Dlaczego warto jechać do Budapesztu?

Podróżowanie.

Ostatnio doszedłem do wniosku, że jeśli istnieje w pełni uzasadniony powód wydawania pieniędzy, to jest to właśnie podróżowanie. Podróżowanie w każdej postaci - od weekendowego wypadu do znajomych, przez leniwe wakacje w ciepłych krajach, na wielkich, kilkumiesięcznych eskapadach w dzikie i nieznane kończąc. Każdy z tych sposobów może przynieść ci coś, czego kupowanie «rzeczy» na pewno ci nie da: wspomnienia.

Zadziwiająca jest także dziwna przyczynowo-skutkowość podróżowania. To tak, jakby jedna podróż wynikała z poprzedniej, równocześnie będąc zapowiedzią kolejnej. Zobacz: ponad pół roku temu byłem w Stanach. Wbrew mojej nieskrywanej niechęci i nieufności wobec wszelkiego rodzaju sloganom reklamowym, to naprawdę były „wakacje mojego życia”. Pracując na kampie poznałem mnóstwo fantastycznych ludzi z różnych stron świata, z którymi po dziś dzień jestem w kontakcie. Teraz dzięki temu, że zaprzyjaźniłem się z nimi, mam okazję skorzystać z zaproszenia i odwiedzić ich, podróżując do całkiem nieznanych mi miejsc. Czyli dzięki jednej podróży, mogę wybrać się w kilka kolejnych. No dla mnie bomba.

W planach mam dłuższą wyprawę do Meksyku i odwiedzenie kilku znajomych w różnych miejscach kraju. Na razie jednak, pozostając w sferze weekendowych wypadów, postanowiliśmy zobaczyć się ze znajomą, która mieszka w Budapeszcie.

 

#selfiezDido

#selfiezDido

 

Dido poznaliśmy właśnie w Stanach. To urocza osóbka, która na kampie piekła ciasta, ciasteczka i inne słodkości, a na co dzień studiuje psychologię w Budapeszcie. Zaproszenie dostaliśmy będąc jeszcze w USA, natomiast z różnych powodów na wyjazd nie mogliśmy zdecydować się wcześniej. W końcu dostaliśmy wiadomość: „słuchajcie, albo teraz, albo nie-wiem-kiedy. Dzisiaj przyszedł facet, od którego wynajmuję mieszkanie i powiedział, że mam się wyprowadzić do końca marca”.

Zadecydowaliśmy jednomyślnie: teraz!

Sporo myślałem o tym, jak podejść do tekstu o Budapeszcie. Doszedłem do wniosku, że nie chcę pisać typowo «turystycznego», blogowego wpisu: po pierwsze, to nie w moim stylu; po drugie: kiepski ze mnie turysta. W podróżowaniu nie liczy się dla mnie zaplanowanie jak najefektywniejszej trasy zwiedzania i zobaczenie tylu atrakcji turystycznych, ile się da. Zdecydowanie wolę poczuć klimat odwiedzanego miejsca; i nawet ciężko mi zdefiniować, co to właściwie znaczy.

Dlatego dzisiaj, zamiast pokazywać ci skarby Budapesztu, atrakcja po atrakcji, spróbuję przekonać cię, abyś sam się tam wybrał. A warto, choćby tylko po to, by zobaczyć samo

 

MIASTO

 

Nie ma się co oszukiwać: Budapeszt to piękne miasto. Zresztą, zobaczcie sami.

 

 

Parlament.

Parlament.

 

 

Stolica Węgier i jedno z najważniejszych miast Europy Środkowej, Budapeszt powstał w wyniku połączenia trzech miejscowości: Budy, Obudy i Pesztu; i tutaj ukłon w stronę tego, kto nadawał nazwę nowemu tworowi za nie zdecydowanie się na coś w rodzaju Budaobudapeszt.

Dzisiejszy Budapeszt to przestrzeń zderzających się ze sobą historii i teraźniejszości. Z jednej strony mamy monumentalne, historyczne budowle jak budynek parlamentu czy Bazylika św. Stefana, a z drugiej silne wpływy ludzi młodych, próbujących przystosować «antyczne» miasto do wymagań współczesności.

Jeśli interesujesz się historią, pasjonuje cię zabytkowa architektura lub po prostu jara cię zwiedzanie zabytków - Budapeszt to miasto dla ciebie. Pełno tu sypiących się kamienic, pokrytych mchem pomników, odrestaurowanych zamków i ociekających bogactwem kościołów. Mnie jakoś nie podnieca wizja podziwiania szesnastowiecznej świątyni w stylu barokowym. Jeśli chodzi o zabytkowe budowle, to stosunek do nich mam dosyć prosty: lubię je obejrzeć, zarejestrować w pamięci, z bliska lub daleka; wyobrazić sobie, ile pracy pochłonęła budowa lub zamyślić się nad kunsztem artystycznym architekta - i to mi wystarcza. Czasem trwa to pół godziny, czasem wystarczy mi piętnaście sekund. Nie mam też parcia, żeby wchodzić do środka każdego mijanego po drodze zabytku.

