"Gra o Tron" sezon siódmy - co poszło nie tak?

!SPOILER ALERT! - w tekście nawiązuję do wydarzeń z siódmego sezonu GoT. Jeśli jeszcze go nie oglądałeś a nie lubisz spoilerów - zrób to zanim przeczytasz! Jeśli nie masz pojęcia co to „Gra o Tron” - przepadnij na wieki!

Zanim zacznę, chciałbym podkreślić jedną ważną rzecz: jestem absolutnie, bezsprzecznie, niepodważalnie i bez żadnych wątpliwości, wielkim fanem „Gry o Tron”. Nie takim super-mega-psychofanem, jakich serialowi w internecie nie brakuje; nie zakładam dedykowanych for dyskusyjnych i nie snuję teorii o tym, co może wydarzyć się w kolejnym sezonie. Nawet nie czytałem książek, chociaż powoli dojrzewam do tej decyzji, ale dość mocno wkręciłem się w serial. Z utęsknieniem czekałem na każdy kolejny sezon, czułem pustkę i bezsens istnienia po oglądnięciu ostatniego odcinka, ale ostatecznie show must go on i życie toczyło się dalej.

Nie inaczej było z sezonem siódmym. Wyczekiwałem go chyba bardziej niż pozostałych; zakończenie szóstego wywołało u mnie srogi opad szczęki, a pytanie «co dalej?» dręczyło mnie po nocach jeszcze przez długi czas. Upragniony dzień premiery wreszcie nadszedł, a później … no cóż, później to już poleciało i ani się obejrzałem, kolejny sezon był za mną.

I nie zrozumcie mnie źle: świetnie się bawiłem oglądając go - chociaż umówmy się … tylko siedem odcinków!? c'mon! - i aż mnie nosiło kiedy dowiedziałem się, że na sezon ósmy prawdopodobnie przyjdzie mi poczekać dłużej niż standardowy rok. Ale już w okolicach trzeciego odcinka naszło mnie dziwne wrażenie. Wrażenie to narastało z każdym kolejnym epizodem i nie chciało odejść, chociaż sam nie bardzo potrafiłem określić, o co mi chodzi.

Kulminacją okazał się być epizod szósty, który pozostawił mnie wybitnie zmieszanego. Dzień po premierze dyskutowaliśmy na jego temat w pracy i to wtedy dotarła do mnie informacja, dzięki której elementy dziwnej układanki, jaką był siódmy sezon „Gry o Tron”, zaczęły do siebie pasować.

 

TO JUŻ NIE TO SAMO

 

Jak wspomniałem wcześniej, jestem fanem serialu, ale nie na tyle, by czytać o nim artykuły w internecie; najbardziej interesuje mnie oglądanie go. Dlatego też mojej uwadze umknął fakt, że siódmy sezon nie ma nic wspólnego z sagą George'a R.R. Martina, której do tej pory był adaptacją. Z jednej prostej przyczyny: nie ma już czego adaptować.

Dla niewtajemniczonych: serial „Gra o Tron” w głównej mierze oparty jest na sadze wspomnianego wyżej autora, zatytułowanej „Pieśni Lodu i Ognia”. Pierwsze pięć sezonów to adaptacja pierwszych pięciu tomów sagi, natomiast sezon szósty to scenariusz oryginalny, oparty jednak na motywach tomu IV i V, oraz nieopublikowanego jeszcze tomu VI. Mniej więcej w tym momencie twórcom serialu materiał adaptacyjny się skończył, bo tomy VI i VII, mające być zwieńczeniem sagi, nie zostały jeszcze ukończone. Co gorsza, nie bardzo wiadomo kiedy zostaną ukończone: z tego co mi wiadomo, ich premiera przesuwana była już kilkukrotnie z uwagi na pogarszający się stan zdrowia Martina. Twórcy serialu nie mogli jednak pozwolić sobie czekać na ich wydanie, a głupio byłoby zostawić historię niedopowiedzianą. Podjęli więc decyzję, że sami dopiszą zakończenie, i dali sobie na to jeszcze dwa sezony.

