Do you speak... Anything?

Czyli o tym, jak dźwięk obcego języka paraliżuje nasze ciała, zaczynamy się jąkać a czoło oblewa zimny pot.

Większości z was na pewno zdarzyło się być zapytanym przez jakiegoś obcokrajowca, jak dostać do jakiegoś miejsca. Idziecie sobie kulturalnie, słońce ogrzewa waszą roześmianą mordkę, aż tu nagle: Sorry! How can I get to... Łałel?. Koszmar! Słonko nagle zachodzi za wielką, czarną chmurę a wy rozglądacie się w popłochu za pomocą. W końcu, po kilku minutach zastanowienia, z uśmiechem na twarzy odpowiadacie: Aj dont spik inglisz!. I problem z głowy!

OK, mogę być w tych sprawach trochę nieobiektywny z racji tego, że od kilku dobrych lat studiuję angielski. Podejrzewam, że trochę łatwiej przychodzi mi „wysławianie się” po „ichniemu” a i mroczne arkana gramatyki są dla mnie nieco zrozumialsze. Nie zmienia to jednak faktu, że absolutnie wszyscy, z racji ustawowego obowiązku uczęszczania do szkoły, mieliśmy do czynienia z przynajmniej dwoma językami: w moim przypadku był to angielski i niemiecki. O ile niektórzy zamiast niemieckiego mieli francuski, hiszpański, tudzież włoski, to z angielskim w szkole zetknął się każdy. Dosłownie. A nawet jeśli ktoś jest turbo odporny na wiedzę z tablicy, to styka się z nim codziennie, żyjąc w czasach, w których angielski jest absolutnie wszędzie. Everywhere. Dlatego pisząc ten tekst, będę odnosił się właśnie do tego języka.

SAY SOMETHING

Odpuszczę wam dywagacji na temat tego, jak to żyjąc w obecnych czasach, jedną z kluczowych umiejętności, które możemy nabyć, to dobra znajomość angielskiego. Ufam, że każdy z was zdaje sobie z tego sprawę i do tej pory, w jakimś tam stopniu opanował podstawy tego języka. No właśnie. Podstawy ma opanowane, na lekcjach coś tam powiedział, maturę zdał... Anglojęzyczne filmy i seriale ogląda bez przerwy na siku, w postach na fejsie wali anglojęzycznymi tekstami piosenek, w galerii nie ma zdjęć, tylko photos, itd., itp. A jak ktoś podejdzie i zapyta o coś w tymże języku, to cała jego wiedza sprowadza się do: Aj dont spik inglisz. Why?

Wydaje mi się, że nie tylko Polacy, ale i ludzie innych narodowości boją się mówić w obcym języku. Boją się, że popełnią błąd i zostaną wyśmiani. A wyśmianie, wiadomo, sprowadzi na nas hańbę i wieczne potępienie. O zgrozo. Jedni boją się, bo przespali tą i tamtą lekcję na angliku, i teraz nie pamiętają, czy miałoby być has czy have, więc pyszczka nie otworzą. Są i tacy, którzy doskonale wiedzą, jak odpowiedzieć na zadane pytanie, i tym samym pomóc biednemu Koreańczykowi dostać się na Łałel, ale i tak się nie odezwą. Bo powiedzą coś „śmiesznie”, przekręcą jedno słówko i wiadomo: hańba i potępienie. Dum, dum, dum...

LEAVE ME ALONE!

Muszę przyznać, że ja również przeżyłem taki okres w swoim życiu. W czasach liceum, kiedy angielski zaczął mi się bardzo podobać i już wiedziałem, że w przyszłości będę go studiował. Robiłem dużo rzeczy nadprogramowo, ponadto chciałem wykorzystać wiedzę nauczyciela, więc aktywnie uczestniczyłem w lekcjach, zadawałem pytania, udzielałem się. Starałem się zabarwić swój angielski chociaż odrobiną któregoś z akcentów. Jaka była reakcja innych? „Hehe, on się stara, mówi nie jak Polak po angielsku, i w ogóle mówi, hehe” to najczęstsza z nich. Z lekka przygaszony, udzielałem się mniej, a naukę kontynuowałem w zaciszu czterech ścian.

