pierdoły, zamiast skupić się na jednym ważnym zadaniu. Czas płynął, na liście zadań odhaczałem kolejną pierdołę, a pod koniec dnia i tak nie osiągnąłem niczego konkretnego. Ale czułem się tak bardzo produktywny, że rozpierała mnie duma. Po przeczytaniu książki powiedziałem jednak: dość!

 

2. | „Koniec zarządzania czasem”.

 

W rozumieniu: koniec wypychania kalendarza ogromem nic nie znaczących zadań po to tylko, aby poczuć się produktywny. Nie, to że zrobiłeś dzisiaj miliard nic nie ważnych rzeczy nie oznacza jeszcze, że byłeś produktywny. Produktywność powinna być rozumiana jako wydajność, czyli osiągnięcie pożądanego efektu w jak najkrótszym czasie. Ustalaj sobie jeden, maksymalnie dwa ważne cele na dzień i staraj się je zrealizować tak szybko, jak tylko jest to możliwe.

W takim planowaniu pomaga również narzucanie sobie krótkich terminów na wykonanie zadania. Nie jest sztuką wyznaczenie sobie dwóch celów i ślęczenie nad nimi cały dzień. Wiele osób mówi mi, że najbardziej produktywni stają się im szybciej zbliża się «deadline»; dopiero wtedy, pod presją czasu, czują motywację do działania. Dlaczego by więc samemu nie narzucić sobie krótkiego terminu i zmotywować się do wydajniejszej pracy?

Ja nie potrafię funkcjonować pod presją czasu. Czuję silny stres i zamiast działać, zaczynam martwić się o przeróżne pierdoły. Zauważyłem jednak, że jeśli narzucam sobie krótki termin, zostawiając w zapasie trochę czasu na nieprzewidziane okoliczności, pracuję wydajniej. Komfort psychiczny zapewnia mi również świadomość, że mam tylko jedno, ewentualnie dwa zadania na dziś. Mogę więc skupić swoje myśli wyłącznie na nich, i jeśli zadbam o odpowiednią atmosferę pracy zapieprzam jak królik.

Kiedyś myślałem, że jako bloger, muszę być w sieci non-stop. Muszę wyłapywać newsy, odpowiadać na komentarze i dbać o to, aby na moich kanałach stale się coś pojawiało, bo inaczej Internet się zawali. Później odkryłem kilka narzędzi, które skutecznie pomogły mi zautomatyzować część procesów i zauważyłem, że jak się zepnę, to poszczególne społecznościówki jestem w stanie ogarnąć w jeden dzień. A spokój mam na cały tydzień.

 

3. | Praca zdalna/automatyzacja is everything.

 

Praca zdalna, jeśli jesteś pracownikiem «na etacie»; automatyzacja, jeśli prowadzisz własną działalność.

Zdradzę wam pewien sekret: moim «zawodowym» celem na życie jest doprowadzenie do sytuacji, w której do zarabiania pieniędzy wystarczą mi laptop i Internet. Tyle. Założenie bloga było jednym z kroków jaki podjąłem, by go osiągnąć. Kolejnym jest zdobycie wykształcenia w wybranej przeze mnie dziedzinie oraz znalezienie odpowiedniej pracy lub założenie własnej firmy, która będzie umożliwiać zarabianie w ten sposób. Wydaje się skomplikowane?

Tak naprawdę jest mnóstwo dziedzin, które umożliwiają taki styl życia. Informatyka, tłumaczenie, copy-writing, grafika komputerowa, czy właśnie blogowanie - wszystkie te branże wymagają jedynie komputera i podłączenia do Internetu, aby móc pracować. Możesz znajdować się w dowolnym miejscu na Ziemi, a i tak jesteś w stanie zarabiać na życie. Wyobraź sobie, że wylatujesz na miesiąc do Hiszpanii, nie przerywając pracy nad nowym projektem. Sounds cool, huh?

Jeśli posiadasz własną, «stacjonarną» firmę, to też nie jest źle. Istnieje wiele zabiegów, których możesz dokonać, aby zminimalizować potrzebę twojej obecności w firmie. Po co robić wszystko samemu, jeśli część swoich obowiązków (a nawet wszystkie) jesteś w stanie przenieść na jednego, dwóch pracowników. Jak powtarza mój szef: „pamiętaj, nie ma ludzi niezastąpionych”, i to samo tyczy się również ciebie.