I wszystko spoko, bo choć dotychczas serial był adaptacją sagi, a sam autor brał udział w jego produkcji, twórcom GoT świetnie szło. Nie wiem, na ile wiernie telewizyjna „Gra o Tron” oddaje jej książkową wersję, ale szczerze - gówno mnie to obchodzi. GoT to genialny serial: przewrotny, trzymający w napięciu i świetnie zrealizowany, a ponadto pozostawiający widza z ciągłym niedosytem. Zdaję sobie sprawę, jak łatwo skopać nawet świetny materiał na adaptację, dlatego tym bardziej kłaniam się w pas jego twórcom. Świetna robota, chapeau bas, herzlich wilkommen i tak dalej.

I nawet okiem bym nie mrugnął dowiedziawszy się, że za zakończeniem serialu nie będzie stał George Martin. Pomyślałbym, że skoro twórcom telewizyjnej „Gry …” do tej pory szło tak dobrze, to nie ma powodu przypuszczać, że nagle zaczną potykać się o własne nogi.

Niestety …

 

CO POSZŁO NIE TAK?

 

Z wielkim żalem i smutkiem, ciągle nie dowierzając, że piszę teraz te słowa, oznajmiam: siódmy sezon „Gry o Tron” nie jest tak dobry jak poprzednie. Powiem więcej: na tle poprzednich sezonów wypada zdecydowanie blado. Nie mam pojęcia, kto zawinił, ale kilka rzeczy w nowym sezonie po prostu się nie klei.

Poniżej omawiam sześć największych problemów nowej odsłony „Gry o Tron”.

 

|1. | Skoki w czasie.

 

Podróżowanie w „Grze o Tron” zawsze było odwzorowane dosyć realistycznie, tzn. dostanie się z punktu A do punktu B zajmowało bohaterom ileś tam czasu, a serial starał się upływ tego czasu jakoś odwzorować. Podróże były też okazją do interakcji między bohaterami, podczas których widzowie mogli dowiedzieć się czegoś więcej o ich planach, pobudkach itp.

Inaczej jest w sezonie siódmym, w którym podróżowanie przypomina raczej pierdoloną teleportację.

Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy w jednej scenie Daenerys dowiaduje się, że jej armia Nieskalanych została wykiwana przez wojska Lannisterów, a już w kolejnej szarżuje na nich z odwetem na grzbiecie smoka, razem z całą armią Dothraków. Wszystko spoko, tyle że Królowa Smoków i jej banda ryczących dzikusów najpierw są na małej wysepce z dala od całego zamieszania, a chwilę później znajdują się na innym kontynencie, prawdopodobnie setki kilometrów dalej.

Jak?

Rozumiem, gdyby Dany sama poleciała na smoku i dokonała zemsty. Ale przecież miała ze sobą, powtarzam, całą armię pieprzonych Dothraków. Czym ich przetransportowała? Kiedy?

Nie wiadomo.

Takich błyskawicznych podróży jest w siódmym sezonie całe mnóstwo. W zasadzie, to bohaterowie podróżują z Północy na Południe i vice versa bez przerwy, jakby trasę obsługiwał Ryanair czy coś.

 

Surprise, motherfuckers!

Surprise, motherfuckers!

 

|2. | Dialogi.

 

„Gra o Tron” przyzwyczaiła do świetnie napisanych dialogów. I tu wypadałoby pogratulować twórcom serialu, bo przecież nie mogli ot tak zerżnąć wszystkiego prosto z książek. Wiem, że kilka najbardziej rozpoznawalnych kwestii czy przemówień zostało żywcem wyjęte z sagi, ale cała reszta to zasługa scenarzystów.

Tym bardziej dziwi mnie poziom dialogów w siódmym sezonie.

Jon Snow, zwracający się do Daenerys per „Dany”, chociaż ledwo ją zna - eee … co? Ja wiem, że poczuł coś w kroczu i próbuje poderwać Khaleesi, ale serio? „Dany”?

