Czy "time-management" niszczy nasze życie?

Wiecie, co zapoczątkowało modę na «bycie produktywnym»? E-mail.

A tak właściwie, to ich zdecydowany nadmiar. Wg autora artykułu, który zainspirował mnie do napisania tego tekstu (i od którego bezwstydnie zerżnąłem tytuł), za moment boomu na «osobistą produktywność» można uznać wynalezienie rewolucyjnej metody obchodzenia się z napływającymi w nadmiarze na skrzynkę mailową wiadomościami—metody „Inbox Zero”. Zaprezentowana pracownikom Google przez nikogo nieznanego faceta o obco brzmiącym nazwisku, metoda ta miała pomóc w bardziej efektywnym radzeniu sobie z mailami pożerającymi coraz więcej cennego czasu. W praktyce, «Inbox Zero» polega na opróżnianiu swojej skrzynki do «zera» za każdym razem, kiedy na nią zaglądamy, nie pozostawiając ani jednego maila bez reakcji (odpowiedzi, usunięcia itd.). Voila! Proste?

Korpo-ludki Google były zachwycone. Ich pozbawione radości życia znów nabrały kolorów, a facebookowe tablice zaczęły zalewać fotki pustych skrzynek mailowych. Nikomu nieznany facet, autor «Inbox Zero», nagle stał się guru osobistej produktywności, a ludzie dostali olśnienia: skoro w tak łatwy sposób można poradzić sobie z korporacyjnym wrogiem numer jeden, dlaczego by nie spróbować tej metodyki w odniesieniu do innych aspektów życia? Dlaczego by nie zostać produktywnym także po wyjściu z pracy, i na zawsze? Puff!, i jak za dotknięciem magicznej różdżki, «time-management» stał się filozofią naszych czasów. Nic już nie było takie samo.

«Bycie produktywnym» w pewnym momencie stało się po prostu modne. Odpoczynek zaczął być postrzegany jako marnowanie czasu; ludzie zaczęli biegać, chodzić na siłownię, uczyć się nowych umiejętności lub języków, próbować wszystkiego, byleby nie siedzieć bezczynnie. Nawet średnią długość czasu potrzebnego na sen skrócono z 8 do 6 i mniej godzin! Ośmiogodzinna zmiana w pracy odeszła do lamusa, a zaczęły liczyć się efekty, które czasami nie mieszczą się w żadnych ramach czasowych. Internet dosłownie zalały porady odnośnie zwiększenia osobistej produktywności, a rozwój technologii przyczynił się do pojawienia ogromu narzędzi ją wspomagających.

Teraz na hasło «bezproduktywność» ludzie reagują znakiem krzyża i czym prędzej sięgają po swe kalendarze i listy zadań, by móc natychmiast zabrać się za coś produktywnego. Teraz, jak chcesz odpocząć i trochę «ponicnierobić», to jesteś skończony leń i na pewno nic ci w życiu nie wyjdzie.

Teraz, to trzeba zapierdalać.

 

OBIETNICE VS. RZECZYWISTOŚĆ

 

Filozofia «zarządzania czasem» kusi słodką obietnicą lepszej jego kontroli w świecie, w którym wszystko pędzi. W dzisiejszych czasach musimy mierzyć się z nieograniczoną liczbą nowych wyzwań. „Praca” stała się pojęciem coraz mniej podatnym na definicję, bo zakres naszych obowiązków nieustannie się rozszerza. Ludzie rzadko kiedy w ramach pracy wykonują tylko jedną czynność przez osiem godzin dziennie, pięć dni w tygodniu. Wymagania rynku nieustannie się zmieniają, jeśli więc chcesz utrzymać się na powierzchni, musisz się dostosować. W efekcie „praca”, w szerokim spektrum znaczeniowym, staje się niewyczerpanym zasobem. No bo jak na pytanie „czym się zajmujesz?” ma odpowiedzieć osoba, która pracuje na etacie, po godzinach rozkręca własny biznes, a w weekendy robi magisterkę z marketingu?

Ciężka sprawa.

