Czy powinnaś puszczać go samego do klubu?

 

Ostatnio wyszliśmy ze znajomymi na miasto. Wiecie, takie typowe «double date»: ja wraz z towarzyszką oraz znajomi, też parka. No więc jesteśmy w jakiejś knajpie, siedzimy przy piwku i gadamy. Spektrum poruszanych tematów rośnie z każdą minutą, a im więcej kufli znika ze stołu, tym o coraz śmielszych sprawach zaczynamy rozprawiać. W końcu poziom alkoholu we krwi przekracza dopuszczoną przez kodeks drogowy wartość, a my zaczynamy gadać o takich rzeczach, o których na trzeźwo mówić nie wypada.

Czyli że wkraczamy na tematy damsko-męskie.

Jeśli jesteś/byłeś w związku i kiedykolwiek zdarzyło ci się uczestniczyć w takiej «double-date» to wiesz, że relacje damsko-męskie są ostatnim tematem do rozmowy, który powinniście poruszyć; zakładając, że wszystkim wam zależy, aby miło i spokojnie spędzić wieczór. Dlaczego? Bo w czasie krótszym niż mrugnięcie okiem neutralne, sobotnie spotkanko zmieni się w bitwę „kobiety kontra mężczyźni”, a ty z dziką żądzą mordu spojrzysz na swojego ukochanego dotąd partnera/partnerkę. Dodaj do tego nadmiar alkoholu oraz gwarną atmosferę baru i już wiesz, o czym mówię: krew się poleje.

No i się polała.

Zaczęło się od tego, że ON był ostatnio bez NIEJ w klubie. Znajomy odwiedzał niedawno kumpla i wieczór zakończyli na jakiejś dyskotece, co stanowczo nie spodobało się jego kobiecie. A pisząc «nie spodobało» mam na myśli «zrobiła mu o to wielką aferę». No jak on mógł pójść do klubu beze mnie.

Trochę mnie to zaskoczyło. Moje zdziwienie było tym większe, kiedy spostrzegłem wyraz pełnego zrozumienia i aprobaty na twarzy mojej partnerki (klasyczny przykład solidarności jajników). Jako, że nieustannie próbuję zgłębiać tajemnice świata doczesnego, w myśl zasady „kto pyta nie błądzi”, zapytałem: co jest złego w tym, że dwóch kumpli wychodzi razem do klubu?

Odpowiedź była prosta.

 

A CO FACECI MOGĄ ROBIĆ SAMI W KLUBIE?

 

Doprecyzuję: sami, czyli bez swoich stałych, «życiowych» partnerek.

W ten sposób dziewczyny uargumentowały swój niepokój i wkurwienie, jakie budzą nieautoryzowane wyjścia ich facetów do klubu. No bo co: pójdą tam pogadać? Jakby chodziło im o powspominanie «starych, dobrych czasów», to wybrali by bardziej sprzyjające rozmowie miejsce, aniżeli dudniący głośną muzyką lokal. Poszliby do klubu pić? Też nie, bo alkohol w klubie i drogi, i kiepski, lepiej więc wybrać się do jakiegoś baru. To co, tańczyć będą? SERIO? Dwójka kumpli, którzy idą do klubu TYLKO potańczyć? No właśnie.

Skoro więc faceci nie chodzą do klubu pogadać, ani się napić, ani nawet tańczyć, to co innego mogą tam robić? Wniosek nasuwa się sam: pewnie wyrywać dupy.

Przyznam szczerze: ciężko jest mi się do tego ustosunkować; będąc w związku nigdy nie wychodziłem bez partnerki do klubu. Jakoś nie przepadam za głośnymi i tłocznymi dyskotekami. Nie czuję też wewnętrznej potrzeby tańczenia; tancerz ze mnie żaden i na parkiet wychodzę tylko i wyłącznie po mocnej dawce alkoholu. Nawet za klubową muzyką niespecjalnie przepadam, więc jeśli zdarza mi się zaliczyć jakieś dzikie bansy, to nigdy z własnej inicjatywy. Dlatego też, spotykając się z kumplami, nigdy nie wpadłby mi do głowy pomysł, żeby szlajać się po jakiś imprezach.

Jak się nad tym mocno zastanowić, to rzeczywiście, takie wyjście do klubu w stricte męskim towarzystwie budzi jednoznaczne skojarzenia: na bank idą podrywać laski. Każdy chyba widział na imprezie ulizanych żelem typków, prężących znikome muskuły pod ścianą, próbując zaimponować dziewczynom. Albo takich trzydziestoletnich mężusiów w tandetnych koszulach, dżinsach i lakierkach, i jeszcze większej ilości żelu na głowie, którzy starają się udowodnić sobie i innym, że jeszcze są «spoko» i potrafią się bawić, więc piją na umór i stawiają drinki każdej dziewczynie, której zdarzy się mimowolnie na nich spojrzeć. Z zażenowaniem, oczywiście.

ALE! Można też spojrzeć na to z innej strony.

 

A CO KOBIETY MOGĄ ROBIĆ SAME W KLUBIE!?

 

Ha! Tego się nie spodziewałyście, co?

