Byłem we Lwowie!

Mini-relacja z wyjazdu do Lwowa.

Siedzieliśmy na kanapie popijając wino. Był styczeń. Na zewnątrz mróz, chyba śnieg, w kalendarzach definitywny koniec świątecznego wypoczynku. „Hej”, zapytała, „a gdybyśmy tak pojechali do Lwowa?”.

Znów zawaliliśmy plany Sylwestrowe. Rokrocznie obiecujemy sobie, że wybierzemy się w ładne miejsce, zakończymy rok z przytupem, i kolejny raz nie wyszło. Powód zawsze taki sam: jak już zaczynamy planować, to okazuje się, że nie mamy dużego wyboru. Postanowiliśmy więc zostać w domu, a pieniądze zaoszczędzone na sylwestrze wydać w inny sposób; na przykład na jakąś podróż.

„Do Lwowa?” pytam, a moją twarz leciutko wykrzywia sceptyczny grymas. Na Ukrainę? Tam gdzie bieda i zacofanie? I wojna? „Do Lwowa” odpowiada, po czym przedstawia mi szereg solidnych argumentów «za», to jest pokazuje zdjęcia, tłumaczy, a na końcu dodaje: „bardzo bym chciała”. To jej „bardzo bym chciała” ma niesamowitą siłę sprawczą. Czasem zastanawiam się, czy jeśli każdy człowiek na Ziemi usłyszałby jej „bardzo bym chciała” z odpowiednim dopełnieniem, to na planecie zapanowałby pokój. Patrzę na zdjęcia, słucham jej opowieści i myślę sobie: „tak właściwie, to czemu nie?”. Nigdy nie brałem tego kierunku świata pod uwagę - za wyjątkiem Dalekiej Azji - a to na pewno będzie ciekawe doświadczenie. W najgorszym razie moje niczym nie poparte uprzedzenia się potwierdzą i ze spokojem będę mógł mówić, że „na tej Ukrainie to tak i śmak, i w ogóle bida!”.

„Do Lwowa!” komenderuję, a wyraz jej twarzy upewnia mnie, że podjąłem dobrą decyzję.

 

Opera Lwowska

Opera Lwowska

 

No i polecieliśmy.

Polecieliśmy i … pierwszego dnia pobytu, czyli w piątek, od razu rozłożyło mnie choróbsko. Rozłożyło na tyle skutecznie, żeby zatrzymać w pokoju na pół dnia, a przez kolejne pół pozwolić na zaledwie krótki spacer, podczas którego nawet nie chciało mi się wyjmować aparatu. Z kolei w niedzielę, czyli ostatni dzień wyjazdu, kiedy byłem już w pełni sił i postanowiliśmy wrócić do miejsc, których wcześniej nie sfotografowałem, zaczęło padać. Na dobre rozpadało się koło godziny 15 i mimo, że zaopatrzyliśmy się w parasol, ciężko było robić cokolwiek w taką pogodą.

Piszę o tym, bo zwykle w moich relacjach z podróży jest sporo zdjęć. We Lwowie udało mi się tych zdjęć zrobić bardzo niewiele, z czego połowę w fatalnych warunkach, bo nad miastem ciągle wisiały chmury. W tekście znajdziecie więc kilka, z których jestem w miarę zadowolony, ale to tylko przedsmak tego, co można zobaczyć na miejscu.

Ostatnia rzecz - do tych którzy na blogu są od niedawna - niniejszy tekst nie jest standardową relacją z podróży. Nie jestem typem hardkorowego turysty, dla którego głównym celem wyjazdów jest zobaczenie jak największej liczby «atrakcji». Celem moich podróży jest próba wkomponowania się w dane miejsce; na tyle, by chociaż poczuć jego klimat. Rzadko planuję cokolwiek przed wyjazdem - wolę iść na żywioł. Nie powiem wam więc, co musicie we Lwowie zobaczyć; podzielę się natomiast paroma spostrzeżeniami i opowiem o tym, co robiłem ja, a wy sami zdecydujecie, czy warto się tam wybrać.

