Kotlet Odgrzany #3: "Chef"

#foodporn - czyli „Chef” w trzecim odcinku K.O.

INFO: seria «Kotlet Odgrzany» to z zamierzenia cykl tekstów poświęcony dziełom szeroko pojętej kultury popularnej (w głównej mierze film i telewizja, mniej literatura i muzyka), które, jak nazwa wskazuje, nowościami już nie są, a moim zdaniem wciąż zasługują na uwagę. Ba!, nie tylko «zasługują na uwagę»: wg mnie są to dzieła, które, jak to się mówi, «poszerzają horyzonty» i «mają coś do przekazania». W każdym z odcinków pokrótce opiszę jedno, starając się wzbogacić tekst dodatkowymi materiałami.

 

Kryteria wyboru? Przede wszystkim to, co podoba się MNIE (wyboldowanie i podkreślenie sugeruje, abyś to zapamiętał), co już nie jest «na topie», co wniesie w twoje życie wartość dodaną (dobra zabawa i rozrywka to również wartość dodana) i co w jakiś sposób odstaje od nurtu mainstreamowego (choć od mainstreamu nie stronię). Przeczytasz moją opinię, poznasz kilka ciekawostek i - mam nadzieję - zdecydujesz, że warto się z dziełem bliżej poznać. Enjoy!

 

O FILMIE

 

Trzymając się formuły serii „Kotlet Odgrzany”, której to chlubna tradycja liczy sobie już dwa odcinki (poprzednie znajdziesz tu i tu), zaczynamy od tytułu, a raczej od sposobu, w jaki przetłumaczono go na język polski. Ogólnie rzecz biorąc, nie ma tragedii. Chef przełożone jako Szef, to względnie dobre tłumaczenie: brzmi niemal identycznie, dzięki czemu zachowuje zwięzły charakter oryginału, a przy tym znaczy mniej-więcej to samo. No właśnie, «mniej-więcej».

Jeśli wpiszemy „chef” w chociażby poczciwy google translator, przekonamy się, że wyraz znaczeniowo odpowiada polskiemu „szefowi kuchni”. I tylko w takim kontekście używany jest w języku angielskim. W Polsce natomiast, miano „szefa” przysługuje osobie, która: a) jest twoim bezpośrednim przełożonym; b) jest szefem całej firmy w ogóle, lub c) każdemu, kogo siedzący pod sklepem żul zagadnie o dwa zeta na piwko. Ale raczej nie mówimy „szef”, mając na myśli szefa kuchni.

No chyba, że ktoś pracuje w restauracji.

Można więc pokusić się o stwierdzenie, że angielski „chef” nie do końca równoznaczny jest polskiemu „szefowi”, natomiast przetłumaczenie tytułu filmu na Szef kuchni czy Kucharz byłoby marketingowym strzałem w kolano. Ponadto, nie znajdziemy w naszym ojczystym języku równie nośnego i zwięzłego terminu, co „chef”.

Dlatego uznaję oficjalne tłumaczenie i po tej jakże fascynującej tyradzie na temat tytułu filmu przechodzę do kolejnej części.

 

Zdjęcie autorstwa Jorge Zapata / Unsplash

Zdjęcie autorstwa Jorge Zapata / Unsplash

 

Na filmowych portalach internetowych produkcja oceniana jest na 6.8 przez filmweb, 7.3 przez IMDb, oraz uzyskała 83% na rotten tomatoes. Tak na marginesie: jeśli kiedykolwiek zastanawialiście, po co w Kotletach umieszczam noty z aż trzech różnych serwisów, to tu macie odpowiedź. Film, który dla jednych nie zasłuży nawet na siódemkę, dla innych będzie mocną ósemką. Czasem warto więc dowiedzieć się, co myślą inni, zamiast sugerować się wyłącznie jedną opinią.

(i tak, na myśli mam filmweb)

W Stanach film premierę miał 7 marca 2014 roku, natomiast w Polsce ukazał się kilka miesięcy później, tj. 25 lipca. Określany jest jako komedia, zdobył tylko jedną nominację (do nagrody Critic Choice Award), a trwa 1 godzinę i 55 minut.

O czym opowiada?

Carl Casper, czyli tytułowy Chef, to szef kuchni renomowanej kalifornijskiej restauracji. Kiedyś pretendował do miana kulinarnego geniusza, dziś natomiast usilnie stara się naprawić swoją mocno zszarganą reputację - co nie zawsze wychodzi mu na dobre. W ślad za porażkami w życiu zawodowym idą niepowodzenia w życiu prywatnym. Casper jest rozwodnikiem; nie potrafi też poradzić sobie w relacjach ze swoim synem. Wreszcie nadchodzi dzień, w którym czara goryczy przelewa się i w wyniku afery, która szerokim echem odbija się w Internecie, Carl traci pracę. Próbując odzyskać reputację i naprawić rodzinne relacje, „chef” stawia wszystko na jedną kartę: remontuje starego food-trucka i razem z przyjacielem i synem rusza w Amerykę.

 

O LUDZIACH, CZYLI JON FAVREAU RAZY … CZTERY?

 

Jon Favreau, mimo że ani super znanym aktorem czy reżyserem nie jest, ma na swoim koncie kilka udanych produkcji.

Warte wspomnienia są chociażby pierwsza i druga część Iron Mana, które to Favreau wyreżyserował, i w których zagrał niewielką, acz sympatyczną mini-rolę osobistego ochroniarza głównej postaci. W tą samą postać wcielił się również w najnowszej części Spider-Mana. Poza tym, jako aktor grał głównie role drugoplanowe, a reżyserował (oprócz wspomnianych wyżej Iron-Manów) najczęściej seriale.

