Co wydarzyło się w Baltimore

AKT I - Dworzec autobusowy.

 

 

Zmierzchało.

Na dworcu autobusowym w Baltimore lądujemy w całkiem niezłej kondycji fizycznej. Podróż autokarem z Waszyngtonu nie tylko nie była zbyt długa, ale również minęła w dość komfortowych warunkach. Gdy autobus się zatrzymuje, chwytamy raźno walizki i kierujemy kroki do budynku dworca.

Czar dobrego nastroju pryska.

Budynek jest mały, przeładowany ludźmi i śmierdzi w nim potem. Przeciskając się przez stłoczonych w kolejkach pasażerów, wydostajemy się na zewnątrz; po to tylko, by zorientować się, że jesteśmy na totalnym zadupiu. Po lewej wielka fabryka, po prawej - kolejna, większa od poprzedniej. Przed nami postój podstarzałych taksówek z siedzącymi w środku, podstarzałymi czarnoskórymi kierowcami, kopcącymi pożółkłe pety. Z wolna omiatam wzrokiem otoczenie - tak jak myślałem, jesteśmy jedynymi białymi w pobliżu. I znów, tak jak myślałem - wszyscy się na nas gapią. Bynajmniej nie z powitalnym uśmiechem na twarzy.

Wracamy do budynku żeby zaczerpnąć wi-fi i ustalić, gdzie do cholery jesteśmy i jak możemy dostać się do naszego airbnb, ale nie możemy nawiązać połączenia. Pytamy pracownika, czy jest jakiś problem z Internetem. Odpowiada, że on żadnego nie napotkał, a jeśli już jakiś jest, to na pewno po stronie naszych „europejskich” telefonów (Samsung i LG ...). Ani myśli pokazywać nam swojego iphone'a by to udowodnić. Zrezygnowani, wracamy przed dworzec.

Z braku lepszego pomysłu decydujemy się ruszyć przed siebie. Gdzieś tam musi być przecież Internet.

Żaden z taksówkarzy ani myśli zaproponować nam swoich usług, wręcz przeciwnie: kierowcy uciekają od nas wzrokiem lub nagle skupiają całą swą uwagę na odległym, nieistniejącym punkcie. Idziemy dalej. Po drodze mijamy kolejne fabryki, wiekowe stacje benzynowe i jedno ogromne kasyno. Żadna ze stacji nie oferuje wi-fi, a do kasyna nie mamy odwagi wejść - w świetle amerykańskiego prawa, dwudziestoletnia wówczas Aldonka wciąż nie jest pełnoletnia. Zagadujemy faceta zamiatającego chodnik przed wejściem do "Horseshoe Casino Baltimore" i pytamy o drogę do downtown. Facet niepewnie wskazuje nam kierunek palcem, ale zaraz potem dodaje, żeby w żadnym wypadku nie iść tam piechotą. „It's too dangerous” - mówi, po czym teatralnie przesuwa palcem po krtani. Czuję, jak Aldonka mocniej ściska moją rękę.

Na odchodnym facet rzuca, że najlepiej dla nas będzie, jak złapiemy autobus, który powinien odjeżdżać z takiej-a-takiej ulicy. Widząc wyraz zdezorientowania na naszych twarzach, próbuje wytłumaczyć, gdzie znajduje się rzeczona ulica, ale jego wskazówki na niewiele nam się zdają - brzmią mniej więcej tak, jakbyśmy mieli iść przed siebie, a później trzy razy pod rząd skręcić w prawo, i tam już na pewno będziemy widzieć przystanek. Yhym. Nie mniej zdezorientowani, odchodzimy.

 

 

Do dziś nie wiem, jakim cudem, ale wskazówki gościa z miotłą wiodą nas prosto do celu.

