Homo non-sapiens

[z łac. człowiek nierozumny] zamieszkujący głównie obszary zurbanizowane gatunek ssaka z rodzaju człowiekowatych. Charakteryzuje się wysoką niezaradnością w przypadku pojawiających się nagle przeciwności losu, lecz do perfekcji opanował posługiwanie się telefonem, tudzież jego młodszym, mądrzejszym bratem. Gatunek wysoce zależny od homo sapiens.

Był piękny wtorkowy poranek. Słońce rozpoczęło swą wędrówkę po nieboskłonie, zalewając ulice miasta łagodnym ciepłem. Ruch wzmagał się coraz bardziej. Z nie dość jeszcze rozbudzonym umysłem mijałem kolejne samochody i siedzących w nich sfrustrowanych kierowców, powtarzających codzienny rytuał dojazdu do pracy. Bezgraniczna irytacja i zazdrość malująca się na ich wymizerowanych twarzach dawała mi lekką satysfakcję. Widok płynnie poruszającego się roweru musiał działać im na nerwy; co rusz jakiś desperat zajeżdżał mi drogę bądź zatrzymywał się na przejściu, uniemożliwiając mi przejazd. Niby niczego nie świadomi, dziwili się i pukali w czoło, kiedy pozdrawiałem ich środkowym palcem, zręcznie wymijając. Co niektórzy wołali groźnie i machali rękami, a pod pachami na ich koszulach rozlewały się ciemne plamy. Zroszone potem czoła marszczyły się srogo na widok bezkarnie przemykającego obok nich rowerzysty. Od czasu do czasu dźwięk klaksonu rozdzierał cichy szum miasta swoim jękiem. Był piękny wtorkowy poranek.

Mimo, że korki na stałe wpisały się w obrazek wczesnoporannego miasta, tego dnia ruch wydawał się bardziej intensywny. Samochody poruszały się wolniej, a kolor na twarzach kierowców wpadał bardziej w purpurę, niż zwykły krwistoczerwony. W oddali zamajaczyła przyczyna zamieszania—stojący nie-na-poboczu, migający 'awaryjkami' srebrny mercedes. Pokonywana codziennie droga do kopalni zaczęła mnie już nużyć, więc mając odrobinę czasu w zapasie postanowiłem pomóc biednej duszyczce. Zrobię coś bezinteresownie dla drugiej osoby i nabiję trochę punktów u pani bozi. Dzień od razu stanie się lepszy.

Biedna duszyczka przybrała postać łysego mięśniaka w białej koszuli, pastelowo różowych spodniach i czarnych lakierkach. Okulary przeciwsłoneczne w białych oprawkach, chroniące skórę głowy przed promieniami UV dumnie prezentowały się na opalonym na mahoniowy brąz czole. Na szyi nie mogło zabraknąć komunijnego łańcuszka z krzyżykiem. Prawdziwy twardziel. Opierając się o klapę bagażnika prowadził ożywioną rozmowę przez telefon i wymachiwał przy tym złowrogo do mijających go rozeźlonych kierowców. Mimo prezencji typu 'nie podchodź, bo zabiję', jego los ujął mnie za serce. Postanowiłem wytrwać w pierwotnym postanowieniu i pomóc. Podjeżdżając do niego zauważyłem, że w tylnym kole nie ma powietrza.

'Mariusz' właśnie skończył rozmawiać przez telefon.

 

- Dzień dobry! - zagadnąłem - Pomóc zepchnąć samochód na pobocze?

- Nieczeba - odburknął.

- Pomoc już nadjeżdża?

- Bedo za czydzieści minut - prychnął.

- Oj. To może pomóc zmienić koło? Ma pan zapasowe?

- Młody, samochód nóweczka. Prosto od Niemca. Wszystko jest - odparł dumnie.

- Yyy… A więc w czym problem? - zapytałem zmieszany.

- Kuwa młody, czy ja ci wyglądam na mechanika?

- (…) - pomyślałem - Wie pan, do wymiany koła nie potrzeba od razu mechanika…

- A ja to pierdole! Dzwonię do PeZetU i mają się wszystkim zająć, raz-dwa. Płacę im tyle kabony i mam sobie jeszcze ręce brudzić, kuwa? - odparł wzburzony.

- Może jednak zepchniemy samochód na bok? Tak, żeby upłynnić ruch?

