Komputery vs. Ludzie: wciąż 0:1

Usiądź wygodnie, odpal maszynę, i skończ ze stresem wywoływanym językiem obcym raz na zawsze.

Przyszłość nadchodzi wielkimi krokami. Eksperci technologiczni wieszczą koniec edukacji w zakresie języków obcych, zwiastując rychłe nadejście ery nieomylnych translatorów. Planujesz wysłać swoje dzieci na dodatkowe zajęcia do szkoły językowej, by mogły swobodnie porozumiewać się w danym języku? Sam masz problemy z «dogadaniem się» będąc za granicą i rozważasz kurs języka obcego? Lepiej zaoszczędź pieniądze i odpuść Martynce i Michałkowi niepotrzebnego stresu! Zaufaj translatorowi i kwestię skruszenia bariery językowej zostaw w jego rękach!

Na artykuł dotyczący przyszłości translatorów trafiłem w dziale «Tech» jednego z poważniejszych czasopism, a ten z pozoru sarkastycznie brzmiący opis powyżej świetnie nadawałby się na jego streszczenie. W artykule, autor utrzymuje, że w przeciągu dziesięciu lat aplikacje typu 'google translate' będą na tyle dobre, by praktycznie wyeliminować potrzebę nauki języka obcego; wspomina on nawet o pracach nad urządzeniem, które umieszczone w uchu tłumaczyłoby w czasie rzeczywistym rejestrowany język obcy na «nasz», a to co mówimy, przekładałoby na ichni (sic!). A więc koniec perypetii przy barze na wakacjach w Egipcie i dukaniem „gimi łan kola z łyski plis”—urządzonko nie tylko przetłumaczyłoby twoje błagalne prośby; przełożyłoby także krzyki barmana o wykorzystanym limicie. Cudownie, nieprawdaż? Posługujesz się tylko językiem ojczystym, a dzięki jakiemuś małemu ustrojstwu jesteś w stanie dogadać się w małej wiosce na południu Kambodży. A to ci dopiero...

Gówno prawda. Posłuchaj uważnie: jako osoba z powodzeniem (tiaa..) kształcąca się w lingwistyce mogę cię zapewnić, że ani w bliższej, ani nawet dalszej przyszłości, superszybko rozwijająca się technologia nie pomoże ci pokonać bariery językowej. Co więcej, z dużą dozą prawdopodobieństwa mogę stwierdzić, że nie stanie się to nigdy. Dotarło? Dobrze. To teraz posłuchaj, dlaczego.

 

ZAUFAJ MASZYNIE

 

Komputery, tablety i smartfony to w gruncie rzeczy maszyny obliczeniowe. Każdy program czy aplikacja zainstalowana na takim urządzeniu, działa na zasadzie realizacji ciągu obliczeń według reguł określanych mianem języka programowania—zaprojektowanego przez człowieka i mającego skończoną liczbę danych środowiska informatycznego. Oznacza to, że taki program, dajmy na to translator, działając na wprowadzonych do niego danych, jest w stanie obliczyć wynik—w tym wypadku, że polskie „dzień dobry”, w języku angielskim ma swój odpowiednik w „good morning”. Tyle.

Tłumaczenie jeden do jednego, czyli „kot” = „cat, „pies” = „dog” itd., nie jest dla translatora problemem. Poradzi sobie nawet z prostymi wyrażeniami, jeśli rozpozna w nich istniejące w języku docelowym odpowiedniki. Na tym właśnie polega działanie translatorów—wyszukać i dopasować do podanej frazy najbardziej odpowiadający ekwiwalent w języku, na jaki frazę chcemy przetłumaczyć. Translatory i tak posunęły się lata świetlne do przodu, a z racji tego, że każdego dnia do ich baz danych dodawane są kolejne słówka i wyrażenia, będą jeszcze lepsze. Lecz nawet jeśli do takiej bazy udałoby się wprowadzić każde zdanie, jakie kiedykolwiek zostało napisane lub wypowiedziane, translatory i tak nie byłyby w stu procentach skuteczne. Dlaczego?

Język, ten «prawdziwy», używany przez ludzi, jest żywym tworem. Z każdym dniem, i z każdym jego użyciem, język zmienia się i ewoluuje. Do jego repozytorium dodawane są nowe terminy, słowa, zwroty i frazy. I poprzez «repozytorium» nie mam na myśli oficjalnych słowników czy podręczników gramatyki, bo język operuje na sztywnych zasadach gramatycznych w takim samym stopniu, co na zasadach umownych, wykreowanych przez społeczeństwo posługujące się nim. A jeśli coś jest «umowne», to jak to wytłumaczyć komputerowi?

 

DLACZEGO NIE?

