Co jest nie tak z TWOIM makeupem

Czyli cała prawda o damskim makijażu.

 

Podkład, korektor, bronzer, puder, kredka do brwi, cienie do powiek, kredka do oczu, tusze do rzęs, róże, a do tego szminki, pomadki i konturówki. Nie zapominajmy o konturówkach.

Jeśli jesteś facetem, jak ja, to pewnie nie zdawałeś sobie sprawy (jak ja), że mniej więcej tylu typów kosmetyków używają kobiety robiąc sobie makeup. Jeśli jesteś kobietą, to założę się, że potrafiłabyś wymienić co najmniej dziesięć innych, a do tego po pięć nazw producentów do każdego z osobna oraz które z nich będą na promo w rossmanie w najbliższym czasie.

Zawsze imponowało mi, że kobiety się malują. Poważnie. Bardzo imponuje mi, że codziennie poświęcacie (nie oszukujmy się, jeśli to czytasz to na 95% jesteś kobietą) swój cenny czas na mozolne nakładanie makijażu, warstwa po warstwie, kreska po kresce, siedząc przed lusterkiem i wywijając tymi wszystkimi dziwnymi przyrządami tak blisko tak cennego organu, jakim są oczy. Jeszcze większe wrażenie robią na mnie sumy, jakie kobiety przeznaczają na kosmetyki; jak kiedyś zobaczyłem paragon z zakupów w drogerii, podczas których moja dziewczyna kupiła „tylko podstawowe rzeczy”, to w oniemieniu złapałem się za głowę. I już mniej absurdalna wydaje mi się dzika gonitwa do rossmana o ósmej rano, bo „o jezu jest promocja -50% na wszystkie podkłady, idę rano bo te suki wszystko mi zabiorą!!1!”. Jak sam miałbym płacić normalną cenę, to też wolałbym wstać wcześniej i postać chwilę na mrozie przed otwarciem sklepu.

To, że kobiety się malują, imponuje mi z jeszcze jednego powodu: być może nieskromnie, ale czuję się bezpośrednim adresatem tych wszystkich starań. W zasadzie to wszyscy my, mężczyźni, tak się czujemy; i śmiać mi się chce kiedy kobiety mówią, że malują się «dla siebie». Niezależnie od płci, wszystko co robimy by wyglądać dobrze, robimy po to, by wyglądać dobrze w towarzystwie. W towarzystwie innych ludzi, na ulicach, w sklepach, w pracy i gdziekolwiek indziej. Żaden facet nie stoi przed lustrem pół godziny układając włosy, jeśli wie, że akurat tego dnia zobaczyć go może co najwyżej sąsiad spod piątki. Żadna kobieta nie spędza godziny na robieniu makeupu wiedząc, że i tak nigdzie dzisiaj nie wyjdzie.

Bądźmy szczerzy.

Do czego zmierzam? Mówiłem na poważnie z tym malowaniem; naprawdę imponuje mi, że kobiety poświęcają tyle czasu, energii i pieniędzy tylko po to, by wyglądać dobrze. Co więcej, jestem tak daleki jak to tylko możliwe od twierdzenia, że powinnyście tego zaprzestać: uważam, że nie ma nic złego w pragnieniu wyglądania lepiej. ALE, zdarzyło mi się również spotkać/zauważyć kilka kobiet, na których makijaż reakcja mogła być tylko jedna: damn', girl!

„Wiem, że chcesz wyglądać lepiej, ale nie musisz starać się AŻ TAK!”.

 

SIEDEM GRZECHÓW GŁÓWNYCH

 

A w zasadzie to dwa. Tylko dwa.

 

[STOP]. Dlaczego o tym piszę? Bynajmniej nie chcę was pouczać, Drogie Panie; na temat malowania się i kosmetyków do makijażu wiem tyle, ile przeciętny facet powinien o tym wiedzieć. Chcę tylko zaprezentować męski punkt widzenia w tych kwestiach; powiedzieć o tym co mnie, jako mężczyźnie, rzuca się w oczy, a być może nie powinno. I chociaż męskie gusta odnośnie damskiego makijażu mogą i pewnie różnią się, to wydaje mi się, że w tym tekście prezentuję dosyć powszechnie panujący wśród samców punkt widzenia.

Tyle.

 

PO PIERWSZE: Im mniej, tym lepiej.

 

Poważnie. Wg mnie udany makijaż, to niezauważalny makijaż. «Niezauważalny» dla męskiego, niewprawnego oka, oczywiście. Ameryki nie odkryję jeśli powiem, że my, mężczyźni, nie zwracamy zbytnio uwagi na szczegóły; przynajmniej na te dotyczące damskiego wyglądu. Już prędzej zauważylibyśmy zmianę felg w samochodzie koleżanki z pracy, niż nową fryzurę własnej partnerki. Dlatego delikatny, dopasowany i nierzucający się w oczy makijaż to właśnie to, w co powinnyście celować. Większość mężczyzn nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że kobieta się maluje, aż do momentu, kiedy widzą ją bez makijażu. Żyjemy w błogiej nieświadomości myśląc, że wy po prostu tak wyglądacie. Nie zwracamy uwagi na wszystkie drobne zabiegi które stosujecie, by zakryć to i owo, a uwydatnić tamto i owamto. I wiecie co? Niech tak zostanie. Dlatego właśnie uważam, że im bardziej stonowany i mniej rzucający się w oczy jest makijaż, tym lepiej wygląda kobieta.