Na „przystanek” składa się krzywy znak informujący, że w tym miejscu zatrzymuje się autobus linii 74 i 76, oraz równie krzywa ławeczka, na której wyleguje się jakiś pijaczyna. Oprócz nas, tzn. mnie, Aldonki i pijaczka, na autobus czekają jeszcze dwie osoby: czarnoskóry mężczyzna z słuchawkami na uszach oraz starszy jegomość ze zdezelowaną, skórzaną torbą przy boku. Podchodzimy do tego drugiego. Zalatuje od niego piwem i desperacją. Pytamy, którym autobusem powinniśmy jechać, jeżeli chcemy się dostać do downtown, i czy któraś z tych linii w ogóle nas w tamte rejony zabierze. Staruszek drapie się po głowie, przypatruje nam chwilę badawczo, po czym dopytuje: „Downtown?”, a gdy zapewniamy go, że tak, w istocie chodzi nam o downtown, z jego ust posypuje się lawina słów wypowiedzianych z tak silnym południowym akcentem, że jedyne co rozumiemy, to bełkotliwe: „seventy fo'”. Staruszek wyciąga też jakieś dziwne monety z kieszeni twierdząc, że to bilety na autobus, i że ma akurat dwie takie, zupełnie mu niepotrzebne, i sprzeda je nam za jedyne 4 dolary. Uratowani!

Choć wciąż nie do końca pewni tego, czy jesteśmy we właściwym miejscu, płacimy staruszkowi za bilety i stajemy grzecznie kawałek dalej (strasznie od niego śmierdzi). On w tym czasie znika za rogiem, by po pięciu minutach wrócić z czteropakiem piwa w ręce; do połowy opróżnionym czteropakiem, trzeba zaznaczyć. Świetnie! Posłuchaliśmy starego pijaczyny, a teraz wsiądziemy do autobusu, który wywiezie nas na jeszcze większe zadupie (czy to w ogóle możliwe?), i tam już na pewno, na 100% ktoś poderżnie nam gardła.

Od strony czarnoskórego gościa w słuchawkach dochodzi do nas ciche „psst”. Odwracamy wolno głowy, spodziewając się ujrzeć w jego ręce wielki rzeźnicki nóż, ale facet ręce ma schowane w kieszeni. „A w kieszeni pistolet” - myślę, ale myśl tą zachowuję dla siebie. Zamiast morderczego ataku, gość mówi nam, że do downtown rzeczywiście dostaniemy się linią 74. Pyta też o adres mieszkania. Zdając się na jego dobre intencje, recytujemy adres z notatki na telefonie, a on przez chwilę się zastanawia, po czym mówi, na jakim przystanku powinniśmy wysiąść.

I tyle.

Dziękujemy i kłaniamy się w pas, choć facet zdążył już stracić zainteresowanie naszą sytuacją. Po chwili przed przystankiem zatrzymuje się enigmatyczny autobus enigmatycznej linii 74.

Wsiadamy.

 

 

AKT II - W drodze.

 

 

Śmierdzi.

Wlokąc za sobą walizy, zajmujemy jedyne wolne miejsca w autobusie, akurat naprzeciwko starego żula (hmm … Ciekawe dlaczego nikt inny tam nie usiadł?). Pijaczek przypatruje nam się mętny wzrokiem; na jego kroczu maluje się potężna, mokra plama.

Zagadujemy kierowcę, czy 74 na pewno jedzie w stronę naszego mieszkania. Przytakuje, po czym obiecuje powiedzieć, kiedy mamy wysiąść. Droga mija nam na powściągliwym oddychaniu i powstrzymywaniu odruchu wymiotnego. W Baltimore powoli zapada zmrok.

Wreszcie docieramy na nasz przystanek. Wysiadamy, nabieramy „świeżego” powietrza do płuc i … dopiero wtedy dociera do nas, że wciąż nie wiemy, jak dostać się z przystanku do mieszkania. Jesteśmy w downtown, to na pewno - zewsząd otaczają nas potężne budynki i ruchliwe ulice - ale dokąd mamy teraz pójść?

