Jak znaleźć dobrze płatną pracę

No cześć :) Dawno się tu nie widzieliśmy.

A dokładniej, to minęły dwa tygodnie odkąd po raz ostatni opublikowałem tekst na blogu. Wprawdzie pisałem regularnie na fanpage'u, lecz nie zmienia to faktu, że przez ten czas na jakub.pe nie pojawił się ani jeden wpis. Nic. Zero. Null.

Damn'!

Dlatego teraz kajam się pokornie i proszę o wybaczenie. I już spieszę z wyjaśnieniami.

Miewasz czasem takie momenty w życiu, że - totalnie wbrew twojej woli - cała uwaga, wszystkie myśli i moce przerobowe twojego mózgu koncentrują się wokół jednej/dwóch rzeczy, i choćbyś nie wiem jak bardzo chciał skupić się i zająć czymś innym, to nie potrafisz, nie możesz, bo mimo wszelkich wysiłków już po paru chwilach znów zaczynasz myśleć o tych rzeczach?

Witaj w mojej głowie w ciągu ostatnich tygodni.

Czegokolwiek bym nie robił, jakichkolwiek technik koncentracji bym nie stosował i jakkolwiek mocno próbował się skupić, moje myśli zawsze uciekały w stronę tych dwóch rzeczy, które dzień po dniu spędzały mi sen z powiek i zaburzały naturalny cykl dobowy: wesele i szukanie pracy.

(Nie moje wesele, dla ścisłości ;)

Szukanie pracy? OK - to zawsze jest stresujące. Ale dlaczego miałbym stresować się nie swoim weselem, na które zostałem zaproszony wyłącznie po to, by dobrze się na nim bawić? Ano z dwóch powodów. Po pierwsze: dojazd. W najczarniejszym scenariuszach nie przewidywałem, że podróż z Poznania do mojej rodzinnej miejscowości może sprawić tyle kłopotu.

Po drugie: garnitur.

 

 

Otóż, z jak dotąd nie znanych mi przyczyn, dolna część mojego wspomnianego wyżej stroju wyjściowego nagle postanowiła zrobić się za mała. To znaczy nie tak nagle, bo o fakcie dowiedziałem się rankiem w dniu obrony pracy magisterskiej, jakieś 3 miesiące temu, kiedy to wciągając spodnie na tyłek zauważyłem z trwogą, że o swobodnym zapięciu guzika mogę zapomnieć. Pomny tej stylizacyjnej klęski - szwy spodni ledwo wytrzymały stresujący dzień obrony - wiedziałem, że jeśli chcę iść na to wesele, muszę gruntownie przemyśleć kwestię mojego outfitu. Zdecydowałem, że nie będę kupował nowego garniaka, bo: a) nie wiem, kiedy ponownie będę miał okazję go założyć, i czy do tego czasu znów nie będę potrzebował nowego; b) absolutnie nie mam na to kasy; zamiast tego postanowiłem, że połażę po sklepach i spróbuję dopasować spodnie do wciąż leżącej na mnie świetnie marynarki.

Brzmi jak rozsądny plan?

A w życiu!

Co się nachodziłem po centrach handlowych (a ty w Poznaniu jest całkiem sporo) i mniejszych sklepach, co spodni naprzymierzałem, to moje. Koniec końców i tak nie udało się dopasować żadnych spodni do marynarki idealnie pod względem kolorystycznym, ale te które kupiłem były na tyle podobne, by nie rzucać się zbytnio w oczy. Jak już udało mi się kupić pantalony, zorientowałem się, że w sumie nowa koszula też by się przydała. Koszuli, na szczęście, dopasowywać do niczego nie musiałem, ale ja ogólnie mam duży problem z kupowaniem ciuchów, więc i w tym przypadku nie obyło się bez dłuuugich godzin łażenia po sklepach i przymierzania.

Po tym całym haulu zakupowym na pamięć znam rozmieszczenie sklepów w przynajmniej czterech centrach handlowych w Poznaniu, razem z rozkładami jazdy zatrzymujących się w ich pobliżu tramwajów.

 

Jak wspominałem, w tym samym czasie mój umysł pochłaniało też szukanie pracy. A raczej, powinienem napisać „znajdowanie pracy”, bo ledwo w czwartek po południu porozsyłałem swoje CV w odpowiedzi na paręnaście ogłoszeń, w piątek rano miałem już umówione trzy rozmowy kwalifikacyjne.

WTF, Poznań!?

Jak już okazało się, że tak czy inaczej jakąś pracę będę mieć, a ogień niepokoju związany z bezrobociem został ugaszony, zaczęły się zaciekłe rozważania na temat tego, którą ofertę powinienem wybrać i co będzie dla mnie najlepsze. Bardzo chciałem pracować w zawodzie (tj. jako tłumacz) albo chociaż wykorzystując znajomość angielskiego, ale wiedziałem, że może być z tym ciężko. Te trzy oferty, które dostałem, były więcej niż spoko dla kogoś świeżo po studiach (tj. mnie), ale dotyczyły pracy kompletnie nie związanej z moim wykształceniem.

I kiedy, po wielu godzinach rozmyślań i deliberacji nad sensem życia, po kilku nieprzespanych nocach i rozespanych porankach, wreszcie doszedłem do wniosku, że gdzieś pracować muszę i zdecydowałem się przyjąć jedną z ofert, BUM! Telefon z propozycją pracy niemalże w zawodzie.

Po raz drugi: WTF, Poznań!?