Pozwolę sobie jednak podpowiedzieć: owszem, warto :)

 

 

MIASTO

 

Jest przepiękne.

Nie takie odpicowane/odmalowane-na-błysk-przepiękne. Jest raczej odwrotnie; wiele tu sypiących się kamienic, pordzewiałych dachów i obrośniętych mchem pomników. Mnóstwo zabytkowych budynków przypomina ruiny i nawet w tak centralnym punkcie miasta, jakim jest Rynek, fasady kamieniczek wciąż czekają na renowacje. Podobnie rzecz ma się z miejską infrastrukturą: chodniki tylko wyczekują nieuważnych przechodniów, żeby skręcić im kostki, a większość dróg, jeśliby przeciąć je w poprzek i spojrzeć na ich przekrój, biegnie linią sinusoidalną.

Tyle że wszystkie te «wady» zarazem tworzą klimat miasta.

Będąc we Lwowie miałem wrażenie, jakbym cofnął się w czasie. Nie pod względem technologicznym; pod tym względem Lwów spokojnie nadąża za polskimi miastami. Chodzi mi o to, że wszystko tu jest stare. Stare są budynki, pomniki i ławki w parku. Stare są tramwaje i autobusy, które swym łoskotem z daleka zapowiadają przybycie. Stare są ulice, uliczki i alejki, wijące się plątaniną skrzyżowań przez miasto. I nie chodzi mi o «stare» w domyśle: zniszczone, brzydkie, zaniedbane. Mam na myśli raczej «stare» - piękne, niepowtarzalne, z duszą. A przy tym wszystkim unosi się zapach historii, historii niezwykle burzliwej i z mocnym polskim akcentem, co sprawia, że miasto ogląda się z zaciekawieniem.

Mnie bardzo się podobało :)

 

 

Z racji tego, że nasze airbnb znajdowało się tuż przy Rynku, właśnie tam rozpoczęliśmy zwiedzanie miasta.

Sam Rynek niczym szczególnym mnie nie ujął - ot, kilka ładnych kamieniczek, tłum ludzi, i jeszcze więcej różnego rodzaju naganiaczy. Szczególnie denerwujący był człowiek-pieróg (dosłownie: facet przebrany za wielkiego pieroga), który stał na środku chodnika i mamrotał coś w niezrozumiałym dla nikogo dialekcie. I tak za każdym razem, kiedy go mijaliśmy; a mijaliśmy jakieś trzysta razy dziennie. Za. Każdym. Razem.

Warto jednak na Rynek się wybrać, chociażby ze względu na mnogość kawiarni i restauracji (o których mowa później), a także po to, by powłóczyć się uliczkami doń prowadzącymi. W owych uliczkach znajdziecie wszystko: począwszy od wspomnianych kawiarni i restauracji, przez bary i winiarnie, na sklepach z pamiątkami i cukierniach kończąc. Najwięcej jednak znajdziecie tam sklepów z sprzętem i akcesoriami Apple. Dosłownie przy każdej uliczce, w którymś momencie natkniecie się na szyld z podświetlonym jabłuszkiem.

W drodze na Rynek mijaliśmy słynną Operę Lwowską. Z zewnątrz budynek zachwyca; to chyba najbardziej obfotografowany przeze mnie obiekt we Lwowie. Wewnątrz jest … ładnie, ale cała monumentalność budowli gdzieś się gubi. Na miejscu okazało się, że opcji na zwiedzenie opery od środka nie ma; można za to kupić bilet na spektakl i wtedy połazić sobie po budynku. Tak też zrobiliśmy, w efekcie czego wylądowaliśmy w małej, prywatnej loży ze świetnym widokiem na scenę, na której grano … „Kopciuszka”. Nie rozumiałem ani słowa, nie mniej występ obejrzeliśmy do końca.

 

Opera Lwowska - w środku

Opera Lwowska - w środku

 

Zapamiętam też wizytę w Parku Iwana Franki.

Ja ogólnie lubię parki; ku wielkiemu niezadowoleniu Aldonki, która twierdzi, że to nuda i strata czasu. Dla mnie jednak parki to bardzo ważne miejsce w przestrzeni miejskiej: im lepsze parki w mieście, tym bardziej mi się ono podoba. Nie wyobrażam sobie Poznania bez Cytadeli czy Sołacza.

