Jak tanio (i bezpiecznie!) podróżować po USA?

Wpis jest wynikiem współpracy z Camp Leaders.

 

OK, to na początek małe wprowadzenie.

Równo rok i jeden tydzień temu wylatywałem do Stanów Zjednoczonych, żeby spędzić tam wakacje pracując na kampie i podróżując. Camp Leaders to biuro, które zajmuje się wysyłaniem studentów na programy typu work&travel, a moje doświadczenia z nimi były na tyle pozytywne, że postanowiłem kontynuować współpracę. Na blogu pojawiły się już dwa teksty w ramach tej współpracy - Jak wyjechać do Stanów? oraz Jak przetrwać na kampie? - a niniejszy wpis jest ostatnim, zamykającym całą serię. Uff… To tyle tytułem wstępu.

Kampy właśnie rozpoczęły sezon i część ludzi wyjeżdżających na tegoroczny program prawdopodobnie już pracuje. Jeśli jesteś uczestnikiem edycji 2017 i czytasz teraz ten tekst—pjona!, bo przede wszystkim do ciebie jest on kierowany. Jeśli natomiast nie zdecydowałeś się na udział w programie Camp Leaders to: 1) PUKNIJ SIĘ MOCNO W CZOŁO, 2) OD RAZU zacznij się przygotowywać do edycji 2018, czytając wspomniany wcześniej Jak wyjechać do Stanów?, w którym znajdziesz dużo przydatnych informacji o procesie rekrutacji. Możesz też rzucić okiem na Jak przetrwać na kampie?, żeby zapoznać się ze specyfiką pracy ośrodków. A jak już przebrniesz przez to wszystko, wracaj tutaj i zaczynaj planować swoją wyprawę po USA :)

W tym wpisie chciałbym wam opowiedzieć o tej najprzyjemniejszej części programu Camp Leaders, czyli podróżowaniu. Wbrew pozorom, sprawa nie jest taka prosta, ale kierując się poradami zawartymi w tekście będziesz mógł mądrzej zagospodarować swoimi zasobami - a wiadomo, że kampowe wynagrodzenie z kolan nie zwala - i w efekcie zobaczyć/doświadczyć więcej. Powiem trochę o planowaniu wyprawy, rezerwacji noclegów oraz kwestii transportu, a wszystko informacje będą podparte moimi własnymi doświadczeniami.

Jedziemy!

 

|. Planowanie.

 

Kto czytał moje teksty ten wie, że mam bzika na punkcie planowania. Niezbyt przesadnego, niezbyt skrupulatnego, ale takiego planowania, które da mi poczucie kontroli, zostawiając jednocześnie spory zasób swobody. Nie inaczej jest w przypadku podróżowania. Lubię wiedzieć, że mam wystarczająco dużo czasu na zwiedzenie rzeczy, które zwiedzić chcę, a jednocześnie mieć świadomość, że nie muszę tego robić w biegu. Dodatkowo, lubię też dorzucić do swojego planu kilka godzin/cały dzień, w zależności od dostępnego czasu, na coś, co nazywam eksplorowaniem, a co sprowadza się do zwyczajnego szwendania się. Dlatego np. swoją wyprawę po Wschodnim Wybrzeżu Stanów ograniczyliśmy do 5 miast, dając sobie więcej czasu na zobaczenie każdego z nich.

Podstawą planowania naszej wyprawy było ogarnięcie transportu. O dostępnych środkach transportu opowiem później, natomiast już teraz zdradzę, że ze względów finansowych my wybraliśmy podróżowanie autobusami. To z kolei spowodowało kolejne ograniczenie: byliśmy zdani na rozkłady jazdy. Dlatego też wiedząc już ile czasu chcemy spędzić w poszczególnych miastach, zaczęliśmy szukać połączeń, które odpowiadałyby naszym planom. Surprise, surprise: czasem nie było takich połączeń. Musieliśmy więc rewidować nasze plany i dostosować się do przewoźników.

 

 

Warto też pamiętać, że Ameryka Północna to spory kawałek lądu, i dostanie się z jednego miejsca do drugiego może zająć duuuuużo czasu. Nawet ograniczając się do Wschodniego Wybrzeża, a konkretniej do jego północnej części, musieliśmy przygotować się na to, że dostanie się z Bostonu do Waszyngtonu autobusem zajmie nam bagatela 12 godzin (!). Lepiej więc mieć to na uwadze i zaplanować sobie taki dłuższy przejazd na noc, aby zaoszczędzić na noclegu i mieć więcej czasu na zwiedzanie.