Generalnie, w dyskusji na temat tego, czy osobie będącej w związku wypada chodzić do klubu bez partnera, panowie mogli by zastosować dokładnie te same argumenty, o których wspomniałem wyżej. Dokładnie te same! Jedyna różnica polega na tym, że przyjęło się w pełni akceptować grupkę koleżanek wychodzących na dyskotekę potańczyć, natomiast widząc na imprezie podobną grupkę kolegów tańczących w kółeczku myślimy - «geje». Albo: na pewno przyszli tu na podryw i chcą nikczemnie zdradzić swoje czekające z utęsknieniem wierne partnerki.

Trochę to krzywdzące, bo o ile dla mnie wyjście z kumplami do klubu na tańce nie wchodzi w grę, to być może gdzieś tam jest jakiś Janek, Franek i Zenek, dla których stanowi to formę rozrywki; którzy lubią taki rodzaj muzyki i samo słuchanie jej będzie dla nich przyjemnością; którzy tańcząc relaksują się. Albo którzy widzą się raz na ruski rok i mają ochotę się pobawić, powygłupiać. Nie wiem.

Kobiety oczekują od partnerów zrozumienia i akceptacji, kiedy wychodzą z koleżankami na miasto, podczas gdy same nie rozumieją, jak ich facet może iść bez niej z kolegami do klubu. Od razu piszą czarne scenariusze, myśląc: na pewno zdradza mnie z jakąś zdzirą!, a dzień później przeglądają zdjęcia z imprezy szukając tego jednego, kompromitującego, który byłby dowodem słuszności ich podejrzeń. No po jaką cholerę ja się pytam!?

 

 

Uważam, że tak naprawdę

 

WSZYSTKO JEST KWESTIĄ ZAUFANIA

 

Jeśli ufasz swojemu facetowi to wiesz, że nie odpierdoli jakiejś krzywej akcji jak tylko spuścisz go ze wzroku; i vice versa: jeśli ufasz swojej kobiecie to nie będziesz robił jej awantury o to, że wyszła z koleżankami do klubu.

Kiedy wspomniałem o tym podczas dyskusji, dziewczyny obruszyły się i odparły: można komuś ufać, ale klub to jednak klub: głośna muzyka, alkohol, koledzy, odstawione na bóstwo dziewczyny. A dziewczyna też może poderwać faceta!

Na co ja odpowiadam: to nie ma znaczenia! Albo się komuś ufa, albo nie. Proste. Nie można komuś ufać «trochę», albo tylko w pewnych sytuacjach. Albo na 100% wiesz, że nie masz się czym martwić i możesz być spokojny, albo do końca życia (albo związku) podejrzewasz partnera o wszystko.

Jeśli ktoś twierdzi, że ufa swojemu partnerowi, ale jednak woli, żeby ten (albo ta) nie wychodził nigdzie po dobranocce, bo może coś nabroić, to to nie jest zaufanie. Jeśli naprawdę, w pełni ufasz swojemu facetowi, to nie obawiałabyś się o zdradę nawet, kiedy wyszedłby z kumplami na miasto i trafił do haremu wypełnionego napalonymi modelkami Victoria's Secret. I znowu, vice versa: jeśli ufasz swojej kobiecie, to nie obgryzałbyś paznokci i nie chodził nerwowo w kółko nawet, kiedy wiedziałbyś, że sam Cristiano Ronaldo czy inny Ryan Gosling (czy w kim tam teraz kochają się dziewczyny) zaprosił ją na dwuosobową domówkę.

Uważam, że zakazywanie partnerowi robienia czegoś, albo wkurzanie się o coś, kiedy to zrobi, do niczego nie prowadzi. Jeśli jedno ciągle podejrzewa drugie o coś złego, to obie «połówki» mają przejebane. Zero życia, strach, frustracja, paranoja.

Ja rozumiem, że łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. Pamiętam, że sam miałem paranoiczne napady lęku przed zdradą, kiedy moja dziewczyna wychodziła sama na imprezę. Poważnie; wkurzałem się jak głupi, że co to ma w ogóle być, że ja siedzę na dupie w domu, a ona się bawi beze mnie, itd. Gryzło nie to jak cholera, miotałem się wmawiając sobie, że na bank mnie zdradza; że już, w tym właśnie momencie znalazła sobie innego, przystojniejszego, fajniejszego, a ja dostanę co najwyżej smsa o treści: „Z nami koniec”. Nazajutrz byłem na nią tak wściekły, że aż mną trzęsło. I trzeba było sporo czasu, aby te emocje minęły.

Głupi byłem jak cholera.

 

A WYSTARCZYŁO POGADAĆ...

 

Sprawa jest prosta: dla mnie konsekwencją zdrady jest definitywne zakończenie związku. Nie byłbym w stanie zaufać drugiej osobie po tym, jak zdradziła moje zaufanie, i moja partnerka doskonale o tym wie: powiedziałem jej o tym. Dzięki temu ja wiem, że jeśli to zrobi, to z wyboru i ze świadomością konsekwencji. Bez żadnych usprawiedliwień. A to znacznie ułatwia rozstanie.

Powyższe tyczy się również i mnie.

Jeśli zdradzę to wiem, że nie odzyskam zaufania drugiej osoby; jeśli zdradzę, to jestem skończonym chujem, i nie mam prawa nazywać się mężczyzną; jeśli zdradzę, to z wyboru i z pełną świadomością konsekwencji. I nie mogę powiedzieć nic, co mogłoby mnie usprawiedliwić.

 

 

———

 

 

Odpowiadając na pytanie w tytule: tak, powinnaś puszczać swojego faceta samego do klubu.

Ale najpierw daj mu do przeczytania ten tekst.