Kotlet Odgrzany #2: Gran Torino

W drugim odcinku serii na warsztat bierzemy film Gran Torino.

 

INFO: seria «Kotlet Odgrzany» to z zamierzenia cykl tekstów poświęcony dziełom szeroko pojętej kultury popularnej (w głównej mierze film i telewizja, mniej literatura i muzyka), które, jak nazwa wskazuje, nowościami już nie są, a moim zdaniem wciąż zasługują na uwagę. Ba!, nie tylko «zasługują na uwagę»: wg mnie są to dzieła, które, jak to się mówi, «poszerzają horyzonty» i «mają coś do przekazania». W każdym z odcinków pokrótce opiszę jedno, starając się wzbogacić tekst dodatkowymi materiałami.

 

Kryteria wyboru? Przede wszystkim to, co podoba się MNIE (wyboldowanie i podkreślenie sugeruje, abyś to zapamiętał), co już nie jest «na topie», co wniesie w twoje życie wartość dodaną (dobra zabawa i rozrywka to również wartość dodaną) i co w jakiś sposób odstaje od nurtu mainstreamowego (choć od mainstreamu nie stronię). Przeczytasz moją opinię, poznasz kilka ciekawostek i - mam nadzieję - zdecydujesz, że warto się z dziełem bliżej poznać. Enjoy!

 

O FILMIE

 

Zgodnie z jednoodcinkową tradycją serii zaczynamy od początku, czyli od tytułu: Gran Torino. I choćbym chciał w tym momencie ponarzekać na jego polski odpowiednik, pobiadolić na tłumaczenia tytułów filmów w ogóle, a później zaserwować wam swoją własną, błyskotliwą propozycję brzmienia tytułu, to nie mogę. Bo … to nazwa własna, a takich się nie tłumaczy. Z czego świetnie zdawali sobie sprawę dystrybutorzy filmu w Polsce.

Damn'.

Zamiast tego napiszę wam, że tytuł nawiązuje do modelu samochodu Forda o tej samej nazwie, produkowanego w latach siedemdziesiątych. Samochód zresztą pojawia się w filmie (w wersji Sport - tej szybszej i bardziej kozackiej) i odgrywa w nim znaczącą rolę. Co ciekawe, dosyć rzadko spotyka się filmy nazwane na cześć samochodu, w których to samochód ten nie byłby głównym motywem filmu.

 

Samochód, który pojawia się w filmie - Ford Gran Torino Sport; źródło: http://onscreencars.com/movies/gran-torino-1972-gran-torino-sport/

Samochód, który pojawia się w filmie - Ford Gran Torino Sport; źródło: http://onscreencars.com/movies/gran-torino-1972-gran-torino-sport/

 

Na portalach internetowych produkcja oceniana jest na: 8.2 przez filmweb, 8.2 przez IMDb oraz zdobyła 80% na rotten tomatoes. I znów, chociaż sam rzadko sugeruję się notami z takich serwisów i niejednokrotnie zdarzało mi się srogo zawieść na ich werdykcie, to pozwolę sobie przypomnieć, że podobne, wysokie oceny na wszystkich trzech coś znaczą.

Film w Stanach premierę miał 9 grudnia 2008 roku, natomiast do polskich kin trafił w marcu 2009. Określany jest jako dramat (chociaż wg mnie, z uwagi na dosyć sporą dawkę humoru, bardziej pasowałoby tu określenie «komediodramat»), zdobył 4 filmowe nagrody oraz 7 nominacji, a trwa prawie 2 godziny.

O czym opowiada?

Historia zaczyna się krótko po śmierci żony głównego bohatera, Walta Kowalskiego. Walt jest weteranem wojny w Korei oraz byłym pracownikiem zakładów produkcyjnych Forda w Detroit, gdzie mieszka. Mimo starań własnych dzieci, które tatusia najchętniej umieściłyby w domu spokojnej starości a jego majątek (włącznie z samochodem) do własnych kieszeni, Kowalski ani myśli gdziekolwiek się ruszać. Zostaje, i na swój własny, samotniczy sposób cieszy się urokami emerytury; do czasu, gdy do domu obok wprowadza się rodzina Hmongów, imigrantów z Azji.

 

O LUDZIACH, CZYLI CLINT EASTWOOD X3

 

W Gran Torino Clint Eastwood nie tylko gra główną rolę w filmie; jest również jego reżyserem oraz producentem. I to bardzo dobrze, bo chociaż większości z nas aktor kojarzy się głównie z rolami zatwardziałych rewolwerowców lub wyjętych spod prawa gliniarzy-twardzieli, to jego dorobek reżyserski jest nie mniej wart uwagi.

No dobra, może pisząc «większości z nas» trochę przesadziłem. Eastwood to aktor starej daty - dziś ma już 87 lat (!). Czasy jego świetności przypadają na długo, dłuuugo przed narodzinami większości czytelników bloga, więc jest duże prawdopodobieństwo, że nazwisko, owszem, może i coś tam mówi, ale żeby wymienić tytuł chociaż jednego filmu, w którym gra - to już gorzej. I nic w tym dziwnego, nikogo nie obwiniam. Po prostu urodziliśmy się trochę za późno.

Nie mam też zamiaru zgrywać wielkiego znawcy kina i sypać faktami z wikipedii, żeby zaimponować wam znajomością historii amerykańskiej kinematografii i biografii Clinta Eastwooda. Prawda jest taka, że nie oglądałem zbyt wielu filmów z tym aktorem. Eastwood kojarzy mi się przede wszystkim z Brudnym Harrym, czy też całą serią o inspektorze Callahanie, bo mój tato uwielbia te filmy. Kiedyś mieliśmy też z bratem fazę na stare westerny; stąd też kojarzę Bez przebaczenia i chyba jeszcze bardziej znany Dobry, zły i brzydki. I to w zasadzie tyle. Do niedawna natomiast (czyli do momentu zrobienia researchu na temat Gran Torino) byłem zupełnie nieświadomy reżyserskiej działalności Eastwooda.

