A kogo ty naśladujesz?

Jak byłem mały, lubiłem naśladować oglądane na ekranie telewizora postaci.

Szczególnie jedną taką sytuację pamiętam dobrze. Film nazywał się „W 80 dni dookoła świata”, a główną rolę, tj. rolę angielskiego dżentelmena Phileasa Fogga, usiłującego sprostać niemożliwemu wyzwaniu, grał Pierce Brosnan. Wprost nie mogłem się na niego napatrzeć. Bohater z prawdziwie dżentelmeńską postawą radził sobie z kolejnymi wyzwaniami i ani na moment nie opuszczały go dobre maniery. Niezależnie od absurdalności miejsca i okoliczności danej sytuacji, potrafił zachować się stosownie i z klasą. Coś wspaniałego.

Pamiętam, że postać ta zafascynowała mnie na tyle mocno, iż zacząłem go naśladować. Aby się do niego upodobnić, zakładałem swój dziecięcy szlafrok i przepasywałem go cienką szarfą, udając, że to mój dżentelmeński płaszcz. Jako dodatek wybierałem elegancką apaszkę mamy, którą wiązałem na szyi. Na resztę stroju składały się bamboszki i spodnie od piżamy; elementy garderoby niezbyt pasujące do ubioru angielskiego dżentelmena, przyznaję ze skruchą. Nie mniej każde dziecko wie, że bamboszki i spodnie od piżamy to dwie najwygodniejsze rzeczy, jakie można nosić w domu. Uznałem więc, że nawet dżentelmen nie miałby nic przeciwko.

Starałem się również odpowiednio zachowywać.

W tak skompletowanym stroju, chodziłem po domu niczym hrabia po swoich włościach: wyprostowany, z dumnie uniesionym podbródkiem i prawą dłonią wsuniętą lekko między poły mojego dżentelmeńskiego płaszcza (szlafroka). Wszystkie moje ruchy były subtelne i pełne gracji. Nawet mówiłem inaczej niż zwykle. Starałem się używać wyszukanych słów - wyszukanych w mniemaniu ośmiolatka - a zwracając się do członków rodziny, robiłem to z poziomu pana zwracającego się do służącego. Na przykład: „Matko? Na kolację chciałbym dziś zjeść parówki z keczupem”, i jeszcze: „Tylko nie zapomnij położyć plasterka sera na kromkę chleba, jak ostatnim razem!”.

Dobra maniery nie opuszczały mnie również przy stole. Jedząc wspomniane parówki z keczupem, posługiwałem się nożem i widelcem, i to jednocześnie, jak prawdziwy dżentelmen; a nie, że najpierw pokroiłem parówkę, by później nabijać kawałki na widelec. Mogło mi się trochę mylić, w której dłoni powinno trzymać się każde ze sztućców - jakże nieintuicyjne było trzymanie widelca w lewej - nie mniej poza tym drobnym szczegółem, reszty znanych mi zasad savoir-vivru surowo przestrzegałem.

 

———

 

Jak byłem trochę większy, naśladowałem rówieśników.

Niczym kameleon potrafiłem dopasować się do kolorytu środowiska, w którym aktualnie przebywałem. Umiejętność ta okazała się nieopisaną zaletą w różnych rzeczywistościach szkolnych. Każdy dobrze wie, że w sytuacjach społecznych o dużej liczbie uczestniczących w nich osób, ludzie, a zwłaszcza ci młodzi, zbijają się w grupki; grupki dzielące się ze względu na zainteresowania, miesięczny dochód netto rodziców czy też gatunek słuchanej muzyki. Co ważne, przynależność do danej grupki jest wysoce ekskluzywna; przynależąc do jednej, nie można w tym samym czasie być członkiem innej.

Podziały te nie dotyczyły mojej osoby.

Potrafiłem dogadać się i ze sportowcami, i z nerdami; dzieciakami zarówno z biedniejszych, jak i bogatszych domów (samemu tkwiąc gdzieś po środku tej skali); mogłem swobodnie rozmawiać o najnowszej płycie Metalliki, a w piątek iść do klubu na imprezę. Wielokrotnie zdarzało mi się balansować pomiędzy dwoma nienawidzącymi się grupkami, nie należąc do żadnej, i być przez obie te grupki akceptowanym.

Wiedziałem, w jaki sposób rozmawiać z ludźmi, aby wzięli mnie za swojego.

Nie byłem przy tym nieszczery. Interesowałem się wszystkim po trochę, dużo czytałem, więc z każdym znajdywałem wspólny temat do rozmowy. Wystarczyło tylko posłuchać. A później mówić w taki sposób, w jaki robili to inni.

