Co wydarzyło się w Atlantic City

Mimo, że do zmroku zostało jeszcze kilka godzin, z trudem udawało mi się utrzymywać powieki otwarte.

Fale zmęczenia przetaczały się przez moje napuchnięte od łez gałki oczne, osiadając na nich pluszowym ciepłem i obietnicą snu. „Najważniejsze, to nie zamykać oczu na zbyt długo”, powtarzałem w myślach, „Jeśli teraz zamknę je na zbyt długo, to ponownie otworzę dopiero w szpitalu, leżąc w łóżku, z szczelnie zagipsowanymi członkami ciała rozwieszonymi na sznurkach i rachunkiem za leczenie zadłużającym mnie na resztę życia, położonym na stoliku obok”.

Nie zamykać oczu na zbyt długo. I nie poddawać się zmęczeniu.

Na ogół to ja jestem „tym odpowiedzialnym”. To ja pierwszy mówiłem „nie” na imprezie, kiedy poziom alkoholu we krwi osiągał niebezpieczny pułap, a towarzystwo zaczęło wymyślać coraz to bardziej nieodpowiedzialne sposoby na spędzenie reszty wieczoru. To ja ściągałem chłopaków z parkietu w klubach, kiedy wraz z alkoholem wzrastał też poziom testosteronu i nagle zachciewało im się udowadniać swoją męskość. To ja powiedziałem „stop”, kiedy na studniówce Aśka zaczęła dobierać mi się do majtek w damskiej toalecie, podczas gdy jej własne od dobrych 10 minut poniewierały się po podłodze.

Dlaczego więc, usłyszawszy ten absurdalny pomysł, tym razem przytaknąłem z zapałem?

Czyżby mój jak dotąd niezawodny system ostrzegania przed przykrymi konsekwencjami tym razem zawiódł? Nastąpiło jakieś zwarcie, w efekcie którego czerwona lampka w mózgu nie zapaliła się?

I gdybym rzeczywiście tylko przytaknął z zapałem; ale nie. Oczywiście musiałem wziąć na siebie całą odpowiedzialność. Musiałem zgłosić się na jedynego kierowcę i zaręczyć pozostałym, że przewiozę ich bezpiecznie z punktu A do B i z powrotem; z B do A.

Teraz mam za swoje. To moja trzecia godzina za kółkiem i trzydziesta czwarta bez snu. Z trudem udaje mi się utrzymywać powieki otwarte, a do celu wciąż grubo ponad sto mil. Pozostali od dawna już śpią i trudno im się dziwić: pół nocy spędziliśmy w trasie, kolejne pół próbując zdrzemnąć się na parkingu przed supermarketem. Kto nie byłby zmęczony?

Ja na pewno jestem.

Nie możemy się spóźnić. Taki scenariusz nie wchodzi w grę. Musimy wrócić na czas, oddać samochód, zameldować się. W przeciwnym razie stracimy pracę i odeślą nas do domu, a cały dotychczasowy trud pójdzie na marne.

Jadę; do zmroku zostało jeszcze kilka godzin. Według wskazań nawigacji powinniśmy zdążyć na czas, niemalże o włos, o ile nie napotkamy na drodze żadnych trudności.

Przyspieszam. Tylko głupiec zaufałby wskazaniom nawigacji.

 

______

Środa, 7 lipca, 8:00 rano | godzina bez snu

 

Wstałem dziesięć minut przed siódmą, jak zwykle. Dziesięć minut to akurat tyle, ile potrzeba mi na umycie zębów, ubranie się i zejście na dół do kuchni; nie mniej, nie więcej. W tym dniu szczególnie każda minuta snu jest na wagę złota; zwłaszcza, że jeszcze wczoraj byliśmy wieczorem w barze i prawie pobiliśmy się z ludźmi pracującymi na sąsiednim kampie. Do teraz w głowie wybrzmiewa mi piosenka, jaką ich pożegnaliśmy.

I don't wanna be a chicken, I don't wanna be a duck,

Chen-a-wanda sucks, sucks sucks sucks sucks.

Będąc w kuchni, nalewam sobie kubek gorzkiej kawy, której okropny smak łagodzę mlekiem i cukrem, po czym przysiadam się do Aldonki i Magdy. Plan jest następujący: wyruszamy od razu po pracy, po drodze zgarniamy chłopaka Magdy i dalej jedziemy prosto do Atlantic City. Tam spędzamy cały jutrzejszy dzień, a po południu wracamy na kamp. Na tą szaloną wyprawę decydujemy się z dwóch powodów: po pierwsze - mamy do dyspozycji samochód; po drugie - chcemy wreszcie uciec z kampu na dłużej niż jeden wieczór.