I w tym momencie przychodzi «time-management», krzycząc na całe gardło: MOŻESZ robić to wszystko, MOŻESZ robić to bardziej efektywnie, a co ważniejsze, POWINIENEŚ robić więcej, bo przecież to nie jest takie trudne; chodź, pokażę ci jak. I my podążamy za tymi hasłami, zniewoleni wizją hiper-produktywności i gór złota, instalując na telefonach nowe apki z kategorii „produktywność” i kreśląc wizje rychłego podboju kuli ziemskiej. Dlaczego?

Bo świetnie zdajemy sobie sprawę, że nasz czas jest mocno ograniczony; chcemy więc wykorzystać go jak najlepiej.

 

„Im lepiej zarządzasz swoim czasem, tym bardziej odczuwasz jego upływ”

 

Czy więc «time-management» to odpowiedź na pytanie o sens życia? Czy wskakując na poziom super-produktywności, jesteśmy w stanie przeżyć swoje życie w taki sposób, aby na łożu śmierci móc powiedzieć: „ten świat nie ma dla mnie już nic do zaoferowania”?

Wydaje mi się, że większość ludzi opacznie zrozumiała ideę «time-managementu» i bycia produktywnym. Wg mnie, u podstaw tej ideologii leży zarządzanie czasem w taki sposób, aby jak najszybciej uporać się z rzeczami, które zobowiązani jesteśmy robić (praca, szkoła, studia itp.), i tym samym wygenerować jak najwięcej czasu na rzeczy, które chcemy robić (treningi, prowadzenie bloga, granie na konsoli). Dla wielu, granica między obowiązkiem a pragnieniem robienia czegoś się zatarła: w efekcie, ludzie robią wiele rzeczy nie z czystej chęci, ale ponieważ czują się do tego w jakiś sposób zobowiązani; bo tak robią inni, bo taka aktualnie jest moda, bo w ten sposób spędzę czas bardziej produktywnie, itd. Rozumiesz, o co mi chodzi?

Chcąc być produktywni, sami siebie wpędzamy w pułapkę robienia rzeczy, na które tak naprawdę wcale nie mamy ochoty. Albo w zamkniętą pętlę wiecznej pracy; postaw się na miejscu takiego freelancera. W przypadku ludzi, którzy pracują na swój własny rachunek, ilość przepracowanych godzin = wysokość pensji. Proste. Co więc będzie bardziej produktywne: dodatkowe dwie godzinki pracy, czy może wyjście ze znajomymi na piwo? Teoretycznie rzecz biorąc, bardziej «opłaca się» zostać w pracy: zarobię więcej pieniędzy. Czy jednak praca/dodatkowe pieniądze uszczęśliwią mnie tak, jak wieczór na mieście z paczką dobrych znajomych? No nie. Ale siedzenie, picie piwa i gadanie nic mi nie da; nie przyniesie mi wymiernych korzyści, oprócz przyjemnie spędzonego czasu. A przecież ja jestem turbo-produktywny! A zatem, zostaję w pracy! Znowu...

«Time-management» i osiągnięcie stanu wysokiej produktywności miało być lekarstwem na przeładowanie pracą i innymi obowiązkami. Tak naprawdę jednak, to po prostu inna forma bycia ciągle zajętym. Zamiast odciążać swoje grafiki, zaczęliśmy upychać w nie bezmyślnie coraz więcej rzeczy. Ja sam łapałem się na tym, że wpisywałem na listę zadań kompletne pierdoły tylko po to, by zaraz móc je stamtąd wykreślić! A wszystko po to, by czuć się produktywnie.

To nie koniec: najgorsze, że jak już złapiesz bakcyla produktywności, ciężko jest się od niego uwolnić. Będziesz chciał czuć się produktywny cały czas, bo wydaje ci się, że w ten sposób przeżyjesz swoje życie bardziej sensownie. A to oznacza, że albo zaczniesz robić rzeczy z potrzeby robienia CZEGOKOLWIEK, albo zagrzebiesz się po uszy w pracy, budząc się na łożu śmierci i stwierdzając: „kurde, to już?”.

Marny sposób na życie, nie uważasz?

 

CZY BYCIE PRODUKTYWNYM JEST ZŁE?

 

Otóż NIE!

Nie ma nic złego w robieniu mnóstwa rzeczy, a wręcz przeciwnie; jest coś niesamowicie ekscytującego w posiadaniu umiarkowanie napiętego grafika. Jeśli pracujesz zawodowo, po godzinach zajmujesz się garncarstwem i piszesz o tym bloga, a w dodatku robisz magisterkę ze ekonomii zaocznie, to wszystko z Tobą w porządku. Pod jednym warunkiem: musisz chcieć robić te wszystkie rzeczy. Tyle.