W «zwiedzaniu», jak dla mnie, chodzi o coś innego, coś bardziej abstrakcyjnego.

Nie ukrywam jednak, że przyjemnie było wspiąć się na wzgórze, na którym znajduje się zamek Budy i rzucić okiem na tamtejsze zabudowania. Zwłaszcza, że z pobliskich murów Baszty Rybackiej roztacza się doskonały widok na panoramę części miasta położonej na drugim brzegu Dunaju. Jeśli lubicie robić zdjęcia i zależy wam na dobrym świetle, to polecam wybrać się tam wczesnym rankiem. Unosząca się nad budynkami mgła, wyzierające nieśmiało zza horyzontu słońce i górująca nad resztą zabudowań kopuła Bazyliki św. Stefana - o co jeszcze mógłby prosić spragniony dobrych ujęć fotograf-amator?

 

Bazylika św. Stefana.

Bazylika św. Stefana.

 

A jeśli mało ci jeszcze epickich widoków, to zapraszam na Wzgórze Gellerta; tam, gdzie mieści się Statua Wolności (nie mylić z tą nowojorską!) oraz Citadella. To kolejny punkt widokowy na mapie miasta, który spragnionym zdjęć z podróży może przynieść kilka ładnych ujęć do kolekcji.

To również dobre miejsca na krótki, acz intensywny spacerek.

Co ciekawe, pod wzgórzem mieszczą się podobno słynne łaźnie Gellerta. Dido zachęcała nas by z nich skorzystać; mówiła że po zmroku, z basenów umieszczonych na dachu budynku roztacza się ładny widok na miasto. Tym razem jednak nie skorzystaliśmy.

 

Zamek Buda.

Zamek Buda.

 

 

Jak wspomniałem wcześniej, dla mnie w zwiedzaniu chodzi o coś więcej niż zwykłe oglądanie zabytków i robienie im zdjęć. Wolę poczuć klimat miejsca: zobaczyć, jak żyją zamieszkujący je ludzie, zasmakować w potrawach, które jedzą i pójść w miejsca, które oni sami odwiedzają.

Lubię poczuć się jak oni; na tyle, na ile jest to możliwe.

 

KLIMAT

 

Nie będę sadził tu pierdół i mówił, że klimat jest «niepowtarzalny» i «jedyny w swoim rodzaju»; to nie Nowy Jork ;) W Budapeszcie poczujecie się jak w każdym dużym mieście; z tym wyjątkiem, że lokalny język brzmi jak mieszanka marsjańskiego z klingońskim, a jak wyjdziecie wieczorem na wzgórze zamkowe albo Most Małgorzaty, to waszym oczom ukaże się chyba najładniejsza nocna panorama miasta w Europie Środkowej. Umiejętnie podświetlony budynek Parlamentu, zamek Budy albo Most Łańcuchowy to spektakularne widoki.

Co więcej, Budapeszt nocą jest jak żywy organizm: wszędzie coś się dzieje, wszędzie są ludzie. Miasto tętni życiem, a przemierzając centrum miasta co krok mija się bary i kluby. Mnie szczególnie urzekły bary-ruiny (bary w ruinach?), o których opowiadałem w jednej z Insta Stories (podobało się? Mój profil na Instagramie → jakubpe.official). Nie wiem czy na coś podobnego można natknąć się w innych miastach Europy, ale dla mnie pomysł jest genialny. Trik polega na tym aby znaleźć jakąś starą, opuszczoną kamienicę w dobrej lokalizacji, wstawić tam bar z alkoholem, powiesić jakieś całkowicie abstrakcyjne dekoracje na ścianach, puścić głośno muzykę i voila, gotowe! My odwiedziliśmy dwa takie bary i oba dosłownie pękały w szwach od tłumu ludzi w nich przebywających. Klimat takiego miejsca jest fantastyczny - w jednym z odwiedzonych barów na ścianach powieszone były stare telewizory, popękane lustra i kawałki jakichś rzeźb, co w połączeniu z umiarkowanie głośną muzyką i dymem fajek wodnych stwarzało taki mistyczno-psychodeliczny nastrój. Bomba!

Część tego baru znajdowała się pod gołym niebem, więc nawet dla amatorów nocnego nieba coś się znajdzie.

