Kotlet Odgrzany #1: "Into the Wild"

W dzisiejszym, premierowym odcinku, proponuję film „Wszystko za życie”.

INFO: seria «Kotlet Odgrzany» to z zamierzenia cykl tekstów poświęcony dziełom szeroko pojętej kultury popularnej (w głównej mierze film i telewizja, mniej literatura i muzyka), które, jak nazwa wskazuje, nowościami już nie są, a moim zdaniem wciąż zasługują na uwagę. Ba!, nie tylko «zasługują na uwagę»: wg mnie są to dzieła, które, jak to się mówi, «poszerzają horyzonty» i «mają coś do przekazania». W każdym z odcinków pokrótce opiszę jedno, starając się wzbogacić tekst dodatkowymi materiałami.

 

Kryteria wyboru? Przede wszystkim to, co podoba się MNIE (wyboldowanie i podkreślenie sugeruje, abyś to zapamiętał), co już nie jest «na topie», co wniesie w twoje życie wartość dodaną (dobra zabawa i rozrywka to również wartość dodaną) i co w jakiś sposób odstaje od nurtu mainstreamowego (choć od mainstreamu nie stronię). Przeczytasz moją opinię, poznasz kilka ciekawostek i - mam nadzieję - zdecydujesz, że warto się z dziełem bliżej poznać. Enjoy!

 

O FILMIE

 

Zacznijmy od początku, czyli od tytułu: „Into the Wild”, przełożone na polski jako „Wszystko za życie”. Hmmm... Tłumaczenia tytułów to temat na osobny tekst, dlatego nie zamierzam się nad nim roztkliwiać. Jeśli się zastanowić, to „Into the Wild” jest dosyć trudne do przetłumaczenia („W dzicz”?, „Na pustkowiu”?); nie mniej jednak polski tytuł jest dość enigmatyczny i na pewno nie tak nośny jak oryginał. Jak zwał, tak zwał: ja jednak pozostanę przy wersji angielskiej.

Na filmowych portalach internetowych produkcja zbiera wysokie noty: filmweb ocenia go na 8,0, imdb daje 8,2, a rottentomatoes 82%. Jeśli chodzi o mnie, to wybierając film rzadko kiedy sugeruję się takimi ocenami; niejednokrotnie zdarzało mi się srogo zawieść oglądając «ósemkę», albo na odwrót: jakaś «szóstka» bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła (zwłaszcza w przypadku filmweba). Nie mniej jednak, podobna ocena z trzech różnych serwisów filmowych to na pewno dobra wróżba.

 

Emile Hirsh

Emile Hirsh

 

Film ukazał się w roku 2007, natomiast polska premiera odbyła się niecałe 8 miesięcy później. Określany jest jako dramat biograficzny, zdobył 4 filmowe nagrody, a trwa dwie i pół godziny. O czym opowiada?

Into the Wild” powstał na podstawie książki biograficznej o tym samym tytule. Opowiada on historię Christophera Johnsona McCandlessa, który po ukończeniu prestiżowego amerykańskiego collegu oddaje zaoszczędzone pieniądze (dwadzieścia cztery tysiące dolarów!) fundacji charytatywnej, pakuje plecak i wyrusza na «Dziki Zachód». Dlaczego młody chłopak z zamożnej rodziny, wzorowy uczeń i utalentowany atleta zdecydował się porzucić wygodne życie i zostać włóczęgą?

 

O LUDZIACH

 

Kilka słów na temat ludzi, którzy stoją za sukcesem filmu: po pierwsze, Sean Penn w roli reżysera. Muszę przyznać, że jego dorobek aktorski nie jest mi szczególnie dobrze znany; jedyny tytuł, który przychodzi mi do głowy, to „I am Sam”. Tyle. Jako aktor istnieje gdzieś tam w mojej świadomości, wiem mniej więcej jak wygląda, i to wszystko.

Na książkową wersję „Into the Wild” Penn natknął się w roku 1997, ujrzawszy jej okładkę na witrynie przypadkowo mijanej księgarni. Przeczytał ją dwa razy (!) tego samego dnia, po czym od razu zaczął dowiadywać się, jak wygląda sprawa praw autorskich i czy nakręcenie filmu na jej podstawie będzie możliwe. Zielone światło ze strony rodziców chłopaka zaowocowało szybkim powstaniem scenariusza, jednak pierwszy klaps na planie filmowym miał paść dużo później—matka McCandlessa poczuła, że nie może pozwolić na nakręcenie filmu i nie wyraziła zgody na wykorzystanie praw autorskich.

Zrobiła to dopiero dekadę później.

