Lecę do Stanów!

Tak! Udało się! Po wielomiesięcznej batalii, bezsennych nocach i wiaderkach wylanych łez ten dzień wreszcie nadszedł: za niecałe 12 godzin wsiadam do samolotu i moim następnym przystankiem są Stany Zjednoczone.

 

Chociaż w sumie to nie do końca. Mam malutką przesiadkę w Brukseli, więc o ile nie zginę w jakimś zamachu terrorystycznym, to moim następnym przystankiem już na pewno będą Stany! Ale po kolei...

Słyszeliście kiedyś o programach typu work&travel? Polega to mniej więcej na tym, że jedziecie za granicę do pracy, a później, po zakończeniu kontraktu, dostajecie czas na zwiedzanie danego kraju. Aha! Zwykle, żeby wyjechać, wymagany jest status studenta. To tak w skrócie. Well, zdecydowałem się wziąć udział w jednym z takich programów. Jako że upragniony tytuł naukowy jest już blisko był to dla mnie ostatni gwizdek—ostatnia szansa na wyjazd, bez konieczności desperackiego podejmowania drugiego kierunku studiów. Wyjazd planowałem wcześniej, ale moje kapryśne zdrowie trochę pokrzyżowało mi plany. W tym roku wreszcie dopiąłem swego.

Biuro, które załatwia mi cały wyjazd, nazywa się Camp Leaders i kieruje studenciaków właśnie do Stanów Zjednoczonych. Istnieje wiele innych biur, ja wybrałem to ze względu na atrakcyjną cenę wyjazdu. Sounds fun? Odwiedź ich stronę [hiperłącze] by dowiedzieć się więcej.

Gdzie jadę? Jadę na kamp. Kampy to takie ośrodki dla dzieciaków, coś jak nasze polskie obozy kolonijne—z tą różnicą, że tam rodzice wysyłają swoje «pociechy» nie na dwa tygodnie (ja jeździłem na takie), a dwa miesiące. Kilka tysięcy baksów i łepek znika z domu na calutkie wakacje. Nieźle, nie? Co będę robił? Wg wszelkiego prawdopodobieństwa, będę pracował w kampowej kuchni. Na początku trochę mnie to przeraziło, ale później myślę sobie: whatever, robota jak każda inna. Doskonale opanowałem sztukę lepienia pierogów, tłuczenia schabowych oraz krojenia cebuli, więc kuchnia amerykańska nie ma przede mną tajemnic. Chleb też posmaruję.

Jak długo mnie nie będzie? Na kampie będę pracował przez jakieś 2 miesiące. Później, jak wspomniałem wyżej, będę miał trochę czasu na pozwiedzanie the promised land, ziemi obiecanej, krainy mlekiem i miodem płynącej—czyli że Amjeryki. Myślę, że w realnym zasięgu są jakieś dwa tygodnie zwiedzania. Jak to wyjdzie w praniu, zobaczymy. Mam nadzieję, że będziecie ze mną.

Dlaczego wam o tym wszystkim mówię? Nie, nie to, że chcę się pochwalić. Uznałem, że należy się wam słówko wyjaśnienia. No to jadziem.

 

CO Z BLOGIEM?

 

Ano nic. W sensie, że wszystko będzie po staremu. Nie zamierzam przestać blogować; może jednak zdarzyć się, że ze względu na pobyt na kampie będzie to znacznie utrudnione. Jest jedna rzecz, której nie powiedziałem wam o kampach: idea tych ośrodków jest taka, żeby wyrwać dzieciaki ze szponów codzienności i zaproponować im coś innego. «Codzienności», czyli komputera, internetu, telewizji itd. «Coś innego», czyli naturę, drzewa, świeże powietrze itd. Zwykle więc kampy położone są na totalnym zadupiu (co znacznie ułatwia zadanie). W pierwszym odruchu pomyślałem sobie: „OK, dzieciaki dzieciakami, ale pracownicy obsługi ośrodka chyba mogą korzystać z dobrodziejstw cywilizacji”. Niestety nie.