 

Budapeszt nocą <3

Budapeszt nocą <3

 

Z kolei Budapeszt za dnia to zupełnie inny klimat. Miasto wydaje się senne, jakby zmęczone nocnymi igraszkami. Na ulicach nie ma zbyt wielu ludzi, w metrze i tramwajach rzadko zdarzają się tłoki. Bary i kluby ustępują miejsca restauracjom i kawiarniom, alkohol i drinki ustępują miejsca kawie i obiadowi. Nie wiem, czy to trafne spostrzeżenie, biorąc pod uwagę fakt, że w Budapeszcie byliśmy w weekend, ale dopóki ponownie nie odwiedzę miasta, właśnie tak będzie mi się ono kojarzyć: senne za dnia, ożywające nocą.

Warto zaznaczyć, że Budapeszt to dość popularny cel podróży. Nawet w marcu zauważyliśmy grupki turystów azjatyckiego pochodzenia, szturmujące kolejne atrakcje w błyskach fleszy i dźwiękach spustu migawek aparatów. Zauważyliśmy również dużo osób ze Stanów i Wielkiej Brytanii, jakby studentów wymiany lub pracowników międzynarodowych korporacji; na turystów raczej nie wyglądali. Nasze przypuszczenia potwierdziła Dido, która powiedziała, że rzeczywiście Budapeszt zamieszkuje spora liczba obcokrajowców. Poznaliśmy nawet jej przyjaciółkę, której chłopak jest Amerykaninem; co ciekawe, poznali się na kampie w Stanach ;)

 

 

No dobra, nie byłbym sobą gdybym chociaż nie wspomniał krótko o rzeczy, która ma znaczny wpływ na klimat danego miejsca. Oczywiście, mam na myśli

 

JEDZENIE

 

A przysmaków w stolicy Węgier nie brakuje.

Jeśli miałbym odpowiedzieć, co wg mnie składa się na ogólny klimat miejsca, to stwierdziłbym, że ludzie i jedzenie. O ludziach Budapesztu powiem za chwilę. Na razie pozostańmy w temacie jedzenia.

Pisałem niedawno w poście na Facebooku, że zakochałem się w kuchni węgierskiej. Uwielbiam te proste, niewyszukane dania, z dosłownie kilkoma składnikami wchodzącymi w ich skład. Zdaję sobie sprawę, że to dość duże uproszczenie w stosunku do kuchni CAŁYCH Węgier, zważywszy na to, że udało mi się skosztować zaledwie tylko kilku potraw, nie mniej jednak bazując na zdobytym doświadczeniu - węgierskiemu żarełku mówię stanowcze: „dokładkę poproszę!”.

 

 

Przykładem takiego dania jest langosz (oryg. lángos), czyli rodzaj chleba z dodatkiem ziemniaków, smażonego na głębokim oleju, podawanego z masłem czosnkowym, śmietaną i startym żółtym serem na wierzchu. Na pierwszy rzut oka w ogóle nie wygląda to na przysmak, wiem, ale uwierzcie mi: kto raz langosza spróbuję, ten do Węgier wróci na pewno. Ja langosze pokochałem od pierwszego kęsa właśnie za prostotę smaku i swobodny sposób podania. Jeśli kiedykolwiek będziesz w Budapeszcie lub gdziekolwiek indziej na węgierskiej ziemi, koniecznie spróbuj langosza. I weź jednego dla mnie na wynos.

Na Węgrzech langosz to lokalny street food, podobnie jak kurtosz (oryg. kürtőskalács, lub po prostu kürtős). Kurtosz to z kolei słodka przekąska, rodzaj ciasta owijanego wokół kija lub metalowego pręta, a następnie grillowanego i obsypywanego cukrem i cynamonem. Tradycyjny kurtosz jest pusty w środku i je się go na gorąco. W knajpie, w której próbowaliśmy przysmaku, kurtosza podawali z rozmaitym nadzieniem (od lodów, po owoce i bitą śmietanę), a także różnymi posypkami (np. kakao).

I jeszcze słów kilka odnośnie węgierskich alkoholi. Tymi, którymi poczęstowała nas Dido, były Unicum i Palinka (oryg. Pálinka). Ten drugi określany jest mianem narodowej wódki Węgier. Pali w mordę jak cholera (pewnie dlatego «palinka»... he-he), a w gardle na długo pozostawia słodkawy, owocowy posmak. Znawcą alkoholu nie jestem, ale do Palinki raczej nie wrócę. Co innego Unicum: ten trunek posmakował mi bardziej. Unicum jest rodzajem ziołowego likieru. Ma zadziwiające właściwości pobudzające (jak mieliśmy już dość łażenia jeden shot wystarczył, żeby postawić nas na nogi), a Węgrzy piją Unicum po posiłku, dla zdrowotności.

