Kiedyś zawsze było lepiej

„W dzisiejszych czasach już nie pisze się takiej muzyki, jak kiedyś”.

Nie, to nie jest moja opinia; dlatego właśnie umieściłem ją w cudzysłowie. Takie orzeczenie wydało kilka znanych mi osób po tym, gdy podczas rozmowy zeszliśmy na temat muzyki popularnej. Nie rozmawiałem z wszystkimi tymi osobami jednocześnie. Co więcej, oprócz znajomości ze mną, tak naprawdę nic tych osób nie łączyło: były w różnym wieku, o odmiennych gustach muzycznych i numerze buta. Tym bardziej zaciekawiło mnie, dlaczego miałyby wyrazić tak samo bzdurne i pozbawione sensu zdanie.

Na pewno znacie ten typ. Ten od „kiedyś było lepiej”, albo „to były czasy...”, wypowiadane z tęsknotą w głosie. Wypije taki (albo taka) trzy głębsze i już rozpoczyna swoje tyrady o tym, jak to kiedyś muzyka była «prawdziwa» i nie pisana pod publiczkę. Jak to kiedyś nie liczyła się kasa, nie było komerchy, a na koncertach ludzie nie zasłaniali sceny smartfonami. To właśnie ten typ osób skory jest do wyrażania opinii typu: „w dzisiejszych czasach już nie pisze się takiej muzyki, jak kiedyś”, albo „w dzisiejszych czasach już nie kręci się takich filmów, jak kiedyś”. «Prawdziwa» sztuka została bezpowrotnie utracona na rzecz rządzących światem pieniędzy.

No nic, tylko zamknąć się w pokoju z tą «prawdziwą» muzyką i «prawdziwymi» filmami i warczeć na każdego, kto spróbuje podsunąć ci coś współczesnego.

 

 

Zwykle takie opinie wygłaszane są przez osoby, które naprawdę są zamknięte. Nie w swoich pokojach, a w stworzonym przez siebie środowisku hołdującym jedynej słusznej wartości—wartości „kiedyś było lepiej”. Wszystko kiedyś było lepiej: i muzyka była lepsza, i filmy. I dzieci miały lepsze dzieciństwo, bo nie grały na komputerze i nie było Internetu. I dorośli mieli pracę. A dziś to tylko syf, kiła, mogiła i facebook.

Pomyślcie o swoich rodzicach. Jeśli poprosilibyście ich o wymienienie ulubionego wykonawcy, z pewnością byłby to ktoś z ich młodzieńczych lat. Co więcej, gatunek muzyczny, jaki ten artysta wykonywał, tudzież wciąż wykonuje, prawdopodobnie byłby także tym ulubionym. Jasna sprawa, i ani mi, ani wam nic do tego. Jeśli jednak urządzilibyście sobie wspólne słuchanie muzyki i przyszłaby wasza kolej na puszczenie jakiegoś kawałka, założę się, że rodzice odpowiedzieliby ostrą reakcją alergiczną na to, co wybraliście, a w niebiosa wznosiliby chóralne okrzyki p.t.: „Co to ma być!?”.

OK, w tym miejscu muszę doprecyzować. Jasne jak słoneczko jest, że jeśli twoja mama w młodości słuchała Bajmu, a ty pierdolniesz jej Skrillexa na cały regulator, to ostra reakcja alergiczna jest najmniej poważnym objawem, którego możesz się spodziewać. Chodzi mi o to, że nawet jeśli ty i twój rodzic macie podobne gusta co do gatunku muzyki, ale słuchacie wykonawców «swoich» czasów, to i tak może dojść do zgrzytu. I słynne „to już nie ta muzyka, co kiedyś” macie gwarantowane.

Dosyć naturalne wydaje mi się, że nasi rodzice właśnie muzykę swoich czasów uważają za tą «najlepszą». Pewnie mają mnóstwo wspomnień związanych z niektórymi piosenkami, o których my, ich dzieci, dla własnego spokoju psychicznego wolimy nie wiedzieć. Warto również zauważyć, że w czasach, w których wychowywali się nasi rodzice, nie było zbyt dużego wyboru: jedna stacja telewizyjna w kółko nadająca te same programy; jedna stacja radiowa na śmierć zanudzająca kolejnym szlagierem Jerzego Połomskiego. I łapanie fal Radia Wolna Europa, jeśli ktoś miał jakieś wyższe ambicje... Tyle.

Założę się, że za trzydzieści lat my również z utęsknieniem wspominać będziemy muzykę naszej młodości. I to dobrze, i źle za jednym razem. Dlaczego?