Idziemy przed siebie. Lepsze to, niż tkwić bezczynnie w miejscu. Tkwienie w miejscu nigdy nie zbliży cię do celu.

 

 

Wybawieniem od bezsensownej tułaczki i śmierci przez poderżnięcie gardła okazuje się mcdonald's. Knajpka znajduje się tuż za rogiem, jakieś 50 metrów od przystanku, i jest równie obskurna, co wszystkie inne stare mcdonald'sy w Stanach. Nawet nie wchodzimy do środka: już na zewnątrz łapiemy wi-fi, wklepujemy adres w google maps i bang! Nawigacja odnajduje nasz cel jakieś dwie przecznice dalej, niecałe 10 minut drogi. Pokrzepieni dobrą nowiną (oraz cheeseburgerem z maka, nie będę ukrywał), ochoczo ruszamy przed siebie; tym razem, dla odmiany, wiedząc, gdzie iść.

Nasz cel rzeczywiście okazuje się być niedaleko. Ale zaraz, chwila … To na pewno tu? Jesteśmy na miejscu?

 

 

AKT III - Na miejscu.

 

 

Cholera.

Patrzymy na budynek, później na telefon. Potem znów na budynek, i jeszcze raz na telefon. Adres się zgadza, o pomyłce mowy być nie może. Mała, niebieska kropeczka, która na ekranie telefonu pokazuje naszą lokalizację, jest dokładnie tam, gdzie powinna. Ale … Jak to?

Przed nami stoi ogromny, bogato zdobiony budynek. Obok głównego wejścia wisi złota tabliczka z adresem i nazwą apartamentowca; dostępu do środka bronią masywne, drewniane drzwi ze złotymi klamkami. Cichy szmer rozmów i zapach jedzenia wskazuje na to, że na parterze znajduje się jakaś restauracja, ale jej okna są zbyt wysoko, by z zewnątrz można było cokolwiek dojrzeć.

Po chwili otrząsam się z osłupienia i podchodzę po schodkach do drzwi. Ciągnę za klamkę, ale drzwi nie ustępują - zamknięte. Tuż po prawej dostrzegam domofon. Spoglądam na numer mieszkania zapisany w notatce i wklepuję jego numer na domofonie, ale nikt nie odpowiada. Głuchy sygnał niesie się chwilę po ulicy, po czy ucicha. Odwracam się do Aldonki, która stoi pod schodkami, kiedy nagle z budynku wychodzi jakiś mężczyzna. Spogląda na mnie, później na Aldonkę, i widząc kłębiące się wokół jej nóg walizki przytrzymuje nam otwarte drzwi. Nie tracąc czasu na wyjaśnienia, korzystamy z okazji i wchodzimy do środka. Od wewnątrz budynek wydaje się jeszcze bardziej luksusowy, niż z zewnątrz.

Stoimy w lobby, gapiąc się na marmurowe ściany i wapienne rzeźby. Na dole rzeczywiście jest restauracja, jednak jej wejścia strzeże stojący przy drzwiach kelner. Bojąc się zdemaskowania, idziemy w głąb budynku, w stronę wind. Sprawdzam łączność wi-fi: jedna z sieci jest niezabezpieczona. Piszę do właściciela mieszkania przez airbnb, ale nie dostaję odpowiedzi. Przy windach zagaduje nas jakaś kobieta. Pyta, czy może nam w czymś pomóc; nie wygląda na pracownika, raczej na lokatorkę. Zgodnie z instrukcjami właściciela mówimy jej, że przyjechaliśmy odwiedzić znajomego, ale ten nie odbiera telefonu. Pokazujemy jej adres i numer mieszkania, a ona instruuje nas, na które piętro mamy jechać (na 14!).

Wsiadamy do windy. Jedziemy.