Penn nie miał wątpliwości, kto ma zagrać McCandlessa. Jak sam twierdzi, Emile Hirsch znajdował się w idealnym momencie życia, by wejść w tę rolę: z młodego chłopaka stawał się dorosłym mężczyzną. Utalentowany, inteligentny, przy czym niesamowicie skromny, Hirsch nawet aparycją przypomina McCandlessa.

Tutaj macie ciekawy wywiad z aktorem. Niestety, wywiad dostępny jest tylko w wersji angielskiej; polecam jednak włączyć angielskie napisy w playerze: pomaga!

 

 

 

Ciekawe, że McCandless wymawiają jako «makkenles», bez «d». A może to tylko moje filologiczne zboczenie? Anyways... Nadszedł czas, bym wreszcie zdradził wam, jaka jest

 

MOJA OPINIA

 

Uwielbiam ten film. Kocham go miłością silną i niezachwianą, i w moim osobistym, powstałym na potrzeby tego zdania rankingu filmów, zajmuje on wysokie miejsce. Pamiętam, że widziałem kiedyś jego urywek w telewizji, ale jakoś niespecjalnie przykuł moją uwagę. Później ktoś powiedział mi, że jestem cham i prostak, że jeszcze go nie oglądnąłem, i że jeśli nie zrobię tego w ciągu następnych 24 godzin, to przeklnie mnie i moje potomstwo, i zabierze mi wszystkie klocki lego.

No to oglądnąłem.

Into the Wild” wywarł na mnie ogromne wrażenie. To ten rodzaj filmu, który zapewnia ekstremalny ładunek emocjonalny i materiał na przemyślenia na długie, dłuuugie godziny. Historia Christophera McCandlessa tak skutecznie uderza we właściwe struny w naszej psychice, że zaczynamy myśleć; zastanawiać się, po co tak naprawdę żyjemy. Po co to wszystko? Dlaczego uczymy się, studiujemy, pracujemy? Jaki wpływ mają na nas osoby, którymi się otaczamy? Gdzie w tym wszystkim sens?

I czy nie lepiej, wobec obłudy i całego zła tego świata, nie pieprznąć tym wszystkim i wyjechać na «Dziki Zachód»? (albo w Bieszczady?) Tak właśnie postąpił McCandless i daję sto milionów meksykańskich pesos, że po oglądnięciu filmu ty również zapragniesz rzucić wszystko w cholerę i wyjechać «w dzicz».

 

Prawdziwy Christopher McCandless

Prawdziwy Christopher McCandless

 

Oprócz fantastycznej, prawdziwej historii, którą opowiada, „Into the Wild” do zaoferowania ma jeszcze świetne zdjęcia oraz grę aktorską. Emile Hirsch jest w swojej roli bardzo naturalny—jego gra nie jest wymuszona, a sam aktor wydaje się w niej świetnie odnajdywać. Warte odnotowania jest również wystąpienie Hala Holbrooka, grającego Rona Franza (tego słodkiego dziadziusia, który na jakiś czas przygarnął Chrisa). Szczerze mówiąc myślałem, że w rolę tę wcielił się amator, bo był tak ujmująco autentyczny. Natomiast później odkryłem, że Holbrook to całkiem utytułowany aktor. A to ci!

No, prawie bym zapomniał. Ścieżka dźwiękowa! To kolejny, mocny punkt filmu, który zwraca na siebie uwagę. Skomponowana została przez wokalistę Pearl Jamu (kto nie zna, niech od razu zacznie poznawać), Eddiego Veddera, i idealnie oddaje nastrój filmu. Melancholijna, z gitarą akustyczną i zawodzącym wokalem, po prostu świetna. Do późniejszego odsłuchu również.

I wreszcie, film może poszczycić się tym, czego wielu produkcjom naszych czasów brakuje—przesłaniem. Mądrym, okupionym cierpieniem, ale boleśnie prawdziwym. Mimo, że skategoryzowany jako dramat, dla mnie „Into the Wild” to film, którego wydźwięk jest pozytywny—właśnie dzięki trafnej puencie. Nie zdradzę wam, czego ona dotyczy; zresztą, musicie go oglądnąć, żeby w pełni pojąć jej sens.

 

———

 

Czy warto zobaczyć ten film? Jak cholera! Bo „Into the Wild” to jeden z tych filmów, które zmuszają do myślenia i dostarczają sporej dawki emocji, będąc jednocześnie przyjemnym filmem do oglądania. Moje zalecenia: lampka wina, większy ekran, dobre głośniki/słuchawki.

I coś miękkiego do przytulenia obok.

 

———

 

P.S.: Jeśli już zobaczyliście filmważne, bo w filmiku jest dużo spoilerów!—i chcielibyście dowiedzieć się kilku ciekawostek na jego temat, to tutaj macie ciekawy «making of» (również po angielsku, również z opcją angielskich napisów).