 

———

 

Nie ma nic złego w słuchaniu starych kawałków, i jeśli sądzisz, że tym tekstem chcę udowodnić coś przeciwnego, to najwidoczniej nie czytałeś uważnie. Nie chcę również, abyś pozbył się wszystkich płyt swoich rodziców i bojkotował domowe potupajki w rytmach ich młodzieńczych lat. To, czego słucha twoja mama, ty albo sąsiad spod piątki jest wyłącznie waszą kwestią i absolutnie nic mi do tego. Nie mniej jednak pragnę uchronić cię, drogi czytelniku, przed wygłaszaniem lub przytakiwaniem pustym formułkom w stylu „w dzisiejszych czasach już nie pisze się takiej muzyki, jak kiedyś”, bo są one... Całkiem oczywiste.

Otóż—uwaga pusta formułka!—czasy się zmieniają. I narzekać, że obecna muzyka to już nie to, co kiedyś, to tak jakby powiedzieć: „w dzisiejszych czasach już nie robią takich telefonów, jak kiedyś”. No jasne, kurwa, że nie robią, bo tak jak telefony musiały przystosować się do zmieniającego się świata, tak samo stało się z muzyką. Pierwsza zasada surwiwalu: przystosuj się, albo giń. Nie robi się już więc takiej muzyki, jak kiedyś. Nie produkuje się takich filmów, czy seriali. Nie robi się już takich telefonów. I tak jak zmieniały się ludzkie gusta, realia rynkowe oraz technologia, tak też zmieniała się muzyka, filmy, czy seriale. Albo telefony.

Dlatego nie ma nic złego w słuchaniu starych kawałków. Serio. Jeśli kręcą cię lata 60 i 70, to proszę bardzo, słuchaj do woli. Ale muzyka lat 60 to muzyka lat 60. Żyjemy w roku 2016 i nie będzie już więcej muzyki z lat 60; to zamknięty i bardzo ograniczony zasób, który bardzo szybko się wyczerpie. To samo tyczy się filmów. Nie zobaczysz już czegoś pokroju „Dawno temu w Ameryce” z Robertem De Niro, który trwa... 3 godziny 49 minut. Taki film w tych czasach nie miałby racji bytu; w momencie premiery w 1984 roku uznany został za arcydzieło.

 

———

 

Podejście „kiedyś było lepiej” jest głupie z jeszcze jednego względu: nie będąc ekspertem w dziedzinie muzyki, kinematografii, tudzież jakiejkolwiek innej formy sztuki, nie jesteś w stanie stwierdzić, że dzisiaj jest gorzej. Możliwości wydawnicze są nieporównywalnie większe, niż kiedyś. Przeczytałem gdzieś, że na jeden rockowy zespół z lat 70 w dzisiejszych czasach przypada ich tysiąc. Tysiąc! To znaczy, że nasz tato, będąc w naszym wieku i chcąc posłuchać np. rocka, do wyboru miał po jednej płycie dwóch czy trzech różnych zespołów, bo więcej ich nie było. My natomiast musielibyśmy spędzić dobry tydzień na przesłuchanie tylko po jednym utworze przypadającym na każdego wykonawcę rockowego, a i to mogłoby nie wystarczyć. Wybór zatem jest ogromny, a ja zawsze byłem fanem wyboru.

Należy również pamiętać, że określanie tego, co serwują nam mainstreamowe media, jako muzyki/filmu/literatury «naszych czasów» jest błędne. To, co akurat leci w radiu lub kinie, nie jest wyznacznikiem jakości muzyki i kinematografii XXI wieku. Jak wspomniałem wcześniej, nasi rodzice mieli kilka stacji radiowych i jeden kanał telewizyjny. Nie było alternatyw, nie mieli wyboru: brali to, co dawały im media, bo tylko to było do wzięcia. Jeśli więc w dzisiejszych czasach w radiu tłuką w kółko piosenkę np. Niki Minaj, to dla rodziców twórczość Niki Minaj jest obrazem tego, co do zaoferowania ma współczesna muzyka popularna. Oni po prostu nie mają pojęcia o milionach innych wykonawców, dostępnych na tysiącu różnych kanałów, na których można ich posłuchać.

 

 

Nie staram się rozstrzygać sporu o to, czy lepszą muzykę pisze Niki Minaj, czy może pisali The Beatles. Gust muzyczny to tylko i wyłącznie twoja kwestia i nie będą przekonywał cię, że Led Zeppelin i tak jest zespołem wszechczasów. To akurat jest jasne jak słoneczko. Chodzi mi o to, że klepanie formułek w stylu „dzisiejsza (... /tu wstawić cokolwiek: muzyka/kino/literatura) to nie to, co kiedyś” jest pozbawione sensu. No pewnie, że nie to co kiedyś.

Ty też nie jesteś «to co kiedyś». Kiedyś miałeś bujne loki, dumnie wypiętą do przodu pierś i powodzenie u kobiet. A teraz? Z dawnych zalet pozostała wypięta w przód pierś.

 

 

A nawet dwie piersi.