8 powodów, przez które nie cierpię chodzić do kina

Rezerwacja biletu, odpowiedni strój wyjściowy, dojazd na miejsce... A to dopiero początek wyliczania.

Nigdy nie byłem fanem chodzenia do kina. Idea oglądania filmu na ogromnym ekranie z «wyrafinowanym» dolby i setką ludzi na sali jakoś nigdy mnie nie przekonywała. Po prostu. Druga sprawa, to że naprawdę ciężko o coś wartościowego do zobaczenia w ostatnim czasie. W kinach królują albo amerykańskie superprodukcje, których najbardziej udanym elementem jest ich trailer, albo nowa polska komedia z Szycem, Adamczykiem i tym ostatnim, no... Jak on miał... Ten przystojny. Yyy... No ten. Karolak!

Mam też w sobie coś takiego, że jeśli do na ekrany wchodzi nowy film, na którego zobaczeniu z jakiegoś względu naprawdę mi zależy, to wolę poczekać na jego premierę DVD (ew. na torrentach) niż od razu kupować bilet do kina. Wolę skupić się na filmie w domowym zaciszu, z słuchawkami na uszach, nie tracąc nic przy jego odbiorze i chłonąc wszystko to, co dana produkcja ma do zaoferowania. Nie wyobrażam sobie pójść do kina np. na Whiplasha.

Wyjście do kina kojarzy mi się bardziej z aktem towarzyskim, aniżeli z pragnieniem przeżycia jakiś artystycznych uniesień. Idziesz z dziewczyną lub znajomymi, bawicie się razem na filmie, później dyskutujecie w barze na jego temat przez jakieś piętnaście minut i tyle. Dopijacie piwko, wracacie do domu, a na filmwebie dajecie mu siedem i pół. I tak, jak poruszyłem kwestie ideologiczne, praktyczne i osobiste, które od kina mnie odpychają, tak równie stanowczo muszę wyznać, że mimo wszystko do kina chodzę. Nieregularnie, raczej rzadko, a nawet bardzo rzadko, ale chodzę. Ostatnio obejrzany film? Deadpool. Wcześniej? Za cholerę nie mogę sobie przypomnieć (czyt. bardzo dawno temu).

Niezależnie od tego, czy do kina wybieram się w ramach «aktu towarzyskiego», czy też jednak nie mogę doczekać się premiery na płycie, zawsze, ale to ZAWSZE przydarza mi się tych osiem rzeczy.

 

1. Kolejki.

Tak wiem, istnieje możliwość kupienia biletów on-line i zaoszczędzenia sobie tego przykrego epizodu, ale jakoś nigdy z tej opcji nie skorzystałem. W sumie to nawet sam nie wiem, dlaczego. Zawsze klikam opcję «Zarezerwuj» a potem stoję z trzydziestoma innymi idiotami i podziwiam plakaty promujące filmy sprzed dekady. A co słyszę jak już podejdę do okienka?

—Przykro mi, pańska rezerwacja została anulowana.

—Ale spóźniłem się tylko cztery minuty, a wszystko dla tego, że przez piętnaście minut kwitnąłem w tej jebanej kolejce!

—Przykro mi, pańska...

Pół biedy, jeśli nikt nie zdążył wykupić miejsc, które właśnie ci przepadły. Bo tłumacz się później znajomym/dziewczynie, że przez twoje spóźnienie film oglądać będziecie z prawego górnego rogu na końcu sali, który od ekranu oddalony jest o jakieś półtora kilometra.

Do rzeczy negatywnych, jeśli chodzi o stanie w kolejce w kinie, należy także smrodek dochodzący z pobliskiego stoiska z jedzonkiem. A właśnie, jak w ogóle można coś takiego jeść?

 

2. Jedzenie.

Jak dla mnie, zasada jest jedna: jesteś głodny, żryj w domu. Nie rozumiem ludzi, którzy dostają podniety na widok popcornu albo nachos; zachowują się, jakby ktoś ustawił przed nimi wykwintną kaczkę z kawiorem w restauracji z trzema gwiazdkami Michelin. A co znajdziemy w kinowym menu?

Naczosy podawane «na miękko», jakby stały na parapecie tydzień, zostawione na pastwę bakterii i procesów rozkładu. Salsa do naczosów, skomponowana z taniego keczupu z dodatkiem worka pieprzu. I wreszcie gwóźdź programu: popcorn. Prawdopodobnie ten sam, który gwoździem programu był wczoraj. I przedwczoraj. Prawdopodobnie w rękach kogoś innego. Yummy.