Kolejnym etapem planowania podróży była właśnie rezerwacja noclegów. My korzystaliśmy tylko i wyłącznie z Airbnb, i bardzo polecam to rozwiązanie. Szukając zakwaterowania z odpowiednim wyprzedzeniem (czyli właśnie teraz!), można znaleźć naprawdę niesamowite oferty. I to wszystkie przynajmniej o połowę taniej niż hostele, hotele i inne motele. Nam np. udało się wynająć pokój w super-ekstra ekskluzywnym mieszkaniu na czternastym piętrze wypasionego apartamentowca, i to za pół darmo! Jeśli nie wiesz, czym jest serwis Airbnb to odsyłam się do mojego tekstu Słyszeliście o Airbnb?, w którym wszystko ładnie tłumaczę. Taki jestem dobry, o wszystkim pomyślałem.

O ile moje doświadczenie podpowiada mi, że korzystanie z Airbnb wyjdzie cię taniej, tak np. doświadczenia znajomych, którzy byli na Zachodnim Wybrzeżu, są trochę inne. W takich miastach jak Las Vegas czy San Francisco PODOBNO tańsze są hostele i motele. W Mieście Grzechu pokój w motelu można wynająć już od 12 dolarów za noc. Tłumaczę sobie to tym, że mimo wszystko to Zachodnie Wybrzeże jest tym bardziej turystycznym i być może infrastruktura noclegowa wygląda tam inaczej. Nie mniej jednak, można spokojnie przyjąć, że na Wschodzie taniej wyjdzie cię Airbnb (potwierdzone info), a na Zachodzie—hostel, motel i hotel (tylko częściowo potwierdzone info).

 

|. Coś jeszcze?

 

Jak już mieliśmy ogarnięty transport i noclegi, przyszedł czas na planowanie rzeczy, które chcieliśmy zobaczyć w odwiedzanych miastach. Czasem było to kilka must-see na mapie miasta, a czasem po prostu włóczyliśmy się, eksplorując. Nie jestem zwolennikiem haseł typu „nie spać, zwiedzać, zapierdalać”, i od oklepanych atrakcji turystycznych zdecydowanie wolę wytyczanie własnych ścieżek. Albo próbowanie lokalnej kuchni.

Tak, próbowanie lokalnej kuchni wolę najbardziej.

A jak się ma sprawa pieniędzy? Na ile podróżowania wystarczy mi kampowa pensja + moje własne oszczędności? Bezpiecznie jest założyć, że jeden dzień w podróży to wydatek rzędu 100 dolarów, wliczając w to: koszty transportu, noclegu, jedzenia oraz zwiedzania. Oczywiście nie będzie tak, że każdego dnia wydasz całą stówkę. To raczej poglądowa kwota, dzięki której będziesz mógł lepiej zaplanować swoją podróż.

Nie chciałbyś przecież obudzić się pewnego dnia in the middle of nowhere, nie mając centa w kieszeni.

Kolejna rzecz: w kupie raźniej! Jeśli masz znajomych, z którymi możesz podróżować, to rzecz jasna wyjdzie cię to taniej, niż podróżowanie solo. Stanowczo odradzam ci próbowania samotnych wypraw, bo to aż prosi się o jakieś nieszczęście. A do domu daleko... Ja, z uwagi na to, że nie lubię się dostosowywać do innych, wybrałem podróżowanie w tandemie, czyli z moją Aldonką.

Polecam!

Podsumowując, 14 dni podróży po Wschodnim Wybrzeżu Stanów wyszło naszą dwójkę mniej więcej (z naciskiem na «więcej») 2000 dolarów. Spaliśmy w pokojach o bardzo przyzwoitym standardzie, jedliśmy przynajmniej jeden, czasem dwa posiłki dziennie na mieście, a do tego udało się nam przywieźć do kraju kilka suwenirów. Zrezygnowaliśmy natomiast ze zwiedzania płatnych atrakcji turystycznych i trochę tego żałuję. Szczególnie, jeśli chodzi o Nowy Jork, bo nie wdrapaliśmy się na żaden ze słynnych wieżowców. Prawie 100 dolarów za taką przyjemność wydawało się zbyt wysoką kwotą jak na nasz skromny budżet. Po czasie doszedłem jednak do wniosku, że takie doświadczenie warte jest każdych pieniędzy; zwłaszcza, że później pieniądze te wróciły z nami do kraju i ulotniły się jak kamfora na niewiadomoco.

No cóż. Następnym razem się uda :)

 

|. Transport

 

 

Kilka słów na temat dostępnych środków transportu w Stanach.

