Jak bloguje Jakub Pe

I historia jednego zeszytu.

Kilka dni temu wydarzyło się coś szczególnego; nie nadzwyczajnego, nie spektakularnego ani nawet wyjątkowego, ale właśnie szczególnego. Otóż kilka dni temu zapisałem ostatnią kartkę pewnego zeszytu.

Sam zeszyt też nie jest przesadnie wyjątkowy: ot, 80 kartek w formacie A4, spięte do kupy metalowymi kółkami, z dwoma przezroczystymi kawałkami materiału pełniącymi rolę okładki. Tyle. Nie o zeszyt jednak chodzi w tej historii, a o to, co się w nim znajduje. A że przed chwilą wspomniałem o zapisanej niedawno ostatniej kartce, można wnioskować, że znajduje się całkiem sporo.

Jeśli śledzicie mój fanpage na Facebooku, do czego w tym momencie gorąco was zachęcam, to już wiecie o co chodzi. Mowa oczywiście o moim zeszycie do robienia notatek do tekstów na bloga. Kupiłem go dokładnie tego samego dnia, którego ruszył blog (czyli 27 kwietnia 2016 roku) i od tej pory, z uporem i konsekwencją godną śledczych od katastrofy smoleńskiej, kreśliłem w nim plany następnych tekstów. Sporo tego kreślenia było, bo w zeszycie rozpisany jest dosłownie każdy pomysł, który ujrzał światło dzienne w postaci publikacji na blogu, ale od niedawna nie mam już w czym kreślić. Ten tekst jest ostatnim, którego plany powstały w moim starym zeszycie; jakby dramaturgii było mało, to w dodatku na ostatniej jego stronie.

Czy to oznacza, że to koniec bloga jakub.pe? Czy w ten właśnie sposób chcę wam przekazać, że tak kończy się moja przygoda z blogowaniem, a ja już oficjalnie odwieszam laptop na kołek? (jakkolwiek dziwnie brzmi ta metafora?)

No przecież, że nie :)

Nie od dziś wiadomo, że sentymentalna ze mnie bestia i jak tylko zobaczyłem, że wszystkie kartki zeszytu zostały zapisane, wzięło mnie na refleksje. Kurde, niby to nic, niby to tylko taki głupi zeszyt, w którym bazgroliłem swoje rozkminy zastanawiając się, jak najlepiej ująć to, co chodzi mi po głowie, ale z drugiej strony: zeszyt się skończył, a ja wciąż mam ochotę bazgrolić. Kreślić plany, wymyślać różne rzeczy i zastanawiać się, czy cokolwiek z tego ma sens. Ba!, ja się nawet nie zmęczyłem. Czuję, że najlepsze przede mną, a ja dopiero się rozkręcam.

I od razu świat wydaje się piękniejszy.

Tak więc z okazji «skończenia» zeszytu, a także świętując mały kroczek naprzód w kierunku podbicia polskiej i światowej blogosfery, chciałbym się z wami czymś podzielić. Jako że zeszyt służył mi do robienia notatek do tekstów na bloga pomyślałem, że opowiem wam więcej o tym, jak te teksty powstają.

Inaczej, przedstawię wam

 

MÓJ PROCES TWÓRCZY

 

Każdy proces twórczy zaczyna się od tej samej rzeczy: od pomysłu.

W zasadzie, to chyba najtrudniejsza część pracy osób, które zajmują się czymś kreatywnym: wpaść na coś nowego, świeżego. Z pomysłami jest o tyle ciężko, że nie da się ich tak po prostu wymyślić. A przynajmniej ja tak nie potrafię. Nie potrafię usiąść z kartką w ręku i wytężając umysł, zasypać ją pomysłami na świetne teksty. Uważam, że najlepsze pomysły pochodzą z zewnątrz; pochodzą z inspiracji.

A nie od dziś wiadomo, że inspiracja to dziwka.

