Krótka historia pewnej miłości

Pamiętasz dzień, w którym się poznaliśmy?

Był ciepły październikowy wieczór; staliśmy pod salą, czekając na koncert. Przedstawił nas sobie wspólny znajomy i mogę przysiąc, że kiedy po raz pierwszy spojrzałaś mi w oczy, uśmiechnęłaś się, a wraz z uśmiechem na twojej twarzy pojawił się delikatny rumieniec. Ledwo zdążyliśmy wymienić uprzejmości, drzwi sali otworzyły się i bezlitosny tłum porwał nas do środka.

Straciłem cię z oczu.

Do tej pory wszystkie moje próby wejścia w intymny związek kończyły się spektakularnymi klęskami. Bałem się zaangażować, bałem otworzyć przed kimś, bo kiedy zrobiłem to, kiedy ten jeden jedyny raz zdołałem zebrać w sobie na tyle odwagi i wyznać drugiej osobie, co do niej czuję, zostałem odrzucony. Powiedziałem sobie wówczas, że już nie chcę miłości. Nie chcę zakochiwać się w kimś i nie móc przestać o niej myśleć. Nie chcę motylków w brzuszku, serduszek w wiadomościach tekstowych, i poczucia rozpaczy, kiedy już będzie po wszystkim. W zamian za to wybieram seks, brak zobowiązań, i uczucie pustki. A jeśli sprawy zajdą za daleko, jeśli choćby i na krótki moment poczuję coś więcej, ucieknę. I nie będę oglądać się wstecz.

A później poznałem ciebie.

Po koncercie zauważyłem, że stoisz z grupką znajomych pod salą. Niesiony falą muzycznej euforii postanowiłem podejść i zagadać. Szliście do klubu i zaproponowaliście, żebym poszedł z wami. Oczywiście, że się zgodziłem. Bardzo chciałem cię poznać.

Przegadaliśmy niemal całą drogę do klubu. Pamiętam, że twoja przyjaciółka nie odstępowała cię na krok, jakby za wszelką cenę nie chciała zostawiać cię ze mną samej. Szliśmy więc ulicą we trójkę, śmiejąc się, rozmawiając i pijąc piwo prosto z puszki, a ja nie mogłem oderwać od ciebie wzroku. Ty spoglądałaś na mnie ukradkiem; trochę płochliwie, trochę z ciekawością. Podobnie było w klubie. Za każdym razem, kiedy nasze spojrzenia się spotykały, ty uciekałaś wzrokiem. Za każdym razem, kiedy próbowałem podejść i poprosić cię do tańca, odwracałaś się i odchodziłaś gdzieś. Po sto pięćdziesiątym drugim razie wreszcie dałem sobie spokój. Czując nadmiar alkoholu we krwi postanowiłem wrócić do domu. To był udany wieczór.

Leżąc w łóżku, wyszukałem cię na facebooku i wysłałem krótką wiadomość.

„Znalazłem cię :)” brzmiała jej treść.

Wreszcie.

 

———

 

A pamiętasz, jak pocałowałem cię po raz pierwszy?

Był weekend, wszyscy moi współlokatorzy rozjechali się do domów, a ja zaprosiłem cię do siebie na kolację. Dopiero później pomyślałem, że przecież w życiu nie ugotowałem choćby jednego posiłku. Absolutnie przerażony, znalazłem w sieci przepis na spaghetti carbonara, kupiłem potrzebne składniki oraz wino, i stanąłem bezradnie w kuchni. Miałem ochotę wypić wino i odwołać spotkanie, ale wiedziałem, że nigdy bym sobie tego nie wybaczył. Starałem się jak mogłem. Powiedziałaś, że ci smakowało. Cóż innego mogłaś powiedzieć?

Atrakcją wieczoru miał być film. Wybrałem Into the Wild, bo chciałem zaimponować ci swoim gustem i pokazać, jaki to inteligentny i wrażliwy ze mnie facet. Jednego nie przewidziałem: „Into the Wild” to długi film, a wino działa na ciebie usypiająco. Nim dobrnęliśmy do połowy, spałaś smacznie z głową wtuloną w moje ramię.

Nie wiedziałem, co robić. Przez moją głową galopowały tysiące myśli: „czyżby film aż tak ją znudził?”, „czy zrobiłem coś nie tak?”, „czy powinienem ją obudzić, czy może raczej byłoby to nieuprzejme z mojej strony?”. Ostatecznie nie zrobiłem nic. Oglądnąłem film do końca, a kiedy na ekranie wyświetliły się napisy końcowe, dotknąłem delikatnie twojego ramienia. Zamrugałaś sennie, nie bardzo wiedząc, co się dzieje. Zapytałem, jak podobał ci się film, a ty, uśmiechając się, spuściłaś wzrok zawstydzona. Patrzyłem głęboko w twoje oczy. Odwzajemniłaś spojrzenie i po chwili, która dla mnie wydawała się wiecznością, nasze usta się spotkały.

