Co wydarzyło się we Lwowie

Czas czytania
8 minut
List przyszedł ponad miesiąc temu

Stara, pożółkła koperta, a na jej odwrocie imię, nazwisko i adres nakreślone koślawym pismem. W środku złożona na pół kartka papieru, na kartce trzy zdania: „Znałam twoją matkę. Przyjedź odwiedzić jej grób. Będę czekać”. Brak podpisu, brak adresu nadawcy. Jego adres też niepełny, bo określający jedynie miasto i kraj zamieszkania.

List-zagadka.

Gdyby nie znaczek, przyklejony niezdarnie w lewym rogu koperty, pewnie wyrzuciłby go i zapomniał o całej sprawie; potraktowałby list jako kolejny dziwny zbieg okoliczności, których w jego życiu był nadmiar. Gdyby nie znaczek, nie miałby nawet punktu zaczepienia, żadnej poszlaki odnośnie tego, skąd przyszedł list i co ma z nim zrobić. Gdyby nie ten cholerny znaczek, może nie myślałby dzień i noc o tym, co napisano na kartce.

„Znałam twoją matkę”.

List przyszedł ponad miesiąc temu, a on od ponad miesiąca codziennie po pracy siadał przy stole w kuchni, wyciągał go z koperty i oglądał pieczołowicie pod światłem żarówek. Czytał zapisane na kartce trzy zdania, przyglądał się charakterowi pisma, zaglądał do koperty z nadzieją, że tym razem znajdzie w niej jakąś wskazówkę. Wreszcie jego wzrok spoczywał na znaczku: małym prostokąciku z karbowaną obwódką i narysowanym nań konturem nieznanego mu budynku, podpisanego jednym wyrazem.

„Львів”.

 

———

 

Do Lwowa przyleciał późną nocą.

Od podróży małym, głośnym samolotem rozbolała go głowa. Przy kontroli paszportu urzędnik spojrzał na niego krzywo, a w jego wzroku dało się wyczytać wrogość i niechęć. Jakby próbował powiedzieć: „Po co tu przyjechałeś? Nie chcemy cię. Nie czeka cię tu nic dobrego”. Odebrał dokument z okienka i ruszając przed siebie, skinął głową na pożegnanie. Urzędnik nie zareagował.

Przed terminalem złapał taksówkę. Pokazał kierowcy adres hotelu na wyświetlaczu telefonu, na co ten przytaknął i odpalił samochód. Deska rozdzielcza starego peugeota rozbłysnęła miriadami kontrolek i samochód z cichym jękiem ruszył na przód.

W drodze rozmyślał o tysiącu różnych rzeczy. O tym, dlaczego tak późno przyjechał i że w ogóle nie powinien tego robić; o tym, jak zdoła odnaleźć grób matki i czy w ogóle taki istnieje; o tym, że w ponad siedmiuset tysięcznym mieście jest pewnie kilka cmentarzy, a on nie ma pojęcia, od którego zacząć. I nawet jeśli uda mu się znaleźć mogiłę matki, to czy adresatka listu rzeczywiście będzie na niego czekać? Za szybą samochodu migały stare kamienice.

Do hotelu dotarł krótko przed północą. Zorientował się, że przecież nie wymienił pieniędzy, więc bez słowa wręczył taksówkarzowi pięćdziesięciozłotowy banknot. Mężczyzna wydawał się zadowolony; pomógł mu wyjąć walizkę z bagażnika, by zaraz zniknąć w chmurze spalinowego dymu.

tBędąc w swoim pokoju zamówił sobie kolację, której nawet nie tknął i nalał sobie drinka, którego wypił jednym haustem. Nie mógł zasnąć. Pół nocy zastanawiał się, co powinien zrobić. Rano zadecydował, że wróci do domu pierwszym dostępnym lotem. Po śniadaniu podszedł do recepcji żeby poprosić o taksówkę i zapytany o cel podróży, bez namysłu odpowiedział: „cmentarz”. Recepcjonistka zamówiła samochód i uśmiechnęła się do niego szeroko. „Na pewno się Pan nie zawiedzie”, powiedziała po polsku. Odwzajemnił uśmiech i ruszył w stronę wyjścia.