Park Iwana Franki to stosunkowo niewielki obszar. Usytuowany jest naprzeciwko imponującego gmachu Lwowskiego Uniwersytetu Narodowego, którego Franko również jest patronem, i stanowi nieco spokojniejszą przestrzeń w bardzo zgiełkliwym mieście. Wizytę w parku zapamiętam głównie dlatego, gdyż zatrzymaliśmy się tam na krótki odpoczynek po dłuższym spacerze i niebo akurat się przejaśniło. Gorąca kawa w ręce, piękne widoki, ukochana przy boku - ah, czy mężczyźnie potrzeba w życiu czegoś więcej?

Ostatnim miejscem we Lwowie, o którym chcę wspomnieć, jest Cmentarz Łyczakowski. Wiem, wiem - cmentarz? Szczerze mówiąc, ja też nie jestem fanem tego typu «atrakcji»; ani z kościołem, ani z religią mi nie po drodze. Z tymże Cmentarz Łyczakowski to nekropolia zabytkowa. Mnóstwo tu nawet dziewiętnastowiecznych pomników i grobowców, a niektóre z rzeźb naprawdę robią wrażenie - czy może raczej przyprawiają o ciarki. Mnóstwo jest tu też polskich grobów - co wcale nie powinno dziwić, bo jeszcze sto lat temu Lwów leżał na terenie ówczesnej Polski. Nie ukrywam więc, że z zaciekawieniem eksplorowaliśmy wąskie alejki cmentarza, wypatrując polskich nazwisk na nagrobkach.

Warto też wspomnieć, że Cmentarz Łyczakowski to miejsce pochówku Orląt Lwowskich, czyli polskich mieszkańców Lwowa, którzy walczyli w obronie miasta przeciwko oddziałom wojsk ukraińskich, a później Armii Czerwonej.

 

Cmentarz Łyczakowski

Cmentarz Łyczakowski

 

JEDZENIE

 

Nie ma się co oszukiwać - pod względem kulinarnym we Lwowie naprawdę można sobie dogodzić. Nie tylko za sprawą świetnych i różnorodnych restauracji, ale także ze względu na ceny - za obiad dla dwóch osób w wysokiej klasy lokalu zapłacicie ok. 50 zł. Nie będę was oszukiwał - oj, dogadzaliśmy sobie z Aldonką :)

Śniadania jedliśmy zwykle w Lviv Croissant - sieci małych knajpek z wypasionymi «kurosantami» i kawą. Menu lokalu jest dosyć bogate, więc na weekendowy wyjazd powinno bez problemu wystarczyć. Jednak najlepsze śniadanie we Lwowie - i prawdopodobnie w całym swoim życiu - zjedliśmy w Cukorze. Cukor to kolejna ukraińska sieć, reklamująca się hasłem „breakfast day'n'night”; i zaprawdę, śniadania mają nieziemskie. Nie jest to najtańsza opcja, ale cholera - warto. Ja zamówiłem posiłek w stylu angielskim i po ujrzeniu go na talerzu wszystkie moje troski poszły w niebyt. A smakowało jeszcze lepiej!

 

Śniadanie w Cukorze :)

Śniadanie w Cukorze :)

 

Z obiadami było różnie. W zasadzie «na mieście» zjedliśmy tylko raz, bo urzekła nas kolejna ukraińska sieć - tym razem o wdzięcznej nazwie Marusia - której lokal znajdował się tuż pod oknami naszego pokoju. W Marusi zjecie pyszne varenyky, czyli mini-pierożki z rozmaitym nadzieniem w cieście w różnych smakach. Mając do wyboru długi spacer w deszczu w poszukiwaniu restauracji a znajdującą się pod nosem Marusię - częściej wybieraliśmy to drugie. Wspomniany «obiad na mieście» zjedliśmy w restauracji o polskim rodowodzie - w Atlasie. Lokal został założony w roku 1871, lecz dopiero niedawno otworzono go ponownie. Okres swej świetności Atlas przechodził w dwudziestoleciu międzywojennym, kiedy spotykali się tu znani polscy artyści i politycy. Dziś również można znaleźć tu polskie akcenty - rysunki czy napisy na ścianach. W Atlasie zjedliśmy przepyszny obiad, który był nieco droższy niż przyzwyczaja do tego Lwów, nie mniej według mnie - zdecydowanie wart swojej ceny.