Tak samo głupio brzmiał «dialog» między braćmi Clegane w finałowym odcinku: cała scena wydawała się wciśnięta jakby na siłę, tak żeby fani serialu mogli już zacząć jarać się walką między Ogarem a Górą.

Pokusiłbym się o stwierdzenie, że cały siódmy sezon od strony lingwistycznej brzmi jakoś … gorzej. Dialogi nie są już tak błyskotliwe i dobrze napisane, a postaciom zdarza się wypowiadać kwestie, które zupełnie do nich nie pasują.

 

|3. | Błyskawiczny rozwój wydarzeń.

 

Wydarzenia z odcinków piątego i szóstego spokojnie można by rozciągnąć na CZTERY EPIZODY!

Albo i cały sezon.

No dobra, jeszcze odcinek piąty z Daenerys i armią Dothraków teleportującą się ze Smoczej Skały do Westeros jestem w stanie wybaczyć. Ale szósty? Dżizas, tyle się tam dzieje!

Najpierw cała ta wyprawa żeby schwytać zombie. Bohaterowie idą i idą, nie wiadomo ile, aż w końcu przypadkowo trafiają na zbłąkaną grupkę umarlaków i udaje im się jednego złapać. Później nagle orientują się, że są otoczeni przez całą armię nieumarłych, więc Jon wysyła Gendry'ego z powrotem na mur, żeby stamtąd wysłać kruka do Daenerys, żeby ta przybyła z pomocą. Gendry biegnie, też nie bardzo wiadomo ile, a bohaterowie czekają na ratunek na środku zamarzniętego jeziora. W końcu zombiaki atakują i kiedy już wydaje się, że nie ma ratunku dla ekipy Jona, bohatersko zjawia się Daenerys.

Jakby tego było mało, w walce Daenerys traci jednego smoka, Jon wpada do jeziora, później wypływa i znowu atakują go umarlaki, huj wi skąd na ratunek przybywa jego wujek, Jon ucieka, WRACA NA MUR, i wszyscy żyją długo, i szczęśliwie.

I to wszystko w jednym pieprzonym odcinku!

No ja pierdole, serio!?

 

Cześć, nazywam się Jon i jestem nieśmiertelny.

Cześć, nazywam się Jon i jestem nieśmiertelny.

 

|4. | Wszyscy są nieśmiertelni.

 

Nie ma co ukrywać: „Gra o Tron” to krwawy serial. Kolejne postaci padają jak muchy, a najczęściej te, które właśnie zdążyłeś polubić. Inaczej jest w przypadku sezonu siódmego.

Tutaj nie umiera prawie nikt! To znaczy … trup ściele się gęsto, średnia zachowana i tak dalej, ale wszystkie ważne postaci nawet z najgorszych tarapatów wychodzą bez szwanku. <ekhem!… Jon Snow … ekhem!>. Co z tego, że chłopak wpada do lodowatego jeziora okutany w gruby płaszcz i w pełnym rynsztunku bojowym, który waży pewnie z tonę. Nie przeszkadza mu to wypłynąć po chwili na powierzchnię.

To samo z Jaimiem Lannisterem. Razem z Bronnem wpadają do jeziora w pełnych zbrojach, kiedy ten bohatersko ratuje go przed ogniem smoka Daenerys; momentalnie idą na dno jak kamień, a w następnym odcinku wychodzą na brzeg parę kilometrów dalej, jakby nigdy nic. Tiaaa …

Prawda jest taka, że oprócz Lady Olenny, w siódmym sezonie „Gry o Tron” nie ginie nikt istotny. Nie do tego przyzwyczaił nas serial.

 

|5. | Co się, kurwa, stało w Winterfell?

 

Serio, to co się tam odpierdala to jakaś masakra.