Autorem zdjęcia jest Elena Ferrer |UnSplash

O rodziców zaczął pytać, gdy poszedł do szkoły. Wcześniej pojęcie ojca czy matki nie było mu znane. Jego «matką» była wychowawczyni w domu dziecka, nieco surowa aczkolwiek troskliwa kobieta. Za ojca, a może raczej dziadka, robił woźny budynku, w którym znajdowała się placówka.

Z początku wychowawczyni zbywała pytania o rodziców formułką w rodzaju: „Wszyscy jesteśmy dziećmi jednego Boga”. Później, gdy trochę podrósł i nie dawał się tak łatwo spławić, twierdziła, że nie wie kiedy i jak trafił do przytułka. Mówiła, że wtedy dziećmi opiekowała się inna kobieta. Nie chciała zdradzić jej tożsamości; zrobiła to dopiero kilka lat później, gdy skończył liceum i szedł na studia. Podała mu imię, nazwisko i adres; nie obiecywała jednak wiele.

Pod wskazany adres udał się już następnego dnia. Po kilku minutach stania pod drzwiami i naciskania dzwonka, otworzyła mu przygarbiona staruszka. Mógłby przysiąc, że na jego widok w oczach kobiety coś błysnęło.

Mimo dziewięćdziesięciu lat na karku, staruszka miała świetną pamięć i potrafiła przypomnieć sobie dzień, w którym trafił do sierocińca. Powiedziała, że przyniosła go kobieta o kruczoczarnych włosach i błękitnych oczach; zapamiętała ją dokładnie, bo była niespotykanej urody. Kobieta wciąż powtarzała, że grozi jej niebezpieczeństwo i musi zostawić dziecko w przytułku. Nie wyjawiła swojej tożsamości. Wręczyła opiekunce gruby plik pieniędzy oraz dokumenty i z chwilą, gdy chłopczyk leżał w kołysce, wybiegła przed dom i odjechała samochodem. Nigdy nie wróciła.

Spotkanie ze staruszką zaspokoiło jego ciekawość. Z tym, że jest sierotą, pogodził się już wcześniej. Miał jednak nadzieję, że zdoła dowiedzieć się o swoich rodzicach czegokolwiek; czegoś, co choć trochę pomogłoby mu zdefiniować siebie samego. Nie udało się — trudno. Uznał, że skoro jego życie pozbawione jest definicji, może z nim zrobić co tylko mu się podoba.

 

———

 

Kierowca taksówki zatrzymał się na małym parkingu przed bramą główną Cmentarza Łyczakowskiego. „Jesteśmy na miejscu”, powiedział po polsku, zerkając na pasażera w lusterku wstecznym. Za sprawą szaleńczego tempa, z jakim stara skoda poruszała się po dziurawych ulicach Lwowa, droga z hotelu zajęła im mniej niż piętnaście minut. Wychodząc z samochodu wręczył taksówkarzowi należność i nie czekając na resztę, ruszył w stronę bramy. Kostka brukowa połyskiwała deszczowym refleksem; niebo zasnuły ciężkie chmury.

Idealna pogoda na odmieniające życie spotkanie.

Tuż za bramą zagadnął go człowiek w granatowym uniformie. Wyburczał kilka niezrozumiałych słów, jednak spostrzegłszy, że ma do czynienia z obcokrajowcem, wskazał palcem na niski budynek za swoimi plecami i powiedział: „Tickets”. W budynku, oprócz biletów, można było też kupić mapę cmentarza z zaznaczonymi nań najważniejszymi miejscami. Uznając, że może mu się przydać, poprosił o nią przy kasie i zapłacił za bilet.

