Dlaczego nie daję jałmużny?

Dlaczego na widok żebraka nie dostaję nagłego ataku filantropizmu i nie wyciągam portfela?

ONI są wśród nas. Na dworcach, przy kościołach, pod supermarketem. Czasami siedzą przy ścianie ze wzrokiem utkwionym smętnie w ziemię. Czasem, ci bardziej aktywni, zaczepiają cię kiedy wysiądziesz z autobusu i łzawą historyjką lub zwięzłym monologiem poproszą o zlitowanie nad sobą. Widać, że coś w ich życiu poszło nie tak. Możesz tylko domyślać się, w którym miejscu popełnili błąd. Czasem pewnie zastanawiasz się, czy to z własnej winy znaleźli się w takim a nie innym położeniu. Może to jakaś inna siła zwiodła ich na złe tory? Chcąc się tego dowiedzieć, różnych wersji tej samej historii poznałbyś tyle, ilu zapytałbyś ludzi.

Wykrzywiona staruszka pod kościołem z wyciągniętymi do przodu, trzęsącymi się rękami. Staruszek o zapuszczonej brodzie, klęczący nieopodal wejścia do dworca. Dziecko cygańskiego pochodzenia, zaczepiające ludzi wychodzących z marketu. Młody mężczyzna z tabliczką o napisie „Pomóż mi, jestem głodny” włożoną do spłowiałej od słońca czapki z daszkiem. Wszyscy oczekujący twojej pomocy. Wszyscy w gorszej sytuacji od ciebie. Tobie powiodło się lepiej: masz pracę, rodzinę, jesteś wykształcony. Ciężko harowałeś na to, co masz i kim jesteś. Oni nie mieli tak łatwo, oni zawsze mieli pod górkę. Nie mieli tyle szczęścia, co ty. Pomóż im. Zrobisz to?

NIE DAJĘ JAŁMUŻNY

Nigdy. Serio, nie pamiętam kiedy ostatnio wrzuciłem komuś dwójkę lub piątaka do kubeczka. Nie to, że taki ze mnie sknera, albo że nie mam nawet tyle w portfelu. Chociaż w sumie to nie mam, bo mimo solennie złożonej sobie obietnicy operowania gotówką (podobno mniej się wtedy wydaje), to i tak zawsze płacę kartą. Jednak to nie skąpstwo jest powodem, dla którego nie daję jałmużny. Nie daję z zasady.

Naprawdę nie rozumiem, z jakiego powodu miałbym zasilić kieszeń jakiegoś żebraka własnymi pieniędzmi. Idea dawania jałmużny jakoś do mnie nie przemawia: nie widzę w niej wystarczającego uzasadnienia. Dlaczego miałbym oddawać własne, ciężko zarobione pieniądze jakiemuś zupełnie obcemu mi człowiekowi? Dlaczego miałbym dzielić się owocami mojej ciężkiej pracy z kimś, komu najprawdopodobniej od dłuższego czasu nawet przez myśl nie przeszło słowo „praca”? No bez sensu. Pierwsze skojarzenie, jakie przychodzi mi do głowy, kiedy widzę żebraka? Pijak. No nie ma mocy, gdzieś na pewno musi chować litr Komandosa albo innego wytrawnego trunku. Coraz częściej tyczy się to także kobiet, od których wręcz czuć woń niedawno spożytego alkoholu. Wrzuciłbyś dwójkę do czapki zwykłego pijaka? Ja na pewno nie i podejrzewam, że ty także. Z jakiej racji miałbym sponsorować komuś zabawę? Pijakom więc nie dajemy złamanego grosza.

Niektórzy z was powiedzą jednak: „ale są osoby, które naprawdę tej pomocy potrzebują. Nie mają co jeść, pić, ani gdzie spać. Takim przecież można pomóc, prawda?” Hmm... Otóż nie. Po pierwsze: uważam, że sami jesteśmy kowalami swojego losu. Być może istnieje możliwość, że jakimś niefortunnym zrządzeniem losu i zupełnie nie z twojej winy wpakujesz się w jakąś wielką, śmierdzącą kupę gówna, która odbierze ci wszystko co masz i zostawi z niczym. Wierzę, że po takim czymś ciężko byłoby się podnieść. Historia zna jednak przypadki ludzi, którzy i z największego gówna potrafili się wygrzebać . Chcieli coś zmienić i podjęli działania zmierzające do tego. Próżno jednak szukać takich na ulicy.