Jednak abyś w pełni zrozumiał piękno pracy zdalnej i automatyzacji, musimy porozmawiać o pieniądzach.

 

4. | Pieniądze nie są warunkiem koniecznym określonego stylu życia.

 

Wielu ludziom wydaje się, że aby wieść wymarzone życie, trzeba zarabiać mnóstwo pieniędzy. Marzą oni o dalekich podróżach, a rypią po czternaście godzin dziennie w pracy. Dorabiają się powoli swojego majątku robiąc rzeczy, które nie sprawiają im przyjemności, a najlepsze lata życia uciekają im sprzed nosa. Co z tego, że mają pieniądze, skoro nie mają czasu, aby z nich skorzystać? Zapracowują się więc na śmierć w imię lepszego jutra, a gdy już ono nadejdzie (na wątpliwej emeryturze) zdają sobie sprawę, że tak naprawdę nie wiedzą, co robić.

Wydaje mi się, że istotą książki Ferrissa jest zrozumienie jednej rzeczy: czas jest walutą równą pieniędzy. Co z tego, że zarabiasz 10 tysięcy złotych miesięcznie, skoro pracujesz siedem dni w tygodniu. Czy nie bogatszy jest ten, kto zarabia pięć tysięcy, ale poświęca na to tylko trzy dni? Co ty byś wybrał?

Patrzymy na «bogaczy», którzy wyjeżdżają na wakacje cztery razy do roku, i zazdrościmy im. Myślimy, że na swoje podróże wydają fortunę i dosłownie toniemy w obowiązkach i kolejnych zleceniach, próbując dorobić się swojej. Tymczasem okazuje się, że spełnianie marzeń nie jest takie drogie. Sam jestem tego dobrym przykładem.

Spędziłem w Stanach ponad 3 miesiące. Jak myślisz, ile na to wydałem? Być może przeczytałeś poprzedni tekst i już to wiesz. Jeśli nie, przypomnę ci: ok. 2 700 zł. Dużo? Jak na trzy miesiące? Nie sądzę. Wystarczyło tylko dobrze poszukać, skorzystać z możliwości, do jakich mają dostęp studenci, i voila! Praktycznie pokryłem jedynie koszty przelotu, a resztę zarobiłem na miejscu, poznając przy okazji masę ciekawych ludzi i nawiązując nowe przyjaźnie.

Tak naprawdę pieniądze są tylko wymówką ludzi, którzy nie mają odwagi podjąć kilku stanowczych kroków by spełnić swoje marzenia. To wcale nie musi być podróżowanie; możesz zostać tam, gdzie jesteś, ale wygospodarować więcej czasu na rzeczy, którymi chcesz się zająć. Zapamiętaj: pieniądze nie są warunkiem koniecznym określonego stylu życia. Do «życia» potrzebny jest także czas.

Nie pozbawiaj się go wyłącznie w imię pieniędzy.

 

 

 

———

 

 

 

Wiecie jakie książki lubię najbardziej? Takie, które sprawiają, że zaczynam myśleć.

Po przeczytaniu „4-godzinnego tygodnia pracy” moja głowa dosłownie parowała. Zacząłem zastanawiać się, co będzie przydatne dla mnie; z jakiej wiedzy mogę skorzystać. Tak naprawdę o to właśnie chodzi—nie musisz łykać wszystkiego, o czym mówi autor. Weź to, co pasuje do ciebie, i wciel w życie, aby je poprawić. W książce Ferrissa udało mi się znaleźć kilka takich rzeczy. Wiele spraw już wcześniej krążyło mi po głowie, ale nie potrafiłem nadać tym myślom kształtu.

To moja rada dla ciebie: przeczytaj „4-godzinny tydzień pracy” i wybierz coś dla siebie. Zachęcam cię do zastanowienia się przynajmniej nad tymi sprawami, o których wspomniałem w tym tekście; książka oferuje znacznie szerszą perspektywę w tych tematach. O jednym mogę cię zapewnić: «coś» na pewno tam znajdziesz.