Dlaczego nazwałem tą wyprawę „szaloną”?

Zasadniczo, problemy są dwa: po pierwsze, dystans między kampem a Atlantic City to ponad dwieście mil, czyli około trzystu kilometrów. Oznacza to, iż większość naszego wolnego dnia spędzimy w podróży. Po drugie: samochód może prowadzić tylko jedna osoba. Padło na mnie. Dziewczyny zgodnie deklarują, że boją się usiąść za kółkiem, a chłopak Magdy pracuje na innym kampie.

Mimo wszystko, jestem podekscytowany. Uwielbiam prowadzić, a jazda samochodem po Stanach była jednym z moich małych marzeń. Tylko samochód mógłby być bardziej widowiskowy. Wypożyczamy najtańszy z możliwych, czyli niepozornego nissana.

 

______

Środa, 7 lipca, 20:00 wieczorem | trzynaście godzin bez snu

 

Kończymy pracę na dziś.

W ciągu dnia nie udaje mi się zdrzemnąć ani minuty. Ciągle myślę o wyprawie i wyobrażam sobie, jak będzie wyglądać Atlantic City. Do głowy przychodzą mi sceny z Bordwalk Empire.

Po pracy zostajemy w kuchni żeby przygotować jedzenie na drogę. Robimy kanapki, bierzemy owoce i jakieś przekąski, pakujemy coś do picia. Później rozchodzimy się do swoich pokoi żeby wziąć prysznic i spakować ciuchy. Równo o 21 stoimy na podjeździe pod spiżarnią, obok kuchni, czekając na samochód.

Wyruszamy jakieś 15 minut później.

 

Autorem zdjęcia jest A. L. / źródło: UnSplash.com

Autorem zdjęcia jest A. L. / źródło: UnSplash.com

 

______

Czwartek, 8 lipca, trzydzieści minut po północy | siedemnaście i pół godziny bez snu

 

Długie pasmo ciemnoszarego asfaltu ciągnie się przede mną, smagane strumieniem żółtego światła rzucanego przez reflektory.

Nie czuję się senny; wręcz przeciwnie. Kilka głębokich ziewnięć, dwa redbulle i głośna rozmowa z towarzyszami podróży wystarczyły, żeby odegnać jakąkolwiek senność. Czuję się znakomicie.

Na drodze spokój. Od czasu do czasu mija nas ryczący wściekle, do cna amerykański muscle car, poddając w wątpliwość pojęcie ograniczenia prędkości; znacznie częściej jest to potężna ciężarówka, przy której nasz samochód wygląda jak plastikowa zabawka.

Po drodze mijamy Filadelfię. Z oddali miasto wydaje się przeogromne: gmachy słynnych muzeów i teatrów, oświetlone blaskiem reflektorów, przypominają monumentalne antyczne budowle, wrośnięte w brzeg rzeki. Z oddali Filadelfia zachwyca. „Może się tam wybierzemy?” pytam Aldonkę i puszczam do niej oko.

 

______

Czwartek, 8 lipca, 4:00 nad ranem | dwadzieścia jeden godzin bez snu

 

Jesteśmy na miejscu.

Na długo przed dotarciem do samego miasta, Atlantic City mruga do nas zalotnie reklamami kasyn. „Przyjdź do nas, spróbuj szczęścia!” zachęca każda z nich, prezentując na zdjęciach ekskluzywne apartamenty z widokiem na ocean lub stół do pokera suto zastawiony żetonami. „Może za rok” odpowiadam na głos, zerkając w stronę dwudziestoletniej Aldonki.

Parkujemy przed jakimś supermarketem niedaleko plaży; w oddali słychać szum wody. Obok nas stoi kilka innych samochodów, wokół nie widać żywej duszy. Okolica wydaje się w porządku, więc rozkładamy fotele i zamykamy oczy. Jesteśmy zmęczeni i każdemu z nas przyda się choć odrobina snu. W samochodzie jest duszno więc uchylam okno, ale w tym samym momencie przypominam sobie o wszystkich historiach kradzieży samochodów, o jakich w życiu usłyszałem, więc szybko zamykam je z powrotem. Lepiej trochę się spocić niż paść ofiarą spektakularnej kradzieży niepozornego nissana.

