Jak skutecznie usprawiedliwić granie na konsoli

Czy z «grania w gry» może wyjść coś pożytecznego?

Przyznam szczerze, że do niedawna moja opinia na temat gier komputerowych czy też gier wideo była dość «jednogłośna»—definitely NOT cool.

Nigdy nie byłem wielkim fanem gier. Jak większość ludzi mojego pokolenia (borze, «mojego pokolenia» brzmi tak staro), miałem krótkie momenty zauroczenia wirtualną rzeczywistością, ale nigdy na jakoś super-poważnie. Pamiętam, że w podstawówce godzinami przesiadywałem przed kompem naparzając w „Diablo II” na singlu. Nieco później, będąc gimbusem w dosłownym tego pojęcia znaczeniu, dałem się ponieść fali popularności sieciówek i grałem w jakieś MMORPGi z kumplami; szybko jednak znudziłem się «nabijaniem leveli» i zdobywaniem nowych «skilli». Wirtualna rzeczywistość poszła w odstawkę na dobre, jak tylko odkryłem znikome zainteresowanie płci żeńskiej moją skromną osobą. «Expienie» ustąpiło miejsca smskowaniu, puszczaniu sobie «strzałek» i jeżdżeniu na dyskoteki. Ach, piękne czasy!

Latka leciały, a ja na dobre wykreśliłem gry ze swojego życia. Granie kojarzyło mi się wyłącznie ze stratą czasu—przecież jest tyle innych, zdecydowanie ciekawszych i bardziej pożytecznych sposobów na jego spędzenie. Nawiązując do terminologii ostatniego tekstu, w moim zachowaniu widać wyraźnie wpływy produktywizmu materialnego: wolałem robić COKOLWIEK, co choćby w najmniejszym stopniu mogłoby zostać uznane za «pożyteczne», byleby tylko «nie marnować czasu». Swoją drogą, taki bezmyślny produktywizm to marnowanie czasu w najczystszej postaci, bo zamiast odpocząć albo się zrelaksować, nieustannie szukamy jakichś pierdół do roboty, ale o tym już przecież wiecie. No chyba że nie wiecie, w taki razie proszę ładnie kliknąć w hiperłącze wyżej i otworzyć sobie ostatni wpis do przeczytania na później. Dziękuję :)

Wracając do tematu: w dalszym ciągu żaden ze mnie gamer. Ostatnio zacząłem trochę grać pożyczonej od brata, starej konsoli, i w ciągu jakiś dwóch miesięcy udało mi się skończyć... Dwie gry. Zwykle nie gram więcej niż dwie godziny dziennie, a jedną «sesję» grania staram się ograniczyć do 60 minut.

Zdarzają się dni, że nie gram wcale; zdarzają się i takie, kiedy limit dwóch godzin zostaje przekroczony.

Skąd więc to nagłe zainteresowanie grami?

 

GRY TO ZŁO

 

Zacznijmy od tego, że antagonizowanie gier jako «straty czasu» jest głupie.

Jeśli jesteście mniej więcej w moim wieku, to na pewno niejednokrotnie wysłuchiwaliście tyrad swoich rodziców o tym, jak to „graniem w gierki rodziny nie wykarmisz”, „weź się lepiej do nauki” i tym podobne. Prawdopodobnie działo się to, kiedy byliście w okresie nastoletnim i bez wątpliwości rodzice mieli wtedy rację—może nie do końca z tym wykarmianiem rodziny, bo wielu gamerów kosi teraz kasę aż miło—ale jako nastolatkowie mieliśmy tendencję do przesadzania. Cały dzień przed kompem to wcale nie było wyzwanie, a «nauka» spoczywała jebnięta w kąt, w plecaczku adidasa.

 

 

Rodzice chodzili, tłukli nam do głowy te swoje mądrości, po czym szli do pokoju obok i włączali telewizję. I tak siedzieli przed tym telewizorem, łykając „Klan”, „Teleexpress” i wszystko inne, co akurat nadawali. Widzicie ironię? Nas opieprzali za siedzenie przed ekranem komputera, podczas gdy oni wybierali po prostu inny ekran. Shame on you, rodzice. Ale ja nie o tym...

Ustalmy jedno: granie jest jak każda inna rzecz, którą robimy dla rozrywki. Nie widzę różnicy między oglądaniem seriali, czytaniem powieści fantastycznej a łupaniem na konsoli. OK, teoretycznie możemy biernie przyswoić np. trochę języka podczas oglądania zagranicznych seriali, czy też słownictwa i gramatyki czytając polską książkę, ale żadna z wymienionych wyżej czynności nie przyniesie nam wymiernych korzyści. Wszystkie je możemy uznać za «marnowanie czasu»—dopóty, dopóki relaks, odpoczynek i rozrywkę też będziemy uznawać za jego stratę. A my, w oparciu o wiedzę z poprzedniego tekstu, nie chcemy tego robić, prawda?

Co więc wyróżnia granie na tle oglądania seriali i czytania książek?

 

DLACZEGO GRANIE JEST DOBRE?

 

Bo granie odmóżdża. Zarówno w tym negatywnym, jak i pozytywnym tego słowa znaczeniu.