 

 

Oczywiście istnieją sytuacje, w których mocniejszy makijaż będzie jak najbardziej wskazany. Możecie poszaleć od czasu do czasu, np. malując się na imprezę, bo przecież wybierając się do klubu nie zakładacie dżinsów i swetra. Makijaż powinien odpowiadać stylistyce miejsca, więc odrobinę więcej «magii» nie zaszkodzi.

I o ile uważam, że mocniejszy makijaż na wyjście do klubu jest OK, tak kompletnie nie rozumiem krzykliwego, imprezowego makijażu na co dzień. «Imprezowego», czyli takiego, który aż kłuje w oczy nawet przeciętnego Kowalskiego i jest rozpaczliwym wołaniem: „EJ! EJ TY! Tu jestem! Zwróć na mnie uwagę!”.

Ostatnio spotkałem tak umalowaną panią w banku. Usiadłem przy jej stanowisku, a ona zatrzepotała kokieteryjnie długimi rzęsami, potężną falą wiatru strącając wszystkie kartki z biurka. Spoglądając na jej twarz, stwierdziłem: „Wow! Niezła opalenizna! Musiała być niedawno na wakacjach w jakimś słonecznym miejscu”, po czym pani, przedstawiając się, uścisnęła moją dłoń. Szybki rzut oka na rękę wystarczył, by stwierdzić: „Wow! Brak opalenizny! A więc jej twarz musiała być niedawno na wakacjach w jakimś słonecznym miejscu!”.

Najgorsze w mocnym makijażu jest to, że jeśli Panie stosują taki na co dzień, to później ciężko im zabłysnąć makeupem na imprezie. No bo co? Brwi se na biało pomalują? Brylanty na twarzy powieszą?

A zaraz...

 

PO DRUGIE: Im mniej, tym lepiej! (znowu?)

 

Jeśli już używasz podstawowego zestawu do makijażu, czymkolwiek on dla ciebie jest, to błagam, proszę i kajam się pokornie u twych stóp: nie przesadzaj z jego ilością.

Ja rozumiem, że makijaż służy zakrywaniu niedoskonałości, ale choćbyś nie wiem jak się starała, i tak nie uda ci się zakryć ich WSZYSTKICH. A widząc niektóre panie na ulicy mam wrażenie, że właśnie taki challenge sobie wybrały: zakryć absolutnie wszystko, co w szerokiej opinii społeczeństwa może zostać uznane za niedoskonałość.

 

 

Zauważyłem, że dużo kobiet, mimo stosowania dobrze dobranego i niekrzykliwego makijażu, ma tendencję do przesadzania z pudrem/podkładem/szpachlą/ czymkolwiek innym, co często pokrywa wasze twarze. Łoo borze, jak ja tego nie cierpię! Wszystko jest spoko, dopóki taka dziołcha nie wyjdzie z zacienionego, dobrze klimatyzowanego miejsca, albo nie zacznie zbyt często się uśmiechać. Bo tak: wyjdzie na słońce, i nawet ślepy zauważy, że nie żałowała sobie tapety; gęba świeci jej się jak bombka na choince. Zrobi się trochę gorąco, to podkład zaczyna jej się ważyć, a później ściekać z twarzy jak w jakimś horrorze klasy b. A ty zaczynasz zastanawiać się, czy spod jej skóry nie wyłoni się zaraz metalowy szkielet, a ona powie do ciebie: „Hasta la vista, baby!” z austriackim akcentem*.

I wreszcie uśmiechanie się. Malując się, kobiety nie biorą pod uwagę tego, że skóra ich twarzy w pewnych miejscach się rozciąga, napina lub zgina. A podkład niechętnie będzie dotrzymywać jej kroku. Wystarczy chwila, i gładka jak u noworodka buźka jest bardziej spękana niż ziemia w Kenii.

 

I NA KONIEC...

 

Chodzi o to, dziewczyny, że malując się mocno na co dzień, przyzwyczajacie wszystkich wokół, że to jest wasz «normalny wygląd”; a przynajmniej my, mężczyźni, tak was zapamiętujemy. Wszechświat ma jednak to do siebie, że straszny z niego skurywysyn: koniec końców zdarzy się tak, że wyjdziesz do ludzi niepomalowana. Nie będziesz miała czasu na nałożenie tony pudru, ani na zrobienie rzęs i oczu. I co? Nie raz przyłapywałem znajome na takim nieplanowanym «no makeup day»; no dobra, tak całkowicie «no makeup» to pewnie nie były, ale wiecie o co chodzi. Przyznam szczerze: wolałbym jednak nie przyłapywać. Niektóre wyglądały okropnie: oczu w ogóle nie miały, brwi wyparowały gdzieś w kosmos, a o istnieniu ust przypominał tylko wydobywający się z nich głos. Normalnie grecka tragedia.

Co innego, jeśli dziewczyny używają bardziej stonowanego makijażu; wtedy dysonans pomiędzy wyglądem «Z» i «BEZ» makijażu nie jest tak duży. Niby widać, że czegoś tam brakuje, ale na pierwszy rzut oka ciężko stwierdzić, czego. Mały heads-up dla wszystkich facetów: jeśli dziewczyna podoba ci się bez makijażu, ożeń się z nią. To może być ideał.

Pamiętajcie, dziewczyny, że nadmiar makijażu to broń obosieczna: być może i uda się wam nabrać kilku znajomych lub przechytrzyć kilku facetów swoim gładkim licem (hasztag LOL), ale prawda w końcu wyjdzie na jaw; przyjdzie dzień, że staniecie przed tymi ludźmi obnażone.

Pomyślcie o tym.

 

 

 

———

*TAK. To było odniesienie do „Terminatora”. Kto zauważył, pjona!