Z inspiracją jest jak z grypą żołądkową: nigdy nie wiadomo, kiedy cię dopadnie, a jak już to zrobi, to w najmniej oczekiwanym momencie. Inspiracja, wena twórcza—jak zwał tak zwał—może nie pojawiać się tygodniami, zostawiając cię w gorzkiej rozpaczy i artystycznej niemocy, by później przyjść na kilka sekund np. w środku nocy, zastając cię kompletnie nieprzygotowanego. Dlatego zawsze staram się być gotowy na taką ewentualność i mieć pod ręką coś do pisania (telefon nadaje się znakomicie), by od razu (!) zapisywać pomysły, które przyjdą mi do głowy; zdarzało się, że jeśli nie robiłem tego natychmiast, to te pomysły przepadały bezpowrotnie.

A kto wie: może pomysł, który przyjdzie mi do głowy podczas, powiedzmy, dojazdu do pracy będzie tym, który przyniesie mi sławę i pieniądze?

 

 

Z tekstami na bloga jest o tyle dobrze, że inspiracją do napisania takiego może być absolutnie wszystko: rozmowa ze znajomymi, obejrzenie filmu, przeczytanie jakiejś informacji w Internecie czy też bycie świadkiem jakiejś sytuacji. Cały trik polega na tym, by takie pomysły zapisywać i później nad nimi pracować.

Jak już mam pomysł na tekst i wiem, o czym chcę pisać, to przychodzi pora na

 

PLAN

 

Jak mawia klasyk: dobry plan to połowa sukcesu.

Jestem osobą, która do pisania potrzebuje planu, niezależnie od tego, czy piszę tekst na bloga, rozdział pracy magisterskiej, czy smsa do mamusi. Mój mózg bombarduje mnie setkami tysięcy myśli na minutę, co nie wpływa korzystnie na spójność tekstu. Jeśli miałbym napisać coś na bloga bazując na samym pomyśle, prawdopodobnie w połowie tekstu odbiegłbym od tematu o jakieś 180 stopni, a ty zastanawiałbyś, dlaczego w jednym akapicie mówię o produktywności, by w kolejnym zahaczyć o życie seksualne misiów koala.

Plan pomaga mi uporządkować myśli i ułożyć je w jakiejś sensownej i logicznej kolejności, aby jak najlepiej przekazać to co mam do przekazania. Rozpisując plan działam w oparciu o burzę mózgów: jeśli już wiem o czym chcę pisać, to najpierw staram się wyróżnić główne punkty tekstu, a później zastanawiam się, o czym warto wspomnieć podczas omawiania ich.

Nie jest też tak, że te moje plany zawsze są jakieś mega skomplikowane i złożone: to akurat zależy od samego tekstu. Czasami zdaję się na dobre «flow» i wypisuję np. cztery główne punkty tekstu, a reszta to czysta improwizacja. Jeśli jednak wiem, że temat jest trudny albo wiadomość do przekazania bardziej złożona, to wolę rozpisać zagadnienie na więcej «części składowych», wraz z podpunktami i pod-podpunktami, aby przekaz był jasny i czytelny, a także aby nie pominąć niczego ważnego podczas pisania.

Pisząc cokolwiek, co ma za zadanie przekazanie jakiejś informacji albo podzielenie się wiedzą lub opinią na jakiś temat, warto mieć na uwadze to, że odbiorca nie siedzi w naszej głowie; jeśli więc czegoś nie dopowiemy albo nie będziemy wyrażać się jasno, wiadomość nie zostanie zrozumiana. Co innego, jeśli ktoś mylnie interpretuje nasze słowa: to już niekoniecznie musi być nasza wina. Ja bardzo często spotykałem się z brakiem wyczucia sarkazmu w moich tekstach. (np. tekst 10 rzeczy, które wkurzają mnie podczas rozmowy - rzućcie okiem na komentarze)

No dobra, jest i plan. To może czas wziąć się za

 

PISANIE

 

Jak dla mnie, to nadal najtrudniejsza część tego biznesu.

Przyznam szczerze: od zawsze uważałem, że pisanie nie sprawia mi problemu. I nie sprawiało, bo z tego co pamiętam wypocenie jakiejś rozprawki albo referatu w szkole to był dla mnie pikuś. Nauczyciele chwalili mnie za polot i finezję (no dobra, teraz to przesadzam), a polonistka w liceum mianowała mnie redaktorem naczelnym szkolnej gazetki. No o czymś, cholera, musi to świadczyć!