Zacznijmy od takich, z których nie miałem okazji skorzystać, ale z którymi zetknąłem się podczas planowania naszej wyprawy. Jeśli chodzi o samolot, to określiłbym go jako stosunkowo drogi. Dlaczego? Bo W STOSUNKU do kampowej pensji «latanie» kosztuje całkiem sporo. Dobra wiadomość jest jednak taka, że rozbieżność cenowa przewoźników jest dosyć duża, a rezerwując z odpowiednim wyprzedzeniem można trafić na ciekawe oferty. Nie brakuje także okazji last minute—nie mniej trzeba wiedzieć jak je upolować.

Musisz również pamiętać, że jeśli zdecydujesz się zwiedzić Zachodnie Wybrzeże USA, to samolot będzie JEDYNYM sensownym środkiem transportu. Legenda głosi, że jeden taki nowotarżanin porwał się na karkołomną wyprawę samochodem na Zachód, i nawet mu się to udało. Zapis tej wyprawy znajdziecie tu → Trip Horizons.

Na marginesie dodam, że istnieją tanie linie lotnicze, które wręcz NALEŻY omijać. Przykładem jest Spirit Airlines, o którym słyszałem mnóstwo negatywnych opinii. Nie dość, że do ceny bilety doliczają masę różnych opłat, to w dodatku szansa na to, że twój bagaż dotrze razem z tobą wynosi tyle, co słynne amerykańskie fifty-fifty.

Następny w kolejce jest pociąg (gra słów niezamierzona :). O ile nasze rodzime Intercity przyzwyczaiło nas do niskich cen i zniżek studenckich, tak w Stanach taryfa ulgowa nie istnieje. Podróżowanie pociągiem jest drogie. I to w zasadzie wszystko, co mam w tej kwestii do powiedzenia. Dodam tylko, że czasem zdarzało się nam przyjeżdżać dworzec autobusowy, który jednocześnie był dworcem kolejowym, i amerykańskie pociągi wyglądają naprawdę spoko. Zgaduję, że oferują wysoki komfort podróży.

Z dostępnych opcji należy również wymienić carpooling, czyli podróżowanie w myśl idei blablacar. W Stanach jest kilka stron internetowych (np. ridesharing.com), gdzie można szukać połączeń i umawiać się z ludźmi na wspólny przejazd. Czy jest to bezpieczne? Nie mam zielonego pojęcia, nie próbowałem. Wrodzony lęk przed jazdą z obcą osobą za kółkiem każe jednak przypuszczać, że nie. Całkowicie wykluczyłbym natomiast jazdę autostopem — jest prawnie zabroniona w wielu stanach i może skończyć się zatrzymaniem przez policję.

 

|. Wypożyczanie samochodu

 

To opcja, której zdecydowanie warto się przyjrzeć, szczególnie jeśli podróżuje się w kilka osób. W Stanach samochodem podróżuje się mega wygodnie. Miasta połączone są rozległą siecią autostrad, po których jeździ się szybko i komfortowo. Do tego należy dodać śmiesznie niskie ceny paliw (my podczas podróży do Atlantic City przejechaliśmy jakieś 1000 km za 30 dolarów…) oraz niewysokie koszta wynajmu. Dzięki rozbudowanej sieci wypożyczalni samochodowych możliwe jest również wypożyczenie samochodu w jednym mieście, a oddanie w innym.

Ale, ale! Jeśli już zdecydujesz się na podróżowanie samochodem, warto pamiętać o kilku rzeczach. Po pierwsze: aby móc prowadzić samochód w Stanach, potrzebne jest międzynarodowe prawo jazdy. Koszt wyrobienia takiego to bodajże 30 zł, plus zdjęcie do dokumentu. Kolejna rzecz: w Stanach stawki wynajmu samochodu różnią się w zależności od wieku. Jeśli więc masz mniej niż 20 lat, to odradzam, bo sporo cię to wyjdzie. Natomiast im więcej wiosenek na karku, tym stawka niższa, ale dopiero od 25 lat wzwyż ceny robią się naprawdę atrakcyjne. Warto również pamiętać, że jeśli wynajmiesz samochód na siebie, to tylko ty będziesz uprawniony by go prowadzić. Jeśli kierowców jest więcej, każdego z osobna trzeba zarejestrować przy wynajmie.

[Edit: Gapa ze mnie, i nie o wszystkim w związku z wypożyczaniem samochodu napisałem, na co na szczęście zwrócił moją uwagę znajomy ze Stanów - Bartek, dzięki! Po pierwsze: jeśli ma się mniej niż 21 lat, to wypożyczenie samochodu może być problemem. Wypożyczalnie raczej niechętnie oddają swoje samochody niedoświadczonym kierowcom. Po drugie: do wypożyczenia KONIECZNA będzie karta kredytowa. Bez niej ani rusz. W ogóle ludzie w Stanach używają głównie kredytówek, a karty debetowe są raczej rzadko spotykane, więc warto taką ze sobą mieć. Po trzecie: ceny paliwa wzrosły o 100 % (!!!) względem zeszłego roku, a wydatkach trzeba również uwzględnić opłatę za przejazd autostradą. Bartek twierdzi również, że międzynarodowe prawko nie na wiele się zna w bezpośredniej konfrontacji z policją, więc krajowe również trzeba mieć przy sobie. Tyle!]