Wreszcie, po wielu latach tułaczki obfitującej w traumatyczne przeżycia, w Winterfell zjawiają się jego prawowici właściciele, zdekompletowane rodzeństwo Starków. Zamiast jednak paść sobie w objęcia, zachowują się cokolwiek podejrzanie. Bran rozpowiada wszystkim, że nie jest już Branem tylko Trójoką Wroną, nie siląc się na jakiekolwiek wyjaśnienia. Arya też błąka się po zamku nie wiadomo po co, a gdy łapie starszą siostrę na myszkowaniu w jej rzeczach, odpierdala scenkę psychopatycznego mordercy. Z całej trójki tylko Sansa wydaje się zachowywać rozsądnie.

I tak przez cały sezon!

A później, ni z gruchy, wielki reveal! Starkowie od początku działali razem, a całe to dziwne zachowanie było tylko na niby, żeby przechytrzyć Littlefingera i wreszcie go ukatrupić! No, kurwa, wow.

Tyle, że w dalszym ciągu nie ma to większego sensu.

Po pierwsze, skoro Bran jest taki wszystkowiedzący, od razu mógł rozpowiedzieć wszystkim, jaki to zły jest Littlefinger. Po drugie: i co im dały te szarady, skoro podczas procesu jedynym dowodem jego przewinień były zeznania niepełnosprawnego chłopca, podającego się za Trójoką Wronę? Serio, rzucali w gościa oskarżeniami, a nie przedstawili żadnego konkretnego dowodu. I niby w taki przekonali wszystkich wokół, że to Littlefinger od początku coś knuł?

Swoją drogą, nigdy nie lubiłem podstępnego chujka, ale jego postać zasługiwała na «lepszą» (czyt. lepiej napisaną) śmierć.

 

Cześć, nazywam się Bran, ale w sumie to jestem Trójoką Wroną.

Cześć, nazywam się Bran, ale w sumie to jestem Trójoką Wroną.

 

|6. | Czyżby twórcy serialu zaczęli przejmować się widzami?

 

Piękno „Gry o Tron” polegało na tym, że twórcy serialu od początku mieli fanów w dupie. Zabijali wszystkie fajne postacie, najczęściej wygrywali ci źli i znienawidzeni, a jak któryś z bohaterów pakował się w poważne tarapaty, to najczęściej nie wychodził z nich żywy. Nie było cudów; jak na serial fantasy, GoT był tym względem dość «realistyczny».

Oglądając sezon siódmy miałem wrażenie, że twórcy robią wszystko, byleby uszczęśliwić widza. W niemal każdym odcinku jest jakaś akcja ze smokami z mnóstwem epickich ujęć, jest wyczekiwany przez wszystkich romansik między Jonem i Daenerys; uratowali nawet biednego Jorah Mormonta, chociaż śmiertelnie zachorował!

I z jednej strony cieszę się, bo te sceny ze smokami wyglądają spektakularnie, i wszyscy czekaliśmy na nie od kiedy małe bestie się urodziły, a romansik Jona i Daenerys jest taki słodki <333, ale, KURWA, TO ZUPEŁNIE NIE W STYLU GRY O TRON. Nie do tego przyzwyczaił nas serial. Za mało jest podstępu, za mało knucia i przewrotności.

I chociaż muszę przyznać, że ostatnia intryga mocno mnie zaskoczyła, to był to jeden z niewielu takich momentów w całym sezonie.

Chlip.

 

———

 

No dobra, wyżaliłem się.

Nie chcę, żeby ten tekst zabrzmiał jak czysty hejt, bo mimo wszystkich potknięć i niedociągnięć, dobrze się bawiłem oglądając siódmy sezon „Gry o Tron”. Ale, kurczę, jeśli przez sześć sezonów przyzwyczaja się widza do rozrywki na bardzo wysokim poziomie, to od kolejnego widz ma prawo oczekiwać czegoś równie dobrego.

Takie jest moje zdanie.

A jakie jest wasze? Jesteście fanami „Gry o Tron”? Widzieliście siódmy sezon? Jeśli tak: co o nim myślicie?

I najważniejsze: czy cokolwiek z tego, co napisałem, ma sens?