Jak trzeba było przeklinać, przeklinałem. Jak trzeba było zrobić z siebie głupka, robiłem. Potrafiłem wyczuć (i sądzę, że nadal potrafię) charakterystykę danej grupy i odpowiednio dostosować swoje zachowanie. Traktowałem to jak zabawę z dzieciństwa: bawiłem się, żonglując tożsamościami.

Jak sobie teraz o tym myślę, to w mniemaniu rówieśników musiałem jawić się jako człowiek-zagadka. „Kim tak naprawdę jest Jakub?”, zastanawiali się, „Kim jest ten chłopak o wielu twarzach?”.

Gdybym tylko znał odpowiedź …

 

Autorem zdjęcia jest Zac Ong / źródło: Unsplash.com

Autorem zdjęcia jest Zac Ong / źródło: Unsplash.com

 

Jak byłem duży, naśladowałem kogoś zupełnie innego.

W końcu to całe naśladowanie odbiło mi się czkawką. Okazało się, że jedna z grupek, w których łaski z taką wprawą potrafiłem się wkupić, uznała mnie za swojego. I ja też poczułem się jakby «ich»; niektórych jej członków miałem nawet za przyjaciół. Nie spodobało mi się jednak, że moja przynależność do grupy odebrała mi autonomiczność; że zacząłem być utożsamiany z pozostałymi, mimo że nasze poglądy i opinie na niektóre tematy znacząco się różniły. Charakterystyka grupy stała się, mimowolnie, moją charakterystyką.

Nieco później zauważyłem, że ta jednolitość poglądów i spójny wizerunek to coś, o co dba sama grupa. To znaczy: jeśli jeden z jej członków przejawiał jakiekolwiek objawy odchylenia światopoglądowego, na przykład, grupa preferowała kolor biały, a on/ona upierał/upierała się przy czarnym, to grupa czuła się w obowiązku takie odchylenie zaraz naprostować.

Po pewnym czasie miałem dość tego reżimu. Nie bardzo wiedząc, w jaki sposób zaznaczyć swą odrębność i niezależność, zacząłem naśladować kogoś innego; kogoś, kto do takiej grupy zupełnie nie pasuje. Zmieniłem sposób ubierania się, zmieniłem fryzurę; zmieniłem hobby i, po części, znajomych. Z początku zmiany były subtelne; nie mniej szybko okazało się, że i tak wykraczają one daleko poza granice tolerancji grupy. Wcześniejsza zażyłość i braterskie więzi okazały się zbyt słabe, a moje niesubordynacja spotkała się z silnym sprzeciwem. Rozjuszony tą reakcję, zmieniłem się jeszcze bardziej. Taki tam mój nastoletni bunt.

Najśmieszniejsze było to, że z osobami z grupy, które miałem za przyjaciół, wciąż świetnie się dogadywałem. Mimo powierzchownej odmienności, nadal dzieliliśmy wspólne zainteresowania i, przebywając we własnym towarzystwie, potrafiliśmy normalnie porozmawiać. Kiedy jednak spotykaliśmy się w grupie, moja odrębność stawała się tematem żartów i docinek, a wspólne zainteresowania ulatniały się niczym poranna mgła.

Wpływ grupy był na tyle silny, że żadna z tych osób-przyjaciół nie odważyła się jej przeciwstawić. W obawie przed brakiem akceptacji, zachowywały się one tak, jak grupa przykazała; mimo, że czasem czuły coś dokładnie odwrotnego.

Czasem zastanawiam się, czy ktokolwiek w grupie zachowywał się w sposób zgodny z własnymi przekonaniami.

Na czele ze mną.

 

———

 

Obecnie, staram się nikogo nie naśladować.

Tylko «staram», gdyż czasem górę biorą stare przyzwyczajenia i chcąc przypodobać się temu czy innemu, zdarza mi się powiedzieć lub zrobić coś, co nie do końca leży w zgodzie ze mną. Czasem też łaknę akceptacji ogółu i staram się wpasować w istniejący schemat; czasem tak jest wygodniej. Nie czuję się wtedy ze sobą najlepiej i przez kolejne dni doświadczam ciężkiego rozchwiania emocjonalnego i braku wiary we własny system wartości.

Symptomy te łagodzę naparem z rumianku i pisaniem mądrych tekstów.

Fakt, że mój wygląd, tudzież coś co robię, spotyka się z nietolerancją z czyjejś strony, jest dla mnie jednoznacznym sygnałem, że należy z takim kimś ograniczyć kontakt. Lub zerwać go całkowicie.

Wyzbyłem się tolerancji dla braku tolerancji. To, że moja osoba stanowi dla kogoś problem, nie jest moim problemem. Staram się nie przejmować krytyczną opinią innych, jeśli opinia ta opiera się na przekonaniu, że w jakiś sposób jestem inny.

Bo przecież «inny» to jakby synonim od «gorszy ode mnie».

 

___

Autorem zdjęcia w nagłówku jest Jake Oates / źródło: Unsplash.com