Na piersi czułem szybkie bicie twojego serca.

 

———

 

A pamiętasz, jak wyjechałaś za granicę do pracy?

Bałaś się, że nie będziesz miała do kogo wracać; że cokolwiek zdążyło połączyć nas przez ten krótki czas, nie wytrzyma rozstania. Nie zaprzeczyłem. Nie chciałem cię okłamywać. I chociaż sam wmawiałem sobie, że damy radę, w końcu to tylko kilka tygodni, nie byłem tego pewien. Nie byłem pewien tego, co do ciebie czuję.

Jak dotąd nigdy nie powiedziałem, co do ciebie czuję.

Bardzo płakałaś. Pamiętam cię, trzęsącą się w moich ramionach i zalaną łzami, kiedy odprowadzałem cię do samochodu w noc twojego wyjazdu. Ja też płakałem; choć dopiero wtedy, gdy zamknęły się za tobą drzwi, a tylne światła pojazdu, który mi cię odebrał zniknęły za skrzyżowaniem. Płakałem, bo nie mogłem uwierzyć, że cię puściłem. Płakałem, bo choć wspólnie po tysiąckroć uzasadnialiśmy konieczność tego wyjazdu, teraz wydawał mi się on najbardziej idiotyczną rzeczą, jaką mogliśmy zrobić. Płakałem, a z nieba padał ciepły lipcowy deszcz.

 

———

 

A pamiętasz, jak zdecydowaliśmy, że jeszcze nie chcemy mieszkać razem?

I żałowaliśmy tej decyzji, bo i tak każdą noc spędzaliśmy wspólnie, u mnie lub u ciebie? Baliśmy się, że jeśli się pospieszymy, nasz związek tylko na tym ucierpi. Mówiłaś mi, że nie chcesz, żebym się tobą znudził; że mieszkanie razem to poważna sprawa i nie możemy podejmować takiej decyzji pochopnie. Przyznałem ci rację, bo to był sensowny argument. Przyznałem ci rację, choć oboje czuliśmy coś dokładnie odwrotnego.

A pamiętasz, jak już zamieszkaliśmy razem, niecałe pół roku później? I zamiast zacząć kłócić się po kilku tygodniach jak stare małżeństwo, wprost nie mogliśmy się sobą nacieszyć? Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, ale od tej pory, od dnia, w którym po raz pierwszy zasnęliśmy w łóżku wspólnie wynajmowanego mieszkania, jesteśmy ze sobą niemalże codziennie. Nie było tygodnia, żebym choć raz nie przytulił cię i pocałował. Nie było dnia, żebym nie usłyszał twojego głosu; nawet, jeśli tylko przez słuchawkę telefonu.

Ż y j e m y razem. I po swojemu.

I nikt nie mówi nam, jak mamy to robić. O wszystkim decydujemy sami. Pomagamy sobie i wspieramy się nawzajem. Gotujemy razem, robimy zakupy razem, chodzimy na spacery razem. Oglądamy Grę o Tron od początku, bo kiedy skończył się ostatni sezon nie wiedzieliśmy, co ze sobą robić. Mamy własne cele i wspólne marzenia, do których będziemy dążyć. Też razem.

Pytasz mnie czasem, czy nie mam cię dość, czy się tobą znudziłem. „Głuptasku” odpowiadam i całuję w czoło, a przed nami całe życie, pełne przygód i nieprzewidzianych zdarzeń, długie i dobre.

 

———

 

Nigdy nie zapomnę, jak po raz pierwszy powiedziałem: „kocham cię”.

Nie chciałem wypowiedzieć tych słów ot tak, po prostu. Kiedy wreszcie zrozumiałem, co do ciebie czuję, szykowałem je na specjalną okazję. Wyobrażałem sobie, jak zabieram cię na romantyczną kolację; pilibyśmy wino, rozmawiali, w tle przygrywałby kwartet smyczkowy. Po kolacji poszlibyśmy na spacer, i kiedy stalibyśmy na moście, podziwiając zawieszone nań kłódki tysięcy zakochanym par, wsunąłbym taką kłódkę w twoją rękę, spojrzał głęboko w oczy i powiedział: „kocham cię”.

Idealnie, nieprawdaż?