Na moim kampie o wifi można zapomnieć, połączenie z internetem ma natomiast kilka komputerów... Na ponad 1000 osób. O LTE też mogę zapomnieć—zadupne położenie kampu wyklucza taką możliwość. Myślę sobie: „kurde, blog blogiem, ale przydałoby się od czasu do czasu pokazać chociaż rodzinie”. Popytałem, rozeznałem się, i ratunek przyszedł z najmniej oczekiwanej strony: położonej w nieodległym (wg zapewnień dyrektora kampu) miasteczku restauracji... McDonald's. Postaram się więc, w miarę możliwości, jeździć tam w czasie wolnym i wrzucać coś na blog, fb, Instagram i tak dalej. Ciężko mi jednak przewidzieć, jak będzie z transportem do miasteczka, ile będę miał czasu wolnego i jak pracownicy maka będą się zapatrywali na blogera z Polski, niecnie kradnącego im wifi. Na zgodę, EWENTUALNIE mogę spróbować ichniego burgera, chociaż wiele osób stanowczo mi to odradzało.

Nie obraźcie się więc, jeśli przez kolejne dwa miesiące będę trochę mniej aktywny. Taki tam klimat.

 

NA CO MOŻESZ LICZYĆ?

 

Jak już wyrwę się z obozu, ruszam na podbój Ameryki. Bądź ze mną! Postaram się wykupić z dwa wiaderka internetu, żeby móc na bieżąco bombardować cię zdjęciami na Snapie (tak! Jestem na Snapie!) i Instagramie, statusami na fejsie i Twitterze, oraz tekstami na blogu. Z zachowaniem zdrowego umiaru, oczywiście. Zapowiada się niezła wyprawa i chciałbym, żebyś do mnie dołączył. A każdemu, kto zacznie obserwować jakikolwiek mój kanał, obiecuję wysłać pocztówkę z niu jorka. Słowo harcerza!

Co powinieneś zrobić, żeby niczego nie przegapić? Całkiem niewiele: jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś, koniecznie polub mój fanpage na Facebooku (jakubpe.official). To tam będą lądować zajawki nowych tekstów oraz część zdjęć z Instagrama. Tam również na bieżąco będę informował cię, co u mnie słychać i gdzie jestem. Jeśli nie przepadasz za literkami, możesz zacząć obserwować mój profil na Instagramie (jakubpe.official); tam trafią te ładniejsze zdjęcie, a że aparat mam ładny, to i zdjęcia będą... ładne (urgh!). Część statusów i zdjęć trafi również na Twittera (jakubpeofficial). Jeśli jakimś cudem nie masz ani facebooka ani instagrama, to twitter pomoże ci być «na czasie» z tym, co się u mnie dzieje. Został jeszcze Snapchat (jakubpeofficial). Na razie nie miałem czasu rozkręcić konta na snapie, ale z ręką na sercu obiecuję ci, że to się wkrótce zmieni. Na snapa trafi najwięcej rzeczy: zdjęcia, może nawet krótkie wideo, jeśli ta forma do mnie przemówi. Koniecznie zacznij mnie tam obserwować!

Obiecuję, że na każdym z wymienionych wyżej mediów pojawiać się będą wyłącznie wartościowe rzeczy (OK, może za wyjątkiem snapa, jeśli mnie poniesie). Szanuję twój czas. Chcę, żebyś świadomie obserwował moje kanały wiedząc, że spotka cię tam tylko smaczne papu. Z całych sił staram się, aby tak właśnie było. Jeśli podoba ci się to, co robię, nie krępuj się: lajkuj, komentuj, pisz do mnie na maila. Taki kop motywacyjny zawsze się przyda.

 

 

 

 

———

 

 

 

 

To tyle ode mnie na dzisiaj. Słyszę, jak stewardessa wyczytuje moje imię, więc muszę już lecieć. Dzięki, że wpadłeś! And see you on the other side!