 

Widząc w jego oczach rosnące zdenerwowanie, odpuściłem. Pożegnałem się i odjechałem, zostawiając biednego Mariusza na łasce pomocy drogowej. Mariusz nie wyraził podziękowania za zaoferowanie pomocy. Mariusz był na to zbyt dumny.

Nie żebym się tym jakoś specjalnie przejął. Jak mawiał dziadek: 'nic na siłę, wszystko młotkiem'. Zastanowiły mnie jednak dwie rzeczy. Mianowicie,

 

I. Czy Mariusz naprawdę nie chciał się ubrudzić, czy też po prostu nie potrafił zmienić koła?

Oraz,

II. Dokąd zmierzasz, świecie?
 

Odpuśćmy sobie dywagacje na temat Mariusza. Wg mnie każdy szanujący się facet, legitymujący się prawem jazdy kategorii B powinien potrafić zmienić koło. Rozumiem, że wątła płeć piękna może mieć z tym problem, bo podniesienie samochodu lewarkiem i odkręcenie śrub wymaga odrobiny krzepy, ale argumentu tego nie można zastosować w przypadku faceta o posturze wczesnego Pudziana. Może rzeczywiście nie chciał się ubrudzić, może jechał na rozmowę kwalifikacyjną z szefem ochrony nowego klubu - nie wiem. Zostawmy to. Zaobserwowałem jednak pewną rzecz, którą chcę się z wami podzielić. Otóż,

 

SPOŁECZEŃSTWO SIĘ UNIESAMODZIELNIA

 

Gdy pojawia się jakiś problem, nie staramy się go rozwiązać. Chwytamy za telefon i dzwonimy po fachowca. Zamiast poświęcić odrobinę czasu nad zastanowieniem się, jak możemy sobie z problemem poradzić, od razu odpuszczamy. Telefon, numer, kasa i po problemie. Wolimy zapłacić i mieć święty spokój, niż wytężyć szare komórki i zaoszczędzić trochę czasu. I pieniędzy.

I nie mówię tutaj o sytuacji, w której rozwiązanie problemu wymaga specjalistycznej wiedzy. Nie próbujcie grzebać w instalacji elektrycznej, kiedy 'masa' i 'uziemienie' kojarzą wam się wyłącznie z wagą ciała i szlabanem od rodziców na wychodzenie z domu. W takich przypadkach wezwanie fachowca jest całkowicie uzasadnione, a wręcz wskazane. Ale już np. wybite korki nie wymagają interwencji specjalisty—o czym na własnej skórze (a zwłaszcza własnym portfelu) przekonała się moja koleżanka. A później płacz i lament, bo przyjechał elektryk, coś tam przełączył, posprawdzał gniazdka, i wziął pięć dych (oraz udzielił koleżance, bohaterce tej historii, srogiej reprymendy za podłączenie laptopa, ładowarki do telefonu, prostownicy i bozia tylko wie, czego jeszcze, do jednego kontaktu).

Kolejna sytuacja, i tym razem to nie dama w opresji, a 22 letni student polibudy (sic!):

 

[KOLEGA]: Siema, jest sprawa. Kupiłem szafkę w Ikei i potrzebuję pomocy.

[JA]: Mam ci pomóc ją wnieść?

[K]: Nieee, to taka mała szafka nocna. Nie wiem, jak ją złożyć.

[J]: Instrukcji nie dali?

[K]: Instrukcja jest, tylko...

[J]: Nie masz narzędzi?

[K]: Jakiś śrubokręt się znajdzie, ale...

[J]: A więc w czym tkwi problem?

[K]: Pomożesz, kurwa, czy nie!?

 

Pomogłem. Złożenie szafki zajęło mi jakieś pięć minut. Z przerwą na kupę. Kumpel do dziś nie chce wspominać tej sytuacji. Szafka stoi u jego byłej.

Wybite korki, poskładanie prostego mebelka. Przebita opona w samochodzie, wymiana dętki w rowerze. To wszystko są rzeczy, którymi samodzielne zajęcie się nie wymagają dyplomu inżyniera. To wszystko są rzeczy, którego przy nakładzie szczypty logiki i odrobiny umiejętności manualnych jesteśmy w stanie zrobić sami, przy okazji zaoszczędzając czas i pieniądze oraz zyskując satysfakcję z samodzielności. Błogą satysfakcję, kiedy wydarzy się jedna z ww. rzeczy, a wy jako jedyni w towarzystwie powiecie: 'Odłóż ten telefon. To się robi tak'.

Jesteś homo sapiens, pamiętaj. To zobowiązuje.