Dzień zwykle kończyliśmy kolacją. Piszę «zwykle», bo zdarzało się, że po solidnym śniadaniu i obfitym obiedzie, przeplatanymi kawą z ciastem, na kolejny posiłek zwyczajnie nie mieliśmy ochoty. A jeśli już jedliśmy, to w fantastycznej Khinkalʹnyi, dzięki której pokochałem kuchnię gruzińską. W knajpce zjedliśmy przepyszne chinkali, od którego lokal wziął nazwę, ale to chaczapuri po adżarsku zdobyło moje serce. Wiem, że nazwa dania brzmi trochę jak sekretny cios karate, ale jeśli macie okazję spróbować kuchni gruzińskiej - nawet się nie zastanawiajcie.

 

Uliczki Lwowa

Uliczki Lwowa

 

LUDZIE

 

Powiem to wprost: pod względem ludzi Lwów nas zawiódł.

I nie chodzi o to, że byliśmy źle traktowani lub ktokolwiek zrobił nam coś złego. Zdarzało nam się spotkać miłych i życzliwych ludzi, nie mniej większość spotykanych przez nas osób była w najlepszym wypadku obojętna. Czasami wręcz czuliśmy niechęć; czasami padały niemiłe słowa, których nie mieliśmy zrozumieć, a jednak rozumieliśmy.

Problem w tym, że nie mam pojęcia, z czego to wynikało. Zdaję sobie sprawę, że Ukraina to kraj o bardzo burzliwej i niewesołej historii. Zdaję sobie sprawę, że nawet czasy teraźniejsze nie są dla Ukraińców powodem do radości. Jestem nawet w stanie zrozumieć niechęć do Polaków, biorąc pod uwagę relacje polsko-ukraińskie a także to, jak Polacy potrafią zachowywać się za granicą. Nie rozumiem jednak jawnej niechęci do kogoś, kogo widzisz po raz pierwszy, kto jest dla ciebie życzliwy, i kto na dodatek chce kupić twój produkt/usługę.

Wiecie, w jakim języku komunikowaliśmy się na Ukrainie? Po angielsku, bo na dźwięk rosyjskiego (którym mówi Aldonka) Ukraińcy nawet nie reagowali, a kiedy zwracaliśmy się do nich po polsku, to i tak odpowiadali po ukraińsku, którego nie rozumiemy. Dopiero na dźwięk angielskiego wykazywali chęć do dogadania się. Dziwne, biorąc pod uwagę, że całkiem niedawno Lwów leżał na terenie Polski, że nawet na drzwiach naszego airbnb wisiała skrzynka z napisem „Listy i gazety” - po polsku - i że zdecydowanie łatwiej dogadać się z kimś, kto mówi do ciebie w miarę znajomo brzmiącym języku.

 

Pomnik Adama Mickiewicza

Pomnik Adama Mickiewicza

 

Takie skrzynki na listy można spotkać w całym Lwowie

Takie skrzynki na listy można spotkać w całym Lwowie

 

Tak czy inaczej, czy warto wybrać się do Lwowa?

Moim zdaniem - zdecydowanie tak. Samo miasto jest przepiękne i, jak dla mnie, to już jest wystarczający powód. Do tego dochodzą wyśmienite restauracje i niskie ceny, i Lwów robi się naprawdę atrakcyjnym miejscem na szybki, weekendowy wypad; zwłaszcza, że tutejsze lotnisko obsługuje tanich przewoźników lotniczych.

A Wy? Co myślicie o Lwowie? Byliście? Planujecie się wybrać? :)

___

Wszystkie zdjęcia w tekście są mojego autorstwa. Ładne, nie? :d