Nekropolia była ogromna; jak dowiedział się z mapy, zajmowała obszar niemal czterdziestu hektarów i była miejscem pochówku około trzystu tysięcy zwłok. Trzysta tysięcy istnień i historii, pogrzebanych w jednym miejscu. A wśród nich on, całkiem żywy, próbujący poznać swoją. Z kieszeni płaszcza wyjął list i przyjrzał mu się ponownie. Stara, pożółkła koperta z jego imieniem i nazwiskiem, nakreślonymi koślawym pismem na jej odwrocie. List-zagadka. List, który w ogóle nie powinien do niego trafić. List, na który czekał całe życie.

Mapę cmentarza wyrzucił do kosza i ruszył przed siebie.

Źródło: instagram.com/jakubpe.official

Szedł powoli, przyglądając się nazwiskom na nagrobkach i podziwiając wspaniałe rzeźby zdobiące niektóre z nich. Kluczył alejkami, rozglądał się, wypatrywał.

Po spotkaniu z kobietą, która przyjęła go jako dziecko do przytułka, często myślał o matce. Zastanawiał się, co musi się dziać w życiu kobiety, która postanawia porzucić pięciomiesięczne niemowlę w domu dziecka. Czy rzeczywiście groziło jej niebezpieczeństwo, czy też zwyczajnie chciała się pozbyć niechcianego obowiązku. A jeśli naprawdę czuła się zagrożona, to dlaczego ktoś chciałby ją skrzywdzić? Kim była i co takiego zrobiła, że znalazła się w takiej sytuacji? Myślał również o tym, jak wyglądałoby spotkanie z matką. Czy ucieszyłaby się na jego widok? Czy rozpoznałaby w nim swojego syna? Czy chciałaby się z nim spotkać?

Krążył po cmentarzu już od godziny. Zdążył już obejść tą nowszą i bardziej zadbaną część, minął miejsce, w którym pochowano Lwowskie Orlęta. Wspinał się teraz w górę zbocza, na którym wzniesiono nekropolię, w stronę tej starszej części cmentarza. Po tej stronie groby nie wyglądały już tak okazale. Niektóre z nich zapadły się głęboko w grunt, po innych zostały tylko pokruszone płyty i tablice. Towarzyszące niektórym nagrobkom rzeźby były w równie kiepskim stanie: porośnięte mchem, odrapane i zdewastowane, patrzyły kamiennym wzrokiem na mijających je przechodniów.

Jego uwagę przykuła jedna z nich — niewielki posąg Matki Boskiej ze złożonymi rękami i spojrzeniem wzniesionym do nieba. Z figury zeszła już większość farby, nie mniej dało się jeszcze dojrzeć błękitny odcień, którym pomalowane zostały szaty postaci. Zmęczony chodzeniem, postanowił chwilę odpocząć. Odnalazł niewielką ławeczkę na przeciwko rzeźby i przysiadł na niej, przypatrując się posągowi.

Gdy po raz pierwszy czytał list, najbardziej uderzyło go drugie zdanie. „Przyjedź odwiedzić jej grób”. Z początku miał ochotę się zaśmiać. Myśl o matce, kobiecie, której nigdy nie poznał, towarzyszyła mu całe życie. Całe życie myślał o niej, próbował dowiedzieć się czegoś o niej, próbował ją nawet odnaleźć. Bezskutecznie. I teraz, kiedy po raz pierwszy zdobywa zaledwie okruch informacji na jej temat, dowiaduje się, że jego matka nie żyje. Przezabawne. Poczuł się tak, jakby kolejny raz sobie z niego zażartowała: najpierw sprowadzając go na świat i porzucając, a później ujawniając się, ale dopiero po śmierci.

 

———

 

Wstał z ławeczki i spojrzał w niebo. Lecący w oddali samolot złączył białą smugą dryfujące powoli chmury. Marcowe słońce przygrzewało przyjemnie, chór ptaków roztaczał wokół wesołą melodię. „Czas wracać do domu”, pomyślał, gdy usłyszał za sobą kroki, a później głos.

„Wiedziałam, że przyjedziesz”.

Odwrócił się. Kobieta przypatrywała mu się łagodnym wzrokiem błękitnych oczu. Jej kruczoczarne włosy poprzetykane były pasemkami siwizny

 

___

Autorem zdjęcia w nagłówku jest Elijah O'Donell | UnSplash