Co w Ameryce wkłada się dzieciom do buzi

Kilka słów o fenomenie kuchni amerykańskiej i jej mrocznych tajemnicach.

 

W oczach przeciętnego Kowalskiego «Ameryka» to kraina colą i burgerem płynąca. Wyobrażenia na temat kuchni amerykańskiej, o ile taki termin można w ogóle zastosować, ograniczają się do trzech przymiotników: dużo, tłusto i niezdrowo. Jak jest w rzeczywistości? Ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie, bo: a) nie lubię uogólnień, a Stany są tak ogromnym i wielokulturowym krajem, że wszelkie próby spłycenia całej jego kuchni do poziomu pojedynczego tekstu byłyby jednym wielkim niedopowiedzeniem; b) oprócz kampowej kuchni i dwóch czy trzech barów, nie miałem okazji popróbować «amerykańskiej» kuchni. Nie zadziałam więc w myśl zasady „nie znam się, to się wypowiem”. Tak wiem, sam jestem tym faktem zaskoczony.

Na jaki zatem temat mogę się wypowiedzieć? Cóż, z racji tego że mija mój 50 dzień w kampowej kuchni mogę wam opowiedzieć, jak wygląda przygotowywanie jedzenia «u nas». A, uwierzcie mi, jest o czym opowiadać.

Niby ten świat taki mały, niby to kultura staje się coraz bardziej jednolita, a wystarczy tylko, niezbyt dużym nakładem pieniężnym, wybrać się na drugą stroną tego świata i szok kulturowy gwarantowany. Czym zaskoczyła mnie kuchnia mojego kampu? Jak wygląda gotowanie? I wreszcie, co w Ameryce wkłada się dzieciom do buzi?

Zacznijmy od

 

PRZYGOTOWYWANIE JEDZENIA

 

Pierwszą zasadą kuchni jest czystość. Siatki na włosy lub czapki, gumowe rękawiczki, bawełniane fartuszki—to wszystko jest obowiązkowym elementem naszego wyposażenia przed rozpoczęciem jakiegokolwiek działania w kuchni. Kroiłeś mięso a teraz masz umyć owoce? Zmień rękawiczki. Wyrzucałeś śmieci a teraz musisz kroić mięso? Zmień rękawiczki. Zanosiłeś brudne naczynia do umycie a teraz odkładasz czyste na miejsce? Zmień rę-ka-wi-czki! Nie ma przebacz. Do tego dochodzi jeszcze monstrualna ilość środków chemicznych, których używamy do czyszczenia posadzki i sprzętów. Czystość przede wszystkim!

Kolejna zasada kuchni to: oleju nigdy za wiele. Ilości tego złotego płynu, jakie zużywamy podczas przygotowywania jedzenia są wprost porażające. Tu prawie wszystko smaży się na głębokim oleju: frytki, ziemniaki, kurczaki, a i jakąś paprykę czasem zdarza się wrzucić do frytkownicy. Cholera, olej dodajemy nawet do sałatek! Kiedyś szefowa kuchni zapytała mnie, czy smakuje mi tutejsze jedzenie. Nie chcąc już na początku znaleźć się na czarnej liście, odpowiedziałem, że ogólnie to nie ma na co narzekać, ale jednak trochę dużo tego oleju. „Dużo!?”-zapytała zdziwiona szefowa. „Nie, wcale nie tak dużo. Inni dają jeszcze więcej. Poza tym, później jedzenie podgrzewamy w piekarniku, więc olej w y p a r o w u j e”. Wow. Przyznam szczerze, że o parowaniu oleju w wysokiej temperaturze to jeszcze nie słyszałem.

W kuchni występuje też dziwne zjawisko, które postanowiłem nazwać, jakże oryginalnie, efektem McDonalds'a. Polega ono na tym, że w procesie przygotowywania potrawy, jej składniki wywołują raczej odruch wymiotny, niż nadaktywność ślinianek; zaskakująco jednak, wychodzi z tego całkiem smaczne żarełko. Dajmy na to: kotlety hamburgerowe. Widząc je na blasze mógłbyś pomyśleć: „ktoś wdepnął w psie gówno, wyciął z niego kółko i ładnie ułożył”. Wystarczy je jednak usmażyć, zapakować w bułkę, dodać ser i voila! Cheeseburger rodem z wspomnianego McDonalds'a!

OK, jedzenie gotowe; a co konkretnie wkłada się amerykańskim dzieciom do buzi?

 

BREAKFAST

 

Śniadanko zawsze wygląda mniej więcej tak samo. Z pieczyw do wyboru jest chleb tostowy lub bajgle; do tego dwa rodzaje sera topionego, serek wiejski, dżemik oraz warzywka: pomidor, który smakuje jak piasek, oraz ogórek, który smakuje jak… Ogórek. Do pieczywka można też wziąć sobie jajko na twardo; i tu mała ciekawostka: jajka na twardo przychodzą do nas już ugotowane, w wiaderkach, bez skorupek. Powtarzam: bez skorupek. No sorry, ale jajkom z wiaderek bez skorupek nie ufam. Nawet nie spróbowałem. Jeśli nie przepadamy za pieczywkiem, to można skusić się na jogurty lub owocki, ewentualnie tradycyjne danie śniadaniowe amerykańskich domów: płatki z mlekiem.