 

|. Podróżowanie autobusem

 

To zdecydowanie najtańsza opcja. My wybieraliśmy ją zawsze, i tak np. z Nowego Jorku do Bostonu dostaliśmy się za śmieszne 5 dolarów od osoby (!), a żaden przejazd nie kosztował na więcej niż dziesięć baksów. Komfort podróży również jest na przyzwoitym poziomie: z reguły autobusy wyposażone są w WiFi, gniazdka elektryczne, a siedzenia są dosyć obszerne—rzekłbym, w iście amerykańskim rozmiarze. Przewoźnicy, których mogę polecić to: Megabus, Greyhound, Peter Pan.

O czym należy pamiętać, decydując się na autobus? Zawsze, ale to zawsze REZERWUJ SOBIE MIEJSCE SIEDZĄCE. Byliśmy świadkami sytuacji, w których to ludzie posiadali bilet, a mimo to nie załapywali się na miejsca siedzące, bo te zostały przebookowane (operator sprzedał więcej miejsc niż jest w autobusie). I stali sobie przez kilka godzinek w korytarzu. Druga rzecz: nigdy, przenigdy NIE PRZEKRACZAJ DOZWOLNEJ WAGI I WYMIARÓW BAGAŻU. W Bostonie np. pani kierowca—wielka, czarnoskóra kobieta—odmawiała ludziom ze zbyt ciężkimi lub zbyt dużymi walizami wejścia do autobusu, chociaż posiadali bilet. Dokładnie pamiętam, jak dwójka młodych Rosjanek w kolejce przed nami została odprawiona z kwitkiem, bo ich walizki były zbyt ciężkie. Serce podchodziło mi do gardła, kiedy ktoś z obsługi przejazdu „ważył” nasze bagaże, profesjonalnie podnosząc je ręką do góry. Na szczęście, nam się udało.

A propos bagaży: wszystkie drogocenne rzeczy (laptopy, aparaty itd.) należy BEZWGLĘDNIE trzymać przy sobie. Nigdy nie wiesz, czy twoja walizka nie spodoba się komuś na tyle, by postanowił ją sobie przywłaszczyć.

Wybierając tanich przewoźników trzeba być przygotowanym na to, że niektóre „przystanki” autobusu mogą się znajdować w dosyć podejrzanych dzielnicach. Na przykład, nasz przystanek w Nowym Jorku znajdował się w dzielnicy portowej zachodniego Manhattanu. Wokół wielkie magazyny, w pobliżu kręciły się podejrzane typki, i tylko wypłowiała tabliczka z napisem „Megabus” wskazywała na to, że jesteśmy we właściwym miejscu.

Brr!

 

Nowego Jorku nigdy dość :)

Nowego Jorku nigdy dość :)

 

———

Uff… Ale wyszła mi kobyłka. I nawet nie zdążyłem przekazać wszystkiego, co mogłoby się przydać w planowaniu wyprawy. Mimo wszystko, mam nadzieję że pomogłem choć trochę. Jeśli zamierzasz podróżować po USA, teraz lub w przyszłości, to z powodzeniem możesz zastosować się do sugestii i porad zawartych w wpisie.

Chciałbym też podziękować ekipie Camp Leaders: za wysłanie mnie na wakacje, o których wspomnienie zostanie ze mną do końca życia, oraz za zgodę na współpracę i promocję tych publikacji. Wierzę, że pomogły one i będę pomagać ludziom, którzy zdobędą się na odwagę i zdecydują spędzić wakacje w USA.

W pierwszym tekście serii wspominałem o spełnianiu marzeń oraz o tym, że każdy kiedyś marzył by postawić stopę na amerykańskiej ziemi. Kiedy już po powrocie do domu opowiadałem rodzinie o moich i Aldonki wojażach, wiele osób starszego pokolenia ze zdumieniem słuchało tych historii. W ich czasach podróż do Stanów była czymś nie do pomyślenia, i tylko nieliczni mogli sobie na to pozwolić.

 

Teraz wystarczy znać angielski, być studentem oraz mieć na tyle oleju w głowie, by odłożyć równowartość średniej krajowej… w jakieś 8 miesięcy.

 

Ja już spełniłem swoje marzenie o podróży do USA, chociaż tylko rozbudziła ona mój apetyt.

A ty? Dasz się namówić?

 

 

c_l_logo2.jpg