Drzwi mieszkania są otwarte. Najpierw pukam kilka razy, bezskutecznie; później popycham je delikatnie do przodu, a one, przysięgam na wszystko!, wydają z siebie złowieszczy jęk. Patrzymy na siebie, bierzemy głęboki wdech i, trzymając się mocno za ręce, wchodzimy do środka.

Od wejścia podłoga wyłożona jest mięciutkim, kremowym dywanem. W środku pachnie czystością, świeżością; pieniędzmi. Zostawiamy nieświeże buty przy wejściu i zanurzamy się w głąb. Mimo, że światła są włączone, w środku panuje cisza. Dukając nieśmiałe „hello?” brniemy dalej, gotowi na to, że w każdej chwili może na nas wyskoczyć jakiś szaleniec z nożem. Rozglądamy się po wnętrzu, a ja obawiam się, że na nowiutkim dywanie zaraz ujrzę ślady krwi poprzedniej ofiary, ciągnące się mizerną smugą po pokoju, a samą ofiarę odnajdę martwą na łazienkowych kafelkach. Zdobywam się na odwagę i z łomocącym sercem otwieram drzwi łazienki - jest czysto i schludnie. Ani śladu zwłok.

Apartament, bo ciężko mi wciąż nazywać to miejsce „mieszkaniem”, jest bardzo gustownie urządzony. Nie jest zbyt duży: składa się z dwóch pokoi, łazienki i sporego salonu z kuchnią, a wszystko aż pachnie nowością. Z okien salonu rozpościera się widok na rozświetloną tysiącem świateł, nocną panoramę Baltimore. Upewniwszy się, że nigdzie nie czyha na nas jakiś maniak z siekierą, rozładowujemy walizy w pokoju, który rozpoznajemy po zdjęciach z ogłoszenia jako nasz. Na łóżko odnajdujemy dwa białe ręczniki. Pościel pachnie świeżością.

Bierzemy szybki prysznic i rozsiadamy się w salonie, podziwiając widoki za oknem. Nieśmiało sprawdzam zawartość lodówki: poza jabłkiem i kawałkiem sera, nie ma w niej nic do jedzenia, za to wybór alkoholi jest obłędny! Szampan, whisky, piwo, wino - i to wszystko w takich małych buteleczkach, zupełnie jak w hotelowych barkach. Czując się trochę pewniej, chwytam dwa piwka i wracam do siedzącej w pokoju Aldonki. To tylko dwa piwka, kto by tam zauważył! A nawet jeśli, to przecież jesteśmy w gościach. O dwa piwka jeszcze nikt nigdy się nie obraził.

Siedzimy na kanapie, nogi wyciągnięte na pufach, w ręku chłodne piwo - jeszcze kawałek pizzy i przysięgam, mogę się stąd nie ruszać. Na co mi Nowy Jork czy Filadelfia - drugiego takiego mieszkania, z takim widokiem i za 40 dolców za noc nigdzie nie znajdę! …

… klamka drzwi wejściowych spada, słychać zdyszany oddech, drzwi się zamykają. Z przedpokoju wyłania się mężczyzna; na nasz widok zatrzymuje się, robi trzy kroki w tył, patrzy na nas w skupieniu. Ma zaskoczony wyraz twarzy. Lekko oszołomieni przedstawiamy się, po czym tłumaczymy, że to my zarezerwowaliśmy pokój, jesteśmy z airbnb, i tak dalej. Uśmiechamy się głupio, czekając na jego reakcję. Brak odpowiedzi. Nie spuszczając nas z oczu, mężczyzna wolno przechodzi do kuchni. Jest wysoki, o ciemnej karnacji, dobrze zbudowany. Na jego koszulce widać ślady potu; musiał biegać albo wraca z siłowni.

Stojąc w kuchni, mężczyzna otwiera jedną z szuflad. Wpatruje się w chwilę w jej wnętrze, sięga do środka ręką.

Na blat wyspy tworzącej zabudowę kuchni wyciąga pistolet.

 

"O czym wy, kurwa, mówicie?".