Oprócz rzeczy wymienionych powyżej, które na stole można znaleźć zawsze, serwujemy kilka «rarytasów». Absolutnym hitem jest jajecznica. Jeśli poprosilibyście, abym dał wam na nią przepis, brzmiałby on: wsyp jajecznicę do garnka i zalej gorącą wodą. Dodaj w pizdu oleju, zamieszaj, przypraw według uznania; gotowe! Zero ściemy. Nie wierzyłem, bo jajecznica smakuje całkiem nieźle, dopóki nie zobaczyłem na własne oczy: ona naprawdę jest z proszku. God bless America! Z jajecznicą serwujemy również kiełbaski wyglądem i konsystencją przypominające psią kupę (nie żebym sprawdzał kiedyś konsystencję psiej kupy; tak mi się skojarzyło). Od początku nie budziły mojego zaufania, więc nawet ich nie spróbowałem. Ktoś jednak powiedział mi, że ich smak nie zostaje daleko w tyle za konsystencją i wyglądem.

Kolejnym rarytasem jest bekon. Bekon, tj. ichni boczek, jest ulubieńcem kampowiczów, zwłaszcza tych przybyłych z Wysp Brytyjskich. Cieszą się jak dzieci, a do pełnego szczęścia brakuje im tylko czerwonej fasoli i jajka na miękko. Ja nie byłem przekonany co do bekonu; zdobyłem się jednak na odwagę i któregoś pięknego dnia wziąłem go ze smakiem do buzi. Zong! Smak kawałka kartonu umoczonego w oleju pozostał do końca śniadania.

 

LUNCH/ DINNER

 

Tutaj należy się chwilka wyjaśnienia. W Stanach lunch godziną podawania odpowiada naszemu obiadowi, natomiast dinner to… No właśnie. Dla większości Amerykanów dopiero dinner to obiad, jednak z racji tego, że u nas podawany jest jako ostatni posiłek, będę go nazywał kolacją. I na obiad zatem, i na kolację podajemy mniej więcej to samo; oba posiłki wrzucam więc do jednego akapitu.

Jak wspomniałem na początku, wyobrażenia Polaków na temat amerykańskiej kuchni można by spłycić do trzech przymiotników: dużo, tłusto i niezdrowo. Chociaż samozwańczo nazywam się człowiekiem o szerokich horyzontach, nie inaczej było ze mną. I wiecie co? Wszystkie moje podejrzenia… Jak dotąd się sprawdziły. Oni naprawdę jedzą jajecznicę, ziemniaki (!) i bozia sama wie co jeszcze z proszku. Oni naprawdę jedzą burgery, pizzę i inne fastfoody na obiad, tzn. jako drugi po śniadaniu posiłek. I może dla innych nie wydaje się to dziwne, ale takie posiłki zdarzają się kilka razy w tygodniu. Co więcej, niezjedzone dania odgrzewa się dnia następnego; może więc zdarzyć się, że jeśli tak sobie zażyczy, amerykańskie dziecko do buzi dostanie pizzę na obiad dwa dni z rzędu (zaskakująco, na kampie praktycznie nie ma otyłych dzieci). Nie wiem jak wy, ale ja nie jadam pizzy na obiad… No chyba że w niedzielę.

A co oprócz tych niekończących się burgerów i pizzy? W menu mamy jeszcze tacos, tortille, spaghetti; kurczaka w sosie słodko-kwaśnym, kurczaka w panierce; meatballs (czyli że klopsy) oraz ryż w sosie sojowym; a do tego chicken strips, chicken nuggets (absolutni faworyci dzieciaków) albo mozarella strips (zamiast kurczaka: mozarella). Yummy, huh?

Jeśli chodzi o posiłki przygotowywane na lunch alb dinner, to występuje jeszcze jedna prawidłowość: otóż 8/10 z tych dań przygotowywanych jest z mrożonek. Tylko dwie dziesiąte wszystkich potraw przygotowywanych jest ze świeżych produktów. A i całą tą świeżość należałoby postawić w cudzysłów, bo niektóre «świeże» rzeczy potrafią przeleżeć w lodówkach kilka dni. W Stanach wszystko jest pre-packed i deep frozen. Amerykanie uwielbiają pre-packed i deep frozen.

 

NA KONIEC…

 

To właśnie pakuje się dzieciom w Ameryce w buzie. Wszystko smażone na głębokim oleju, wszystko z lodówy, głęboko mrożone. Mało jest rzeczy gotowanych, a jak już trafią się jakieś warzywka, to smakują gorzej, niż wyglądają. A nie wyglądają za dobrze. Ja sam jestem wielkim fanem warzywek, ale te tutejsze smakują okropnie. Mając do wybory brokuł i kawałek pizzy, wybieram pizzę. Jak zresztą większość osób.

Mam również wrażenie, jakby jedzenie to nie dostarczało mi żadnych wartości odżywczych. To tak, jakbym jadł papier w różnych smakach: głód zaspokojony, ale nic poza tym.

Nie wiem, jak długo jeszcze pociągnę. Jeśli miałbym nie wrócić, szepnijcie o mnie dobre słówko rodzinie i znajomym. Opowiedzcie o blogerze z Polski, który wyjechał za Wielką Wodę, by już nigdy nie wrócić. Opowiedzcie, że umarł śmiercią bohaterską, w walce, nie dając sobie wcisnąć kolejnego burgera do buzi!

Niech żyją ruskie pierogi!