 

W zasadzie to istnieją trzy powody, przez które translatory nigdy nie będę na tyle skuteczne, aby umożliwić ci swobodną komunikację z obcokrajowcem bez znajomości języka obcego. Powód nr jeden: język w głównej mierze jest metaforyczny. Nie, nie mam na myśli metafor literackich w stylu „wiatr czesał jej płomienne włosy niczym łany zboża”; metaforyczny oznacza, że o pewnych rzeczach mówimy w kategoriach innych rzeczy, całkiem nieświadomie. Brzmi bardziej pogmatwanie niż ustawa budżetowa, ale pozwól mi to wytłumaczyć na przykładach. Pomyśl sobie o związkach, takich związkach między dwojgiem ludzi. Mówimy: „ten związek donikąd nie zmierza”, „jesteśmy na rozdrożu”, albo „wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia”. Dlaczego? Czy związek to jakaś forma podróży? Albo drogi? Przecież związek, jako relacja między dwojgiem ludzi, nie może dokądś «zmierzać», nie może gdzieś «być»; nie jest przecież fizycznym obiektem. I czy wchodząc z kimś w związek, dajmy na to małżeński, wstępujemy fizycznie na jakiś rodzaj drogi? Nie. O związkach mówimy w kategoriach podróży lub drogi metaforycznie. Przykładów metaforyczności języka jest mnóstwo—wszystkich zainteresowanych oddelegowuję do pojęcia „metafora pojęciowa”, ewentualnie do książki „Metafory w naszym życiu” (George Lakoff i Mark Johnson). Jak wytłumaczyć metaforyczność języka maszynie?

Druga sprawa—tłumaczenie nie polega na przekładzie tekstu, czy też wypowiedzi, słowo w słowo. Kto raz próbował przetłumaczyć cokolwiek z «obcego na nasze», wie o czym mówię—tak się po prostu nie da. Spróbuj przetłumaczyć na angielski słowo «bigos»; albo na nasz, angielski «gravy»; nie ma szans, bo takie słowa w językach docelowych po prostu nie istnieją. Można by zaserwować jakiś przydługawy opis, żeby oddać znaczenie tych słów, ale jakim cudem taki translator miałby to zrobić swobodnie, podczas rozmowy? Jakoś tego nie widzę. Języki różnią się od siebie, i to bardzo. Język wpływa na to, w jaki sposób myślimy i jak widzimy rzeczywistość—wyobraź sobie, że Eskimosi mają ok. pięćdziesięciu różnych słów na określenie śniegu. Czasami po prostu nie da się przetłumaczyć czegoś tak, aby w pełni oddać sens tłumaczonego słowa lub frazy.

A właśnie, a propos znaczenia: to właśnie ono jest tym, co chcemy «przetłumaczyć» na drugi język. Przekład nie polega na tłumaczeniu pojedynczych słów, czy też nawet całych zdań—przekład to sztuka interpretacji. Wyciągamy sens i znaczenie zawarte w słowach, by później oddać je w języku docelowym. Jak więc nauczyć maszynę interpretacji? Jak zaprogramować translator, aby odróżniał sarkazm lub ironię (to nie to samo!)? Jakich obliczeń musiałby dokonać, aby wychwycić i oddać w mowie emocje, które idą w parze z podniesieniem lub obniżeniem poziomu głosu? Czy maszyna byłaby zdolna do czegoś takiego?

 

 

Do wszystkich tech-oszołomów: nie jestem jakimś wrogiem elektroniki i zawziętym zwolennikiem rodzaju ludzkiego. Nie mam nic przeciwko postępowi technologicznemu i z chęcią usłyszałbym, że jestem w błędzie. Mając jednak na względzie to, o czym napisałem, oraz jakość działania współczesnych translatorów, szczerze i otwarcie wątpię, by sytuacja miała się szybko zmienić. Autor wspomnianego artykułu miał na myśli najbliższą dekadę, może dwie—nawet przy dzisiejszym tempie rozwoju nie widzę na to szans.

Tłumaczenia tekstów przez translatory na pewno ulegną znacznej poprawie. Z tekstem pisanym jest o tyle łatwiej, że można wklepać dane do bazy i kazać maszynie tłumaczyć w taki a taki sposób, zastępując jeden element drugim. Sporo jeszcze do wklepania, ale da się to zrobić. Gorzej z mową. Dużo, duuużo gorzej. Właściwie to beznadziejnie, no bo jak «wytłumaczyć» maszynie metaforyczność języka, lub «nauczyć» go interpretować różne niuanse językowe? Do tego potrzebna jest inteligencja, a o ile mi wiadomo, jak na razie «inteligentne» maszyny potrafią wygrywać partie szachów i wielbić Hitlera na Twitterze.

 

———

 

Jeśli więc miałeś nadzieję, że możesz odpuścić uczenie się języków, bo za kilka lat wyręczy cię translator—jesteś w błędzie. Taka aplikacja lub urządzenie co najwyżej pomoże ci coś napisać, ale mówić będziesz musiał sam. Sorry!