Granie odmóżdża negatywnie, jeśli grasz zbyt dużo; jeśli nie dostarczasz swojemu mózgowi żadnych innych stymulujących go bodźców. Mam tu na myśli sytuację, kiedy potrafisz spędzić przed kompem/konsolą kilka godzin, robiąc od czasu do czasu przerwę na siku i papu. I nic poza tym. Niektórzy moi znajomych (jeden z nich uśmiechnie się pod nosem czytając to), potrafią naparzać w tą samą grę po 5, 6 godzin non-stop. Ja wysiadam po półtorej, maksymalnie dwóch godzinach. Zaczynam się nudzić, a granie nie sprawia mi już takiej frajdy, bo czuję się dostatecznie «odmóżdżony». Wolę zacząć robić coś innego; najlepiej coś kreatywnego, co będzie stymulujące i pobudzi mój umysł do myślenia. Sypnę teraz mega-banałem, ale życie to sztuka balansowania. Jeśli nie używałeś mózgu przez dwie, trzy godziny, warto byłoby zaprząc go później do pracy i pomyśleć nad czymś bardziej intensywnie, żeby przywrócić równowagę. Tak to działa.

A w jaki więc sposób granie odmóżdża pozytywnie?

Załóżmy, że pracujesz kreatywnie. Twoja praca wymaga od ciebie intensywnego myślenia: musisz na przykład opracować jakiś projekt, znaleźć rozwiązanie jakiegoś problemu lub stworzyć coś nowego, co wcześniej istniało tylko w twojej głowie. Każdemu, kto ma do czynienia z pracą kreatywną (niekoniecznie musi to być «praca» w dosłownym znaczeniu, może to być na przykład, hmm, no nie wiem, pisanie bloga), na pewno znany jest stan wypalenia pracą. Na przykład myślałeś nad czymś długo i intensywnie starając się znaleźć jak najlepsze rozwiązanie, aż w końcu utknąłeś. Zacząłeś coś tworzyć, ale w toku pracy twoja koncepcja jakoś się rozmyła i już nie wiesz, co tak właściwie chciałeś osiągnąć. Albo pracowałeś tak ciężko, że twój mózg najzwyczajniej w świecie odmówił posłuszeństwa. I teraz siedzisz, gapiąc się tępo w obiekt naprzeciwko ciebie, czekając aż połączenie między umysłem a resztą ciała zostanie przywrócone i wrócisz do gry. Brzmi znajomo?

Moim sposobem na stan «wypalenia» jest partyjka na play station. Poważnie. Jeśli czuję, że wykonywana praca mnie przerasta i nie jestem w stanie wymyślić już nic sensownego, włączam konsolę i odpalam grę. Wystarczy mi pół godziny (chociaż godzinka brzmi zdecydowanie lepiej) i mózg mam jak nowy. Totalny reset. Po takiej krótkiej «sesyjce» czuję się zrelaksowany i gotowy do działania. Działa nawet lepiej niż drzemka.

Wydaje mi się, że dzieje się tak ponieważ granie angażuje całą uwagę: patrzysz, słuchasz, myślisz (dotyczy dobrych gier), a w dodatku ruszasz się... tak trochę (obsługiwanie pada lub klawiatury do fitnessu ciężko zaliczyć, ale zawsze to jakiś ruch). Koordynujemy więc kilka procesów naraz; wymaga to całkowitego skupienia. Mi, na przykład, ciężko jest się zrelaksować oglądając serial, jeśli coś pochłania moje myśli; tak czy siak będę myślał o tej rzeczy, bo serial nie odwróci na tyle mojej uwagi. Trudniej jest mi również zrobić sobie przerwę w pracy na czytanie książki. Próbowałem, i co chwilę łapałem się na tym, że czytałem «na głos» w swojej głowie, podczas gdy moje myśli wędrowały w zupełnie inną stronę.

 

 

Granie ma dla mnie ten zbawienny wpływ, że powala mi zapomnieć o problemie na jakiś czas, by później wrócić do niego z czystą głową. "Później", czyli po godzinie, dwóch, albo jutro.

I od razu pracuje się lepiej.

 

 

 

———

 

 

 

Ciekawe jest to, że granie nie sprawia mi już takiej frajdy, kiedy mózg mam «wolny od myśli».

Zdarzają się i luźniejsze dni, kiedy nie muszę skakać między pracą, studiami i pisaniem bloga; kiedy mam więcej wolnego czasu. Wtedy zwykle nie włączam konsoli: wolę poczytać książkę albo ciekawy artykuł w Internecie, ewentualnie oglądnąć dobry film. Zainspirować się czymś. Albo spędzić czas z najbliższą. To tak, jakby mój mózg podpowiadał mi: „Eee, bloger. Słuchaj no. Daję ci kilka godzin wytchnienia od myśli. Możesz się skupić na czym tylko chcesz. Nie spierdol tego”. I ja wtedy staram się nie spierdolić.

Rzecz w tym, że każdy z nas potrzebuje chwili relaksu i odpoczynku. Ja bardzo mocno sprzeciwiałem się 'graniu w gry', uważając to za stratę czasu. W dalszym ciągu uważam, że nadmierna ilość godzin spędzanych przed komputerem/konsolą nic dobrego do życia nie wniesie, ale można też świadomie i z umiarem korzystać z dobrodziejstw przemysłu rozrywkowego. Można wykorzystać te dobrodziejstwa dla swojej własnej korzyści. Na przykład, żeby się zrelaksować i odpocząć. Nic w tym złego.

Czasem potrzebujemy też zresetować mózg, by móc działać dalej; dla mnie najlepszym na to sposobem jest partyjka na konsoli.

Jaka jest twoja metoda?

 

 

P.S.: TAK. Właśnie w ten sposób usprawiedliwia się granie na konsoli. Pisząc tekst na bloga.