Wydaje mi się, że najbardziej boimy się mówić przy osobach naszej narodowości, co jest kompletnym idiotyzmem. Zauważyłem, że kiedy grupka znajomych zostanie zaczepiona przez obcokrajowca próbującego dowiedzieć się czegoś, to ludzie w tej grupce patrzą jeden na drugiego głupio się uśmiechając, i mówią do siebie „Nie, ty powiedz!”. Boją się mówić przy swoich znajomych, bo niezależnie od tego, czy powiedzieliby coś dobrze, czy też nie, zostaną wyśmiani. Tak dla zasady. Bo albo powiedziałeś coś źle, więc na to „zasługujesz”, albo dobrze, czyli jesteś mądrzejszy niż ja, więc dla własnego dobrego samopoczucia umniejszę twoją wartość przez wyśmianie cię. A nie-mówienie równa się nie-praktykowaniu, więc nie uczymy i nie rozwijamy się.

LEPIEJ POWIEDZIEĆ COŚ ŹLE, NIŻ NIE POWIEDZIEĆ WCALE

To idea, która przyświecała mi przy pisaniu tego tekstu. Sprawdza się w stu procentach i miałem okazję przekonać się o tym na własnej skórze. Krótko mówiąc: byłem w Hiszpanii, zaczepiłem pewną panią i po angielsku zapytałem o drogę. Reakcja? I don't speak English. Jako, że hiszpańskiego też co nieco liznąłem, to próbuję po ichniemu. Pani, z użyciem mapy na telefonie, tłumaczy mi jak się tam dostać. Patrzę: kurde, musiałem coś przekręcić, bo nie o to mi chodziło, próbuję więc znowu, w dalszym ciągu po hiszpańsku. Bez powodzenia. Za cholerę nie mogę wyjaśnić, o co mi chodzi. W końcu tracę cierpliwość i ponownie pytam po angielsku. Pani patrzy na mnie z wyrzutem, zastanawia się chwilę, po czym tłumaczy prostymi słowami, jak dojechać w wybrane miejsce. Po angielsku! Patrzę na nią: „You don't speak English, huh?”. Jej pomoc była bezcenna, bo zaoszczędziła mi konieczności przebookowania biletu. Pytałem o drogę na lotnisko.

Poniżej mam dla was cztery rady, które pomogą wam (mam nadzieję) w pozbyciu się lęku przed odezwaniem się w dowolnym, obcym języku. Ready?

 

1. Jeśli ktoś zaczepia cię na ulicy i pyta o drogę/cukier/cokolwiek po angielsku, prawdopodobnie nie jest to rodowity Anglik/Amerykanin/Australijczyk/Nowo Zelandczyk, tudzież mieszkaniec jakiegokolwiek innego kraju z urzędowym angielskim (RPA?). Angielski to też jego drugi język, więc nie będzie posługiwał się perfekcyjną angielszczyzną, ergo nie ma prawa oczekiwać takiej z twojej strony. Dlatego nie stresuj się, że powiesz coś źle. Chodzi o to, aby przekazać wiadomość.

 

2. JEŚLI jednak jest to Anglik/Amerykanin itd., to tym bardziej nie ma prawa oczekiwać od ciebie perfekcyjnego angielskiego. To on jest u „ciebie”, a nie na odwrót. To tak, jakbyś wyjechał do Stanów i wkurzał się, że nikt nie mówi po polsku.

 

3. Zasadniczo ludzie doceniają, jeśli starasz się mówić w ich języku. Nawet jeśli kaleczysz, przekręcasz słówka i wszystko robisz źle, to spotka się to co najwyżej z uśmiechem sympatii. Spójrz na to z innej strony: jakbyś się poczuł, jeśli Koreańczyk, zamiast użyć angielskiego, powiedziałby: Psieprasiam, jak tojte na fafel? So sweet!

 

4. Nawet jeśli naprawdę nie potrafisz sklecić choćby dwóch słów do kupy, co wydaje mi się niemożliwe, to proste wskazówki mogą komuś bardzo pomóc. Miła pani, która wybawiła mnie z opresji, użyła w zasadzie trzech słów: go, right i left, a i tak dzięki niej zdążyłem na lotnisko na czas.

 

 

A jak wy stoicie z językami?