Teraz pisanie zabiera mi dużo więcej czasu; być może dlatego, że od kiedy zacząłem tworzyć teksty na bloga, więcej uwagi przykładam do stylu i tego, jak dany tekst «się czyta». Bardzo ważne dla mnie jest, aby to co piszę «dobrze się czytało». Wydaje mi się, że w dobie Internetu ludzie nie zwracają uwagi na to, jak piszą: pomijają znaki interpunkcyjne, nie robią «ogonków» przy polskich znakach czy też używają tego samego słowa szesnaście razy w jednym zdaniu. Już pal licho sam styl, ale trochę to zatrważające, bo później wymieniając maile czy wiadomości z kimś takim zastanawiasz się, co do cholery autor miał na myśli. Ja nawet w pieprzonych smsach stawiam przecinki i robię ogonki!

 

Idealny zestaw blogera: laptop, telefon, notatnik i KAWA <3

Idealny zestaw blogera: laptop, telefon, notatnik i KAWA <3

 

Wracając do tematu: tak, pisanie jest dla mnie czasochłonne. Nie tylko dlatego, że od razu pragnę stworzyć tekst, który będzie się dobrze czytał: mam również manię ciągłego poprawiania. Napiszę jeden akapit, czasem jedno zdanie, i później przepisuję je po kilkanaście razy, póki nie zacznie brzmieć tak, jak powinno. Taka nieustająca korekta i przywiązanie do detali zdecydowanie niekorzystnie wpływa na rytm pisania, a ja zamiast spędzić nad tekstem trzy godziny, kończę po ośmiu.

Czasami też dzieje się tak, że w trakcie tworzenia idea tekstu gdzieś mi się rozmywa. W jednym momencie piszę jak szalony, by później spędzić kolejne dwadzieścia minut zastanawiając się, co ja właściwie chciałem powiedzieć. Czasami nawet dobry plan nie pomaga—zdarza się tak, że logicznie wyglądająca «na papierze» argumentacja, ujęta w słowa traci sens. W takich wypadkach pomaga zasięgnięcie opinii kogoś innego; czasem nie jestem w stanie sam stwierdzić, czy to co napisałem brzmi sensownie. Dla mnie może brzmieć, ale ktoś inny stwierdzi: wtf!?

Wbrew pozorom, napisanie takiego tekstu na blog nie jest proste: nie dość, że trzeba w spójny i logiczny sposób przekazać wiadomość, to należałoby sprawić, aby odbiorca odczuwał przyjemność podczas czytania. A on i tak nie da ci lajka po przeczytaniu...

 

 

———

 

 

Kiedy tekst jest już gotowy, pierwsze co robię, to oddanie go w ręce mojej zaufanej korektorki—i w tym właśnie momencie, kiedy czyta to ONA, ja dostaję w łeb za nazwanie Jej «korektorką». Tak, każdy mój tekst w pierwszej kolejności trafia do mojej dziewczyny; zaczęło się, kiedy publikowałem pierwszy z nich i jak na razie nic nie wskazuje na to, by sprawy miały ulec zmianie.

Nie chodzi mi jednak o zwykły spell check; w głównej mierze zależy mi zdobyciu Jej opinii. Doświadczenie wielokrotnie (!) pokazało, że jeśli coś podoba się Jej, to jest duże prawdopodobieństwo, że spodoba się także moim odbiorcom.

Jeśli moje wypociny zostaną uznane za warte przeczytania, zaczyna się zabawa z publikacją treści w Internecie. Zaczynam od sformatowania surowego tekstu, wrzucając go na bloga. Czasami dopiero na tym etapie wymyślam też tytuł oraz lead. Następnie dobieram zdjęcia, przerabiam je i dodaję do tekstu. Na koniec, już przed samą publikacją, sprawdzam jak całość wygląda na blogu i voila! Tekst zostaje opublikowany, a ja za jakiś czas powiadamiam was o tym na Facebooku.

Proste?

Tak właśnie wygląda mój proces twórczy; oczywiście w dużym uproszczeniu. Zaczyna się od pomysłu, który przekuty w dobry plan, wyrasta później na pełnoprawny tekst.

 

A Wy? Macie swoje własne work flow?