Mam taką znajomą, niepoprawną filantropkę próbującą wybawić cały świat od krzywdy. Dobra dusza, serce jej się kraje, jak widzi wszelkiej maści ludzi w potrzebie. Zawsze rzuci coś żebrakowi, nawet jeśli u niej samej się nie przelewa. Kiedyś zagadnęła mnie, dlaczego ja nigdy nie rzucam. Wyjaśniłem jej więc pokrótce moje podejście, a ona sypnęła mi argumentem, którego użyłem w akapicie wyżej: „bo przecież są tacy, co pomocy rzeczywiście potrzebują”. Zrobiliśmy mały test: zamiast wrzucać bezmyślnie «na tacę», żebrzącym o jedzenie proponowaliśmy pójście z nami do sklepu i wybranie sobie czegoś. Na trzy osoby, dwie po krótkim „a nie, nie trzeba się fatygować, ja sam pójdę”, w końcu straciły cierpliwość i po prostu sobie poszły. Takie były głodne. Ta trzecia poleciała na «uczciwca» i wyznała, że tak naprawdę to zbiera na piwo. Tyle w temacie.

Możecie także powiedzieć: „ojej ojej, dwa złote fortuny nie czyni, dwójkę można przecież wrzucić”. No właśnie nie. Kwota nie ma znaczenia. Nie ważne, czy wrzucisz pięć, dziesięć, czy sto złotych. Chodzi o zasadę. Nie mam w sobie potrzeby uprawiania bezmyślnej filantropii. Nie mam zamiaru wlewać do mordy zapchlonego pijaczyny kolejną butelkę wina, ciesząc się jak głupi i wyobrażając sobie w myślach, że za moje pięć złotych kupił coś do jedzenia, odzyskał wiarę w ludzi i ułoży sobie życie. Już dawno przestałem wierzyć w bajki.

NIE JESTEM NAIWNY

Jestem nieufny. Mógłbym podać ci tysiąc historii, w których bardzo głodny bezdomny okazał się szukającym sponsora-frajera pijakiem. Nie wierzę, że ktoś, kto próbuje wygrzebać się z życiowego dołka, zaczyna od żebrania na ulicy. Na ulicę trafiają ci w «potrzebie»: narkotykowej, alkoholowej itp. Czy naprawdę pomagasz im, płacąc za kolejną działkę/flaszkę?

To nie jest tak, że jestem jakimś zimnokrwistym, wyrachowanym draniem. Uczę się na błędach, swoich i innych. Naprzeciwko kamienicy, w której mieszkałem poprzednio, miejsce upatrzył sobie jeden taki żebraczyna. Przychodził tam codziennie, rozkładał swój zestaw i tak siedział, a oparta o puszkę na monety kartka zawierała wymowny napis: „Jestem głodny”. Pewnego dnia postanowiłem go sprawdzić. Przygotowałem najbardziej wypasioną bułkę z serem i szynką, jaką widział świat, i zaniosłem mu ją. Podziękowań i dobrych słów nie było końca. Pomyślałem: „kurcze, może się mylę. Może warto od czasu do czasu spróbować komuś pomóc, bo rzeczywiście jest w potrzebie”. Bułkę znalazłem na drugi dzień w koszu przy wejściu na klatkę, a po facecie nie było śladu. Nawet jej nie spróbował.

Bardzo uważnie podchodzę do kwestii niesienia pomocy innym. Jeśli pomagam, to chcę żeby moje działania przyniosły zamierzony efekt, bez półśrodków. Dlatego też sceptycznie podchodzę do wszelkich zbiórek i akcji charytatywnych. Polskie prawo jest nieubłagane: podatek trzeba zapłacić, a twoje pieniądze zamiast trafić do właściwych rąk, zasilają budżet państwa. Pamiętam taką zbiórkę pieniędzy dla chorego znajomego. Wiedziałem, jak to wygląda, dlatego do puszki nie wrzuciłem ani grosza. Pieniądze dałem mu do ręki, dzień później.

SZANUJĘ PIENIĄDZE

Mnie też nie podoba się, że wszyscy są takimi materialistami, wszystko obraca się wokół forsy i w ogóle to życie jest do dupy. Ale, stety-niestety, taka jest rzeczywistość. Dostosuj się, albo giń.

Szanuję pieniądze; wiem, ile trudu włożyłem, aby je zarobić. Uważam więc, że skoro uczciwie na nie zapracowałem, to właśnie ja powinienem sobie, przy pomocy tych pieniędzy, jakoś ten trud zrekompensować. Ja i osoby mi bliskie. Pieniądze, same w sobie, tak naprawdę nie mają żadnej wartości—to środek płatniczy, narzędzie, które ma określoną funkcję, i w ten sposób je traktuję. Pieniądze dają możliwości, co nie oznacza, że bez nich jesteśmy tych możliwości pozbawieni. Dobrze jest jednak mieć możliwość kupienia chleba. Albo wakacji na Hawajach.

Czym tak naprawdę kierujesz się, kiedy wrzucasz drobne do czapki żebraka? Chcesz mu pomóc? Naprawdę myślisz, że te dwa złote w jakiś sposób mu pomogą? A może bardziej zależy ci na połechtaniu własnego ego i poprawieniu sobie nastroju, siląc się na wielkopański akt wobec słabszego?

Osobiście, to ego wolę sobie połechtać nowym iPhonem.