Istnieje ogromna różnica między robieniem rzeczy z czystej i świadomej chęci robienia, a bezmyślnym produktywizmem. Tą drugą postawę moglibyśmy określić jako produktywizm materialny. Charakteryzuje się ona robieniem rzeczy z potrzeby zajęcia się CZYMKOLWIEK (lub ponieważ inni tak robią) i ukierunkowywaniem swoich działań tylko i wyłącznie na zdobywanie dóbr materialnych. Osoba produktywna materialnie będzie więc żyć produktywnie tylko po to, by «żyć produktywnie» i «nie tracić czasu», oraz zawsze będzie wybierać korzyść materialną (praca, pieniądze) ponad korzyść emocjonalną (spotkanie w barze ze znajomymi).

Przeciwieństwem będzie produktywizm emocjonalny, czyli świadome podejmowanie wyborów odnośnie naszych działań, bazujące na chęci robienia czegoś. Taka postawa wyklucza bezmyślny produktywizm («robienie dla robienia»), ale nie wyklucza zdobywania dóbr materialnych. Dlaczego? Bo np. posiadanie ładnego mieszkania lub samochodu sprawi, że będę szczęśliwy. Produktywizm materialny to dla mnie głód doświadczania, ale również świadome życie („chcę robić to i to, ponieważ dzięki temu będę się czuł tak i tak”) oraz życie w zgodzie ze sobą. Osoba produktywna emocjonalnie nie będzie czuła kompulsywnej potrzeby nieustannego bycia zajętym, bo świetnie zdaje sobie sprawę, że nie ma nic złego w okazjonalnym nicnieróbstwie. Taka osoba może też czasem wybrać pracę ponad spotkanie ze znajomymi w barze, ale tylko pod warunkiem, że tego chce. Produktywizm emocjonalny to również takie obchodzenie się ze swoimi obowiązkami (praca, studia), by wygenerować jak najwięcej czasu na rzeczy, które chcę robić (druga praca, hobby, pisanie bloga, granie na konsoli, COKOLWIEK INNEGO).

 

„Rozwój tylko dla dobra rozwoju to ideologia komórki rakowej”

 

Pewnie dziwi was, że czytacie tekst wypowiadający się o «time-managemencie» i produktywności w negatywnym tonie na moim blogu, podczas gdy zaledwie tydzień temu pisałem o tym, jak być bardziej produktywnym. Zresztą, zeszłotygodniowy tekst nie był odosobnionym przypadkiem, bo o sposobach na poprawienie osobistej produktywności pisałem już kilkukrotnie. Czy zamierzam się wycofywać z tego, o czym mówiłem? Absolutnie nie!

Uważam, że porady które przeczytacie w książkach, na moim blogu, a także w kwadrylionie innych miejsc w sieci są wartościowe. Ja sam lubię czytać o produktywności i próbować różnych sposobów na jej poprawienie. Jak wspominałem wcześniej, współczesny świat ma to do siebie, że rzuca na nas ogromną ilość wyzwań. Pracujemy, studiujemy lub uczymy się, próbujemy tworzyć coś własnego, mamy swoje hobby. Chcąc robić te wszystkie rzeczy, przyda się trochę pomocy w temacie odpowiedniego planowania i porządkowania, i nie ma w tym nic złego. Warunek jest jeden: trzeba świadomie decydować się na nakładanie na siebie tego ogromu obowiązków. Świadomie i w zgodzie z samym sobą.

ALE można też stwierdzić, że to zbyt dużo i zwolnić, odpuścić. To również jest dobre wyjście z sytuacji, które dla kogoś może okazać się odpowiednie. Wielu ludzi rzuciło wyzwanie pędzącemu światu podporządkowując się idei slow life. Jak na tym wyszli? Jej popularność i coraz szersze grono «wyznawców» mówi samo za siebie.

 

 

 

———

 

 

 

Co Wy sądzicie o «time-managemencie» i produktywności? Jesteście bardziej produktywni materialnie czy emocjonalnie? I czy to co właśnie przeczytałeś, ma dla ciebie jakiś sens?