Nie zasnę, ni cholery. Z półsnu coraz wybudza mnie przejeżdżający obok samochód lub obłąkańczy krzyk kogoś, komu tej nocy najwidoczniej się nie poszczęściło. Na dodatek przed supermarketem zaczyna zbierać się jakieś podejrzane towarzystwo i mógłbym przysiąc, że jeden z typków gapi się w moją stronę. Moi towarzysze śpią jak dzieci, błogo nieświadomi czyhającego zewsząd niebezpieczeństwa.

 

______

Czwartek, 8 lipca, 6:00 nad ranem | dwadzieścia trzy godziny bez snu

 

O 6 jest już tak gorąco, że w samochodzie ledwo da się wytrzymać. Magda i jej chłopak postanawiają wyjść na spacer, natomiast my z Aldonką chcemy się jeszcze przespać. Na zewnątrz jest już całkiem jasno i nagle podejrzane towarzystwo zmienia się grupkę nieszkodliwych emerytów. Rozluźniam się nieco, zamykam oczy, odpływam …

Wytrzymujemy godzinę. O 7 wnętrze samochodu przypomina saunę i nie ma mowy o spaniu. Pakujemy rzeczy, przebieramy się ukradkiem i ruszamy na podbój Atlantic City.

Najpierw idziemy na plażę. Od oceanu bije przyjemny chłód, a znad wody ciągnie delikatna bryza. Chyba zasypiam na chwilę wylegując się na ręczniku, bo świadomość przywracają mi palone bezlitosnym słońcem plecy. Czuję się trochę lepiej; krótka drzemka dodaje mi sił i przywraca chęć do życia. Robimy sobie długi spacer przy brzegu i pochłaniamy wzrokiem wszystko wokół.

Atlantic City lata świetności ma już dawno za sobą i widać to gołym okiem. Skupione przy słynnej promenadzie budynki wydają się nieco przykurzone i trochę odrapane. Na szyldach barów i restauracji widać łuszczącą się, odchodzącą dużymi płatami farbę. Jedynym imponującym budynkiem jest hotel Donalda Trumpa, przed którym grupka ludzi meksykańskiego pochodzenia strajkuje przeciwko polityce jego właściciela. Reszta zabudowań przypomina każde inne niezbyt popularne nadmorskie miasteczko na świecie - z nadbałtyckimi miasteczkami włącznie.

Nie mamy ochoty zapuszczać się dalej w miasto. Jest tak gorąco, że bijącym od desek promenady żarem do czerwoności palimy sobie łydki: Aldonka z tyłu, a ja z przodu, żeby było śmieszniej. Ubrania lepią się do spoconego ciała, pot spływa strumieniami po karku. Marzę o klimatyzowanym wnętrzu niepozornego nissana.

Kilka litrów wylanego potu i dwa zjedzone lody później wybija 16.

Czas wracać.

 

Autorem zdjęcia jest Aaron Burden / źródło: UnSplash.com

Autorem zdjęcia jest Aaron Burden / źródło: UnSplash.com

 

______

Czwartek, 8 lipca, 18:00 wieczorem | trzydzieści cztery godziny bez snu

 

Mimo, że do zmroku zostało jeszcze kilka godzin, z trudem udaje mi się utrzymywać powieki otwarte.

Niczym w zaklęciu powtarzanym przez podrzędnych iluzjonistów, moje powieki stają się coraz cięższe. Walczę z sennością już drugą godzinę i ciągle przegrywam, ponoszę klęska za klęską. Mierzę się z brakiem sił, łzawiącymi oczami i jednostajnym szumem kół toczących się po chropowatym asfalcie. Obraz za przednią szybą rozmywa się, traci ostrość; wtłaczająca powietrze do wnętrza pojazdu klimatyzacja usypia.

Stosuję wszystkie znane mi triki na odpędzenie senności, ale żaden nie pomaga. Szczypię się w skórę dłoni i policzków, przygryzam wargę i język, próbuję myśleć o czymś intensywnie - bez skutku. Wreszcie włączam radio, rozkręcam je coraz głośniej, wszystko byleby zagłuszyć jednostajny szum opon i opływającego karoserię powietrza. Pasażerowie pomrukują z niezadowoleniem, przekręcają się na drugi bok, śpią dalej. Muzyka pomaga, ale tylko doraźnie; już po chwili znów skupiam się na tym, by po zamknięciu powiek nie zapomnieć ich otworzyć.