 

Za ojczyznę!

Za ojczyznę!

 

O kuchni Węgier i przysmakach, których spróbowaliśmy mógłbym jeszcze długo opowiadać. Wspaniałe gulasze i duszone mięsko to specjalności, których po prostu trzeba spróbować. Jak tak sobie pomyślę, to nawet te widoki mógłbym poświęcić w zamian za miskę dobrego gulaszu.

Albo chociaż jednego langosza.

 

A ILE TO WSZYSTKO KOSZTUJE?

 

Zadziwiająco niedużo.

Podróż PKP z Katowic do Budapesztu wyniosła nas jakieś 150 zł od osoby, w obie strony; tańszą opcją jest Polski Bus, jednak po moich tragicznych przejściach z tym przewoźnikiem zdecydowaliśmy się na odrobinę więcej komfortu i podróż pociągiem. Z innych opcji pozostaje samolot (drogo), ewentualnie samochód (jak ktoś ma).

Na miejscu, przez trzy dni, za dwa/trzy posiłki dziennie, kawę na mieście, wieczorne piwko (ewentualnie trzy...) oraz przepustki na transport publiczny, wydaliśmy jakieś 100 euro... Na dwie osoby! Śniadanie przygotowywaliśmy sami, w mieszkaniu. Moim zdaniem, jak na weekend w zagranicznym mieście, to bardzo tanio - bez porównania taniej niż np. w Hiszpanii. A naprawdę nie żałowaliśmy sobie niczego.

 

Murale w Budapeszcie.

Murale w Budapeszcie.

 

To tylko dryfująca w kosmosie krowa, jedząca trawę nożem i widelcem, ubrana w sutannę.

To tylko dryfująca w kosmosie krowa, jedząca trawę nożem i widelcem, ubrana w sutannę.

 

Oczywiście, do tego trzeba dodać koszty wynajmu noclegu, jednak z oczywistych przyczyn nas one nie dotyczyły.

Jeszcze słówko o pieniądzach: walutą Węgier jest forint; w praktyce, w niektórych miejscach można również płacić euro. Dostaliśmy trochę mylne informacje od Dido, która stwierdziła, że wszędzie zapłacimy jedną lub drugą walutą; okazało się jednak, że część usługodawców nie przyjmuje płatności w Euro. Najlepiej więc zabrać ze sobą forinty.

 

CO Z TYMI LUDŹMI?

 

Znacie takie powiedzenie: „Polak, Węgier, dwa bratany”?

Jak się okazuje, oni też takie mają. I coś musi być na rzeczy, bo będąc w Budapeszcie zauważyłem trochę cech wspólnych między nami a Węgrami.

Oni też lubią sobie ponarzekać, najlepiej na rząd i premiera. Oni też skarżą się na zarobki, które w żaden sposób nie są adekwatne do kosztów życia. Mimo wszystko, jaki by nie był, Węgrzy kochają swój kraj. I chociaż czasem jest im tam trochę ciężko, dają radę. Nie dają się władzy i potrafią cieszyć się życiem.

Widziałem po Dido, że jest dumna mogąc oprowadzić nas po «swoim» mieście. Chętnie opowiadała nam o tym, jak się tu żyje i okazuję się, że rzeczywistość typowego, węgierskiego «Kowalskiego» w wielu aspektach odpowiada tej należącej do jego polskiego «brata». Cholera, nawet kuchnię mamy podobną!

Węgrzy, których poznałem, to mili i serdeczni ludzie. Trochę wycofani i zdystansowani wobec obcych, jednak potrafiący okazać serdeczność. Kasjerki w sklepach uśmiechały się, kiedy z trudem dukaliśmy «köszönöm», czyli «dziękuję» po węgiersku, a w restauracjach i kawiarniach, widząc wyraz głębokiej bezradności w naszych oczach na dźwięk ich języka, ludzie reflektowali się i żegnali nas nieśmiałym thank you i bye.

 

Wzgórze Zamkowe

Wzgórze Zamkowe

 

———

 

Dlaczego warto jechać do Budapesztu?

Bo to przepiękne miasto, i choćby samo podziwianie jego widoków jest warte podróży. Jeśli jednak zależy ci na pełniejszym doświadczeniu, spróbuj lokalnej kuchni; wyjdź wieczorem na miasto. Porozmawiaj z kimś, kto tu mieszka. Postaraj się wczuć w klimat tego miejsca.

I nie zapomnij: jeden langosz dla mnie na wynos.