A jest się czym pochwalić.

Eastwood wyreżyserował, między innymi, takie perełki jak Mystic River (pol. Rzeka Tajemnic, za który główni aktorzy dostali po Oscarze, a on sam nominację), Milion Dollar Baby (pol. Za wszelką cenę, wypuszczony tylko rok później, który zgarnął Oscara za najlepszy film, dwa Oscary dla aktorów pierwszo- i drugoplanowych, a sam Eastwood dostał statuetkę dla najlepszego reżysera), oraz stosunkowo świeży American Sniper (pol. Snajper, również wielokrotnie nominowany). A to jeszcze nie wszystko, bo razem na swoim koncie Eastwood ma prawie 40 wyreżyserowanych filmów, i wcale nie zamierza przestawać, czego dowodem jest zeszłoroczny Sully, wokół którego też było sporo zamieszania.

Wracając do Gran Torino:

 

MOJA OPINIA

 

Oglądając film po raz pierwszy kilka lat temu, miałem wrażenie, że Walt Kowalski to synteza wszystkich postaci-twardzieli granych do tej pory przez Eastwooda … tyle, że na emeryturze. Kowalski ma w sobie wszystko, z czego zasłynęli tamci: groźne spojrzenie, dominującą sylwetkę oraz opryskliwe zachowanie, a przez zaciśnięte zęby cedzi kąśliwe kwestie. Jednocześnie potrafi pomóc potrzebującym sąsiadom, mimo że kilkadziesiąt lat temu walczył przeciwko ich ludowi na wojnie.

I pomagając, nie szczędzi sobie rasistowskich wyzwisk pod ich adresem.

Uwielbiam Gran Torino. To jeden z tych filmów, po których oglądnięciu odzyskujesz wiarę w przemysł kinematograficzny. To jeden z tych filmów, który udowadnia, że nie trzeba pierdyliarda dolarów budżetu, super-mega-hiper-ultra zaawansowanych efektów specjalnych oraz wybuchających samochodów i niekończących się magazynków, żeby nagrać dobry film; że wystarczy dobra historia, porządny scenariusz, przekonująca gra aktorska oraz umiejętność sklejenia tego w sensowną całość.

I nawet sam pomysł na film nie jest jakiś super odkrywczy, bo historii o duchowej przemianie zastygłego w swym własnym świecie głównego bohatera było od groma. Mimo wszystko, jest w Gran Torino coś specjalnego. Coś, co sprawia, że film ogląda się nadzwyczaj dobrze.

Tak, dobrze zgadliście. Tym «czymś», a raczej «kimś», jest Clint Eastwood. I zanim napiszę więcej, oglądnijcie dwa krótkie urywki filmu.

Niech obraz przemówi za siebie!

 

 

 

Chapeau bas, panie Eastwood, chapeau bas.

Walt Kowalski to postać dość klarowna. Ma prosty system wartości oparty na konserwatywnych poglądach, mówi bez ogródek, nie siląc się zbytnio na uprzejmość, i nie dba o to, co myślą inni. Równocześnie, gdzieś pod jego skórą czai się też widmo wojny, w której brał udział, i nie sposób nie doszukiwać się chęci zadośćuczynienia za swoje czyny w postawie Walta, broniącego swoich nowych sąsiadów-Azjatów.

Kowalski jednocześnie wzbudza śmiech, gdy rzuca rasistowskimi żartami lub rozmawia ze znajomym fryzjerem, strach, gdy mierzy do napastników z pistoletu, rzucając groźby niskim, ochrypłym głosem, oraz sympatię, gdy w jego czynach zauważamy nieporadną chęć zmiany i zrobienia czegoś dobrego. Tak złożonej i wielowymiarowej postaci nie da się nie lubić.

Wart odnotowania jest również klimat filmu, odczuwalny dzięki grze Eastwooda - jest bardzo oldschoolowo. Czuć w jego postaci twardziela z dawnych lat. Widać to w sposobie, w jaki mówi, w jaki się porusza; w tym, jak obchodzi się i rozmawia z innymi ludźmi. Na myśl od razu przychodzą mi postacie grane przez aktora w filmach z lat 70.

Nie ukrywam również, że na moją opinię o Gran Torino może rzutować fakt, iż darzę Eastwooda szacunkiem i sympatią za to, jakim człowiekiem jest prywatnie. Nie żebym znał go osobiście, he-he, ale przygotowując się do napisania tekstów oglądnąłem sporo wywiadów z Eastwoodem i nie mam wątpliwości - facet jest legendą, i jak nikt inny na to miano zasługuje.

Jeśli ty też chcesz polubić dziś Clinta Eastwooda, to podrzucam wywiad u Ellen:

 

 

 

———

 

 

Czy warto obejrzeć Gran Torino? Powiem tak: chociaż nie wiem, kim jesteś, ani jaki jest twój gust filmowy, mogę z 99% pewnością polecić ci ten film.

Gran Torino to kawał solidnego, zabawnego a zarazem chwytającego za serce kina w starym, dobrym stylu. Zalecenia? Ktoś lub coś do przytulenia obok i paczka chusteczek w pobliżu; zakończenie może wycisnąć łzy!

 

 

———

 

 

Jakie jest twoje zdanie? Widziałeś już film? Zamierzasz oglądnąć? Zapraszam do komentarzy poniżej oraz na fanpage jakub.pe na Facebooku :)