Jednostajny szum rozrywa nagle wrzask klaksonu. Czarny cadillac z basowym rykiem silnika gwałtownie nas wyprzedza, między nim a nissanem jest nie więcej niż pół metra. Przysnąłem. Cholera, naprawdę przysnąłem. Przysnąłem za kółkiem, jadąc autostradą i wioząc ze sobą trójkę pasażerów.

Ja pierdole.

Skręcam na najbliższym zjeździe i zatrzymuję się na parkingu.

 

______

Czwartek, 8 lipca, 20:00 wieczorem | trzydzieści sześć godzin bez snu

 

Nie dam rady. Nie ma mowy, nie ma takiej opcji. Oczy same mi się zamykają, w głowie tylko szum.

Zamawiam kawę w Starbucksie, kupuję wielką puszkę napoju energetycznego i siadam przy stoliku we wnętrzu parkingowego mini-centrum handlowego. Kawę wypijam jednym haustem niemal parząc sobie język. Po chwili otwieram puszkę i na raz wypijam połowę jej zawartości.

Muszę dać radę. Muszę dowieźć nas na ten pierdolony kamp, zameldować się u dyżurnego, oddać samochód, a później paść na twarz i już nigdy się nie obudzić. Zostało mniej niż 50 mil. Mamy czas do 22.

Przychodzi Aldonka i rozmawiamy. Mówię, że nie czuję się najlepiej, ale dam radę. Dopijam napój i zamykam na chwilę oczy. Na jak długą chwilę - nie mam pojęcia. Kiedy je otwieram, jest lepiej. Szum w głowie ustaje, myśli się prostują. Zamawiam jeszcze jedną kawę i wracamy do samochodu.

Czas ruszać.

 

Autorem zdjęcia jest Matt Duncan / źródło: UnSplash.com

Autorem zdjęcia jest Matt Duncan / źródło: UnSplash.com

 

______

Czwartek, 8 lipca, 21:45 w nocy | trzydzieści siedem godzin i czterdzieści pięć minut bez snu

 

Jeszcze trochę i będziemy na miejscu.

Dopiero co odstawiliśmy chłopaka Magdy i teraz pędzę krętymi drogami Pensylwanii modląc się do boga, w którego nie wierzę, żeby nie trafić na policję. Jadę stanowczo za szybko, a mandaty w USA sporo kosztują.

Na jakieś 10 minut przed dotarciem do celu skręcamy z głównej drogi i wjeżdżamy na nieubitą szosę. Prowadzi ona wzdłuż niezagospodarowanych pól, by w końcu zniknąć w głębi ciemnego lasu. „Gdzie my, kurwa, jesteśmy?” mówię na głos i czuję dłoń Aldonki zaciskającą się na moim udzie.

Zatrzymuję się i sprawdzam, czy nie pomyliliśmy się wstukując adres w nawigację; adres się zgadza. Patrzę na zegarek: do 22 zostało 8 minut; patrzę na Aldonkę i Magdę, i jeszcze raz na ciemną ścianę lasu. „Ahoj, przygodo” mówię smętnie i wciskam pedał gazu.

W lesie błoto, gałęzie drzew tłukące w karoserię i coraz węższa droga. Zero śladu ludzkich zabudować, zero śladu ludzi w ogóle. W pewnym momencie za drzewami przemyka ogromny cień i przysięgam na wszystko, że przez chwilę widzę jarzące się w ciemnościach ślepia. „Niedźwiedź” myślę, ale myśl tą zachowują dla siebie.

Do 22 zostały 3 minuty a my wciąż nie jesteśmy na miejscu. „Może odpuszczą nam te parę minut spóźnienia” mówi Magda, choć w jej głosie nie słychać przekonania. Gdybym tylko nie zatrzymał się na kawę …

Kątem oka zauważam, że trasa widoczna na ekranie nawigacji wreszcie się urywa. Koniec! Meta! Jeszcze paręset metrów i będziemy na miejscu! Mimo nierównej nawierzchni przyspieszam, aż samochód zaczyna podskakiwać na wybojach. Teraz prosto, jeszcze tylko skręt w lewo i …

„Co do … ?” mówię.

„Ja pierdole …” odpowiada Aldonka.

„Ale … Jak!? Jak to jest możliwe!?”.

Przed nami brama wjazdowa na kamp.

Nie nasz kamp.

Welcome to Camp Chen-a-Wanda.

 

THE END

 

______

Autorem zdjęcia w nagłówku jest Philippe Mignot / źródło: UnSplash.com