Chef to jego w pełni autorska produkcja. Favreau nie tylko napisał scenariusz do filmu i stanął za kamerą, ale także zagrał w nim główną rolę oraz go wyprodukował.

(W sekrecie zdradzę, że w każdej z tych ról spisał się bardzo dobrze).

W filmie na szczególną uwagę zasługuje również jego ścieżka dźwiękowa. I kiedy piszę, że jego ścieżka dźwiękowa zasługuje na „szczególną uwagę”, to na myśli mam, że muzyka w Chef totalnie wymiata! Soundtrack filmu jest jednym z moich ulubionych soundtracków ever - zaraz po pierwszej części „Strażników Galaktyki”. Każda kolejna piosenka jest lepsza od poprzedniej, a apogeum zajebistości osiąga przy utworze „Oye Como Va”, kubańskiego klasyka w wykonaniu Perico Hernandeza.

A zresztą, co ja się będę rozpisywał. Posłuchajcie sami!

 

 

Aż chce się chwycić za marakasy i pokręcić tyłeczkiem, no nie?

Obok fantastycznej muzyki warte odnotowania są również genialne ujęcia scen gotowania. Nie wiem, czy to ze mną jest coś nie tak, ale po prostu uwielbiam patrzeć, jak Szef gotuje. W Chef fragmenty filmu, w których Carl Casper przygotowuje posiłek, to małe dzieła sztuki. Zadziwia również zręczność, z jaką Favreau operuje nożem i każdym innym kuchennym przyrządem.

I tu mam dla was ciekawostkę!


(A co! Przygotowałem się).

Otóż przy produkcji filmu brał udział znany i poważany, ale przede wszystkim całkiem prawdziwy szef kuchni (facet zwie się Roy Choi, jeśli kogoś to interesuje). To on szkolił Szefa i pokazywał co robić, żeby sceny gotowania wyglądały na bardziej realistyczne. On również odpowiada za wybór menu i cały aspekt kulinarny produkcji. A jeśli zaczekacie do napisów końcowych, zobaczycie niesamowity urywek, w którym Choi uczy Favreau jak przyrządzić grilled cheese sandwich. Wydawać by się mogło, że wielkiej filozofii w zrobieniu tosta z serem być nie może, a jednak!

Na zachętę wrzucam parę scen gotowania.

Nie oglądać na głodnego!

 

 

MOJA OPINIA

 

Polecam tego allegrowicza!

Umówmy się: Chef nie jest jakimś mega-ambitnym, super-głębokim kinem, które wstrząśnie twoim światopoglądem i podważy wszelkie prawdy, w jakie do tej pory wierzyłeś. Into the Wild to to nie jest.

Nawet sama historia do nazbyt oryginalnych nie należy. Ot, facetowi w średnim wieku sypie się życie, ale dzięki temu, że ma wokół siebie życzliwych przyjaciół i dobrych ludzi staje na nogi i wszystko kończy się happy-endem. Historia jakich wiele.

Co zatem sprawiło, ze Chef stał się jednym z moich ulubionych filmów ostatnich lat?

Historia, mimo że prosta, opowiedziana jest w spójny i interesujący sposób. Jasne, film gra na dosyć oklepanych motywach typu «rodzina jest najważniejsza» czy «rób to, co kochasz», ale podchodzi do nich na tyle umiejętnie, by nie otrzeć się o banał. Podoba mi się również sposób, w jaki «napisane» są postacie. Nie są zbyt przerysowane, wcielający się w nie aktorzy wypadają naturalnie, a i interakcje między bohaterami nie są sztuczne. Na pochwałę zasługuje tu rola dziesięcioletniego wówczas Emjaya Anthony'ego, grającego syna Carla Caspera.

Chef, podobnie jak Gran Torino, udowadnia też, że nie trzeba miliardowego budżetu i super-ekstra zaawansowanych efektów CGI, żeby zrobić dobry film. Chociaż podejrzewam, że opłacenie Roberta Downey Jra. czy Scarlett Johanson wymagało sporego zasobu gotówki, to produkcja Jona Favreau pozostaje w duchu kina niezależnego, co sprawia, że pozbawiona jest zgubnego wpływu chciwych wytwórni filmowych.

No i ta muzyka! Te kubańskie rytmy!

Tego filmu naprawdę świetnie się słucha!

Mamy więc dobrze opowiedzianą historię, fantastyczną ścieżkę dźwiękową, przekonująco zagrane postacie, a całość przyprawiona jest szczyptą rasowego foodpornu, na widok którego niejednemu zaburczy w brzuchu.

Czego chcieć więcej?

 

 

———

 

 

Czy warto obejrzeć film Chef? No przecież nie marnowałbym twojego czasu na coś, czego obejrzeć nie warto!

Chef to film prosty, a zarazem niesamowicie przyjemny w odbiorze. Sklasyfikować go można jako taki „feel-good movie” - nie doświadczysz przy nim artystycznych uniesień czy głębokiego katharsis, nie zobaczysz też miażdżących czaszkę efektów specjalnych, ale z pewnością poprawisz sobie nim humor, a - być może! - zapiszesz się nawet na lekcję salsy.

Moje zalecenia? Dobre nagłośnienie i pełny żołądek :)

 

 

———

 

 

I co? Udało mi się namówić cię na Szefa? A może już go widziałeś i chciałbyś podyskutować na temat filmu w komentarzach? Proszzz bardzo, z miłą chęcią wymienię się poglądami. A jeśli wolisz jednak klimaty facebookowe - wpadnij na fanpage bloga jakub.pe i zostaw łapkę w górę.

Tymczasem zostawiam was z kolejnym genialnym kawałkiem z filmu.

 

I pamiętaj! Każda łapka w górę to jeden szczęśliwszy bloger na świecie!