Szkoda, że nie wyszło.

Pamiętam, że leżeliśmy w łóżku. Było późno. Chyba kłóciliśmy się wcześniej, ale przed snem udało się nam pogodzić. Wpatrywałem się w biały sufit i wsłuchiwałem w twój miarowy oddech. „Już nie wytrzymam” pomyślałem, a myśl ta jakimś cudem wydostała się na świat w postaci wypowiedzianych przeze mnie słów. „O co chodzi?” zapytałaś.

Chwyciłem cię za rękę.

Spojrzałem głęboko w oczy. (chociaż tyle z mojego planu udało się zrealizować)

Wypowiedziałem słowa.

„Kocham cię”.

Nigdy wcześniej nie byłem pewien czegoś bardziej.

 

———

 

Nigdy nie zapomnę, jak pierwszy raz przeczytałaś mój tekst na bloga.

Chciałem pokazać ci coś na komputerze i, przeglądając pulpity, na ułamek sekundy włączyłem ten z edytorem tekstu i doskonale widocznym tytułem wpisu, nad którym pracowałem. To było zanim ruszyłem z blogiem. Myślałem, że niczego nie zauważyłaś, ale już po chwili zaczęłaś mnie wypytywać. Z początku nie chciałem nic mówić, bo do tej pory o swoich planach nie powiedziałem nikomu, jednak ty nie dawałaś za wygraną. Nigdy nie dajesz.

Opowiedziałem ci o pomyśle założenia bloga i pokazałem kilka tekstów, które zdążyłem napisać. Byłaś pierwszą osobą, która je przeczytała. Powiedziałaś wtedy, że ci się podobają, i że powinienem je opublikować. Powiedziałem ci, że nie zależy mi na pustych pochlebstwach i jeśli uważasz, że są do niczego, to chcę o tym wiedzieć; teraz, natychmiast. Od pustych pochlebstw wolę gorzką prawdę. Spojrzałaś mi w oczy i przyrzekłaś zawsze mówić to, co myślisz. Zaufałem ci.

Odtąd każdy tekst, który napisałem, ty czytałaś jako pierwsza, a ja zawsze mogłem liczyć na twoją szczerą opinię. Od początku istnienia bloga wspierałaś mnie i dodawałaś sił. Nie potrafię wyrazić, jak wiele to dla mnie znaczy. Gdyby nie ty, nigdy nie zdobyłbym się na odwagę by publikować w sieci.

Dziękuję ci za to.

 

———

 

Nigdy nie zapomnę, jak porwaliśmy się na wyjazd do USA.

Twierdziłaś, że nie dasz sobie rady, i że nie chcesz, żebym przez ciebie rezygnował ze swoich marzeń o podróży do Stanów. „Misiu”, powiedziałem wtedy, „moim marzeniem jest jechać do Stanów z tobą”.

Zgodziłaś się spróbować. Wspierałem cię, jak tylko umiałem najlepiej, chociaż i mnie nie było łatwo. Udało się. Postawiliśmy na swoim. Wyjechaliśmy i przywieźliśmy wspomnienia, których nikt i nic nam nie odbierze. Zrobiliśmy to.

Razem.

Pamiętasz?

 

 

Kiedyś rozmawialiśmy o miłości od pierwszego wejrzenia i zapytałaś mnie, czy właśnie tak było z nami; czy pokochałem cię «od pierwszego wejrzenia».

„Kotku” powiedziałem, „bo widzisz, to nie jest tak, że ludzie zakochują się w sobie i już do końca życia są szczęśliwi”.

Czasem jest tak cudownie, że człowiek ma ochotę śpiewać o tym głośno i taplać się ze szczęścia w kałuży. A czasem nijak nie możemy się dogadać i jedyne, na co mamy ochotę, to uciec jak najdalej i wrócić za rok. Właśnie w tych momentach musimy pamiętać o najważniejszym; o tym, co tak naprawdę się liczy: że ty kochasz mnie a ja kocham ciebie.

Nic innego nie ma znaczenia.

Wszystkie wspomnienia, które dzielimy, wszystkie dobre i złe momenty, których doświadczyliśmy, są niczym cegiełki. Układane cierpliwie i umiejętnie, jedna po drugiej, tworzą razem budowlę, która wiele może przetrwać. Ta budowla, to nasze uczucie i związek. Ta budowla, to nasze życie i my.

Mury naszej budowli nie są jeszcze zbyt wysokie; wznoszenie wysokich murów wymaga czasu.

Wiem jednak, że położyliśmy solidne fundamenty.

Na resztę mamy całe życie.

 

Twój K.