I znów: stres związany z kolejną rekrutacją, stres związany z czekaniem na wyniki rekrutacji, a do tego zastanawianie się - oraz stres - czy jeśli będę zwlekał zbyt długo z odpowiedzią na poprzednie oferty, to będą one jeszcze aktualne.

 

 

Dopiero teraz mogę wreszcie odetchnąć z ulgą i powiedzieć: „Uff. Już po wszystkim”.

Wesele było przeogromnym sukcesem. Spotkałem się z rodziną, której od dawna nie widziałem; wytańczyłem się (tak! Ja tańczę! … ale tylko po mocnej dawce alkoholu …) i najadłem (a jem naprawdę dużo), a na niepasujących kolorystycznie marynarce i spodniach nikt się nie poznał.

(Państwo Młodzi chyba też zadowoleni :).

Dojechaliśmy i wróciliśmy bezpiecznie, i nawet nasza dzielna renówka dała sobie radę bez jakichś większych problemów. Udało się też rozplanować nasz krótki pobyt w taki sposób, by spędzić jak najwięcej czasu z rodziną, a przy okazji załatwić kilka formalności na boku.

Jeśli chodzi o pracę - jest jeszcze lepiej. Chociaż łatwo nie było.

Proces rekrutacji był długi i trudny, a po drodze musiałem odrzucić kilka naprawdę fajnych innych ofert, nie mając pewności, czy zostanę przyjęty. Opłaciło się. Mam pracę, w której będę mógł wykorzystywać i rozwijać swoje umiejętności językowe. Jakby tego było mało, zaoferowano mi pensję znacznie, znaaacznie powyżej moich oczekiwań. I to wszystko praktycznie zaraz po studiach, zaledwie kilka miesięcy po obronie magisterki.

Jak do tego w ogóle doszło?

 

Wielu ludzi twierdzi, że studia nic nie dają, i że w ogóle nie opłaca się studiować.

 

Z tym drugim nie zgadzam się kategorycznie i pisałem już o tym wcześniej. Uważam, że warto studiować, choćby i dla samego faktu bycia studentem i możliwości zakosztowania wszystkich słodkości i goryczy, jakie się z tym faktem wiążą. Czas, w którym człowiek zwykle idzie na studia to okres kształtowania się jego osobowości. Im więcej inspiracji, odmiennych perspektyw i bodźców bombarduje wtedy jego umysł, tym lepiej. Takie jest moje zdanie.

Ze stwierdzeniem, że studia nic nie dają, również się nie zgadzam. Studia dadzą ci tyle, ile sam będziesz w stanie z nich wyciągnąć.

Po pierwsze, studia dają możliwości. Przede wszystkim, dają możliwość zdobycia wiedzy i umiejętności, jeśli się tego chce. Ale będąc studentem, możesz w wolnym czasie poświęcać się swojej pasji, możesz udzielać się w organizacjach studenckich i robić fajne rzeczy, możesz wyjeżdżać za granicę na różne programy wymiany studenckiej, a możesz też zaczepić się w jakiejś firmie na pół etatu i powoli zdobywać pierwsze doświadczenia zawodowe, jednocześnie pracując na swoje wykształcenie. Możesz również imprezować od świtu do nocy i niczym się nie przejmować. Twoje prawo.

Jak po szkole od razu pójdziesz do roboty, to połowa z tych możliwości będzie dla ciebie niedostępna.

Po drugie: studia dają papierek. I ja wiem, że może ci się to wydawać bez sensu: poświęcić czemuś pięć lat, żeby dostać głupi papierek. Powiem więcej: nie jestem zwolennikiem takiego podejścia. Ale, cholera, ten papierek może się do czegoś przydać!

W większości ofert pracy, na które aplikowałem, w rubryczce wymagania wpisane było: wykształcenie wyższe. O jakie konkretnie wykształcenie wyższe chodzi nie pisali, ale zakładam, że jeśli ktoś takiego (czyt. jakiegokolwiek) nie posiada, już na starcie był skreślany. Czy słusznie? To temat na inną dyskusję. Faktem jest, że pracodawcy przeważnie wymagają wykształcenia od swoich przyszłych pracowników, więc jeśli kandydat go nie posiada, to po prostu nie spełnia ich wymagań. Tak to działa. Możesz więc iść pod prąd, nie studiować i próbować z tym walczyć, a możesz też zdobyć wykształcenie i odhaczyć jeden punkt na liście.

 

 

No więc jak dostać dobrze płatną pracę?

(wybaczcie mi ten clickbaitowy tytuł, ale nie mogłem się powstrzymać)

Wiesz, nie zdradzę ci „5 złotych porad, jak wygrać życie i dostać robotę marzeń”. Nikt nie jest w stanie tego zrobić, bo nie tak to działa. Ale mogę ci podpowiedzieć, że warto byłoby skończyć studia. Jeśli nie wiesz, co studiować, to jeszcze raz odsyłam cię do mojego tekstu „Jak wybrać kierunek studiów i później tego nie żałować”. Może okazać się przydatny.

Chcę również zaznaczyć, że nie twierdzę, iż jeśli ktoś nie ma wykształcenia wyższego, to nie jest w stanie znaleźć dobrze płatnej pracy. Absolutnie. Sugeruję, że zdobycie wykształcenia może ułatwić jej znalezienie, ale na pewno tego nie gwarantuje. W moim przypadku to się sprawdziło; sprawdziło się też w przypadku paru innych znajomych.

U kogoś innego może nie wypalić. I tym kimś możesz być ty.

 

I na koniec: fajnie, że tu jesteś :)

Witaj z powrotem :)