Jest jeszcze cola/pepsi/wyrób pepsicolopodobny. Specjalnie dla ciebie rozgazowany, abyś nie musiał się obawiać przypadkowego beknięcie podczas seansu. Bon appetit!

 

 

3. Czekanie na seans.

W związku z tym, że musiałeś przyjść wcześniej, aby odebrać bilety, na które i tak straciłeś rezerwację, zostało ci jeszcze pół godziny do seansu. Co robić? Ano klapnij sobie wygodnie na kanapach!

Jeśli tylko jesteś jednym z siedmiu szczęśliwców, dla których miejsca na kanapie w tym olbrzymim kinie zostały przewidziane.

 

4. Reklamy.

Czy może raczej CZTERDZIEŚCI MINUT JEBANYCH REKLAM. Z zegarkiem w ręku, słowo harcerza. Tyle właśnie będziesz musiał wycierpieć, zanim dane ci będzie w końcu obejrzeć film, na który przyszedłeś. Trailery filmów, które mają tego samego, mówiącego głosem pełnym napięcia lektora, i które w gruncie rzeczy wyglądają tak samo, przeplatane reklamami podpasek, leków na rzeżączkę oraz cisowianki. I to wszystko w cenie biletu.

A kto siedzi obok ciebie?

 

5. Grubas na siedzeniu obok.

Niekoniecznie musi to być grubas, ale doświadczenie pokazuje, że osoba, która obok ciebie, w trakcie filmu, mierzy się z wyzwaniem zjedzenia całego kinowego menu, to statystycznie osoba ze sporą nadwagą.

W lewej ręce dzierży pudełko z naczosami, w prawej colę, a między nogami kurczowo trzyma największy kubeł popcornu, jaki widziałeś w życiu. Na twoje szczęście, naczosy zdążył już wpierdolić podczas reklam; na nieszczęście, w zanadrzu ma jeszcze popkukurydzę. Z colą obchodzi się jak z drogim, długo-dojrzewającym winem, wysysając ją do ostatniej kropelki spomiędzy kostek lodu. Echo jego siorbania rozchodzi się jeszcze długo po tym, jak w kubeczku kończy się napój.

 

6. Ludzie.

Tacy, którzy swoją obecnością starają się jak najbardziej popsuć ci seans. Rozmawiają, albo «po cichu» tłumaczą sobie oglądany film; śmieją się nie wtedy, co trzeba (może właśnie zdążyli sobie coś wytłumaczyć?) albo szeleszczą nielegalnie przemyconymi do kina czipsami. Albo strzelają foty na snapa. Tak, na snapa. W KINIE.

Sytuacja ze snapem przydarzyła mi się właśnie podczas sensu Deadpoola. Parka strzelała sobie fotki z kina, głośno się przy tym śmiejąc. Robili to podczas reklam, więc jakoś specjalnie nie przykuło to mojej uwagi, natomiast starszy facet siedzący obok mnie nie wytrzymał. Wstał i ryknął na nich jak ksiądz z ambony. Chamsko, ale skutecznie.

 

7. Inne.

Dzwoniące telefony, piesze wędrówki do toalety (akurat podczas tej ważnej sceny), kiepskie tłumaczenie. A propos: NIGDY nie chodź na filmy z lektorem. Ja oduczyłem się tego dawno temu bo, pomijając tłumaczenie, lektor zagłusza nie tylko głosy aktorów, co zrozumiałe, ale i wszystkie inne dźwięki filmu. Poza tym, lubię słyszeć naturalny głos aktora, bo czasem znam już jego brzmienie i jestem do niego przyzwyczajony. A zatem, jakie by nie były, zawsze wybieram napisy. Dubbing tylko w wypadku filmów animowanych.

 

8. Ewakuacja.

Właśnie to przypomina mi próba wyjścia z sali kinowej. Główna postać wypowiada ostatnią kwestię, «kurtyna» opada, jeszcze nie zdążą pojawić się napisy końcowe, a ludzie już koniecznie chcą opuścić salę. Jakby nagle wybuchł pożar. Nie zwracają uwagi na to, że światła jeszcze się nie zapaliły (dla niewtajemniczonych: to właśnie sygnał do wyjścia) tylko brną przed siebie, potykając się o twoje nogi, zrzucając twój płaszcz z siedzenia naprzeciwko, i jeszcze robiąc ci wyrzuty, że im przeszkadzasz.

Analogicznie: wkurwia mnie sytuacja, kiedy to ja próbuję wyjść, bo jest już definitywnie po seansie, a trzy miejsca dalej siedzi facet, z nogami wyrzuconymi daleko przed siebie. Śpi? Delektuje się muzyką? Nie żyje?

 

 

———

 

 

Co was najbardziej denerwuje w kinowych seansach?