Lizbona

Czas czytania
15 minut
Po niespełna półtoragodzinnym locie samolot osiada twardo na lotnisku w Lizbonie.

Po niespełna półtoragodzinnym locie samolot osiada twardo na lotnisku w Lizbonie. Jest godzina 7:40; dzięki minięciu strefy czasowej wydaje się, jakby podróż z Madrytu zajęła nam 15 minut. Mimo to, jesteśmy zmęczeni i nieco zdezorientowani; a także desperacko potrzebujemy skorzystać z toalety.

Po załatwieniu potrzeby łapiemy lotniskowe wi-fi i sprawdzamy, jak dostać się do hostelu. System lizbońskiego metra nie jest ani zbyt rozbudowany, ani tym bardziej skomplikowany, więc już po chwili zmierzamy w stronę stacji. Na miejscu kupujemy bilety i wsiadamy do wagoniku; w środku widać, że nie był modernizowany od lat. Wysiadamy na stacji końcowej, której górna część służy za dworzec kolejowy. Wychodzimy na ulicę i wciągamy do płuc powietrze.

Lizbona wita nas przyjemnym chłodem poranka, pustymi ulicami i … zapachem moczu.

 

————————

 

Na temat Lizbony naczytaliśmy się mnóstwo wpisów na blogach, przeglądnęliśmy setki przewodników, widzieliśmy tysiące zdjęć miasta i rozmawialiśmy z dość pokaźną liczbą znajomych, którzy już je zwiedzili. Dosłownie każde z tych źródeł stawiało sprawę jasno: Lizbona to przepiękne miejsce i istnieje 99,9% szansa, że wy też ją pokochacie. Kiedy więc wreszcie się tam znaleźliśmy, nasza ekscytacja sięgała zenitu. Ja sam czułem się nieco przytłoczony, gdyż, jak wiadomo, z ekscytacją i wysokimi oczekiwaniami nieodłącznie wiąże się ryzyko zawodu.

Czasem myślę sobie, że to strasznie głupie, takie budowanie oczekiwań. Wchłaniamy informacje z wszystkich tych źródeł jak szaleni, próbując jak najlepiej poznać miejsce, w które się wybieramy, jeszcze zanim w ogóle opuścimy własny dom, i na ich podstawie malujemy w głowie wyidealizowane obrazy. A później obrazy te muszą zderzyć się z rzeczywistością.

Jak było w naszym przypadku? Czy Lizbona w starciu z naszymi oczekiwaniami potrafiła się wybronić? I dlaczego, do cholery, warto dopytać, co oznacza sformułowanie: „wi-fi w obiekcie”, zanim gdziekolwiek wynajmie się pokój!?

Panie i Panowie, senhoras e senhores, przed wami: Lisboa.

(Według Jakuba Pe).

W Lizbonie spędziliśmy ogółem 4 dni i jeśli zapytacie mnie, czy to dostatecznie długo, odpowiem dyplomatycznie: to zależy. Jeśli chcecie po prostu zobaczyć miasto, macie ochotę na zwiedzenie kilku zabytków, czy też zamierzacie sobie połazić, popróbować lokalnych specjałów i zrobić kilka ładnych zdjęć, to 4 dni w zupełności wystarczą.

Jednakże warto dać sobie więcej czasu jeśli interesuje was zwiedzanie muzeów czy zabytków, od których w mieście aż się roi. Osobiście wolałbym jednak przeznaczyć ten czas — dodatkowe 2 czy 3 dni — na wyjazd poza Lizbonę. Będąc na miejscu słyszeliśmy dużo pozytywnych opinii o miejscowościach takich, jak Sintra czy Cascais, które są bardzo blisko miasta, a które oferują zupełnie inny, bardziej wiejski klimat. W pobliżu Lizbony znajduje się też kilka plaż, które mogą okazać się fajną odskocznią od miejskiego zgiełku.

Treść tekstu podzielona jest na 3 części, a w każdej z nich znajdziecie opis jednej dzielnicy miasta. Oczywiście Lizbona posiada ich zdecydowanie więcej, niemniej te o których opowiadam są tymi najsłynniejszymi — to do nich najpewniej traficie, jeśli zapragniecie zwiedzić stolicę Portugalii.

 

Baixa

 

Zwiedzanie Baixy zaczniemy od Mercado da Ribeira, mieszczącego się przy stacji kolejowej (i metra) Cais do Sodre. (Nawiasem mówiąc, pozwolę sobie wypisywać tego rodzaju szczegóły żeby łatwiej było wam orientować się w topografii Lizbony i ewentualnie móc skorzystać z tych wskazówek w przyszłości. Nie ma za co :*).

Mercado da Ribeira jest niczym innym jak starą halą targową, tyle że mocno zmodernizowaną i dostosowaną do współczesnych potrzeb. Budynek podzielony jest na dwie części, z których jedną zajmują sprzedawcy oferujący świeże warzywa, owoce czy mięso, natomiast druga mieści kilkanaście restauracji i barów. Front hali zajmują natomiast kawiarnie oraz piekarnie, które są fajną opcją na zjedzenie śniadania i wypicie pierwszej kawy. Za dosłownie 5 euro kupimy tam dwa olbrzymie croissanty z czekoladą oraz dwie filiżanki kawy.

Klasyczny lizboński widoczek.

Szczególnie część restauracyjna Mercado da Ribeira warta jest uwagi. Miejsce to jest bardzo popularne wśród turystów i miejscowych, oraz oferuje szeroki przekrój światowych kuchni: zjecie tu tradycyjne dania kuchni portugalskiej, porządnego burgera, czy też smakowicie wyglądającego pad thaia, a i na deser coś się znajdzie. Niestety, zakres cenowy oferowanych potraw nie należy do najniższych: za danie obiadowe zapłacimy od 16 euro wzwyż. Tak naprawdę to właśnie wspomniany burger — skądinąd przepyszny; próbowaliśmy — będzie tu najtańszą opcją. Nie lękajcie się jednak, Jakubianie! Jeśli przyszpili was głód a będziecie akurat w okolicy Mercado da Ribeira, zapamiętajcie dobrze: dosłownie po drugiej stronie ulicy znajdziecie 100 Montaditos :) (Serio!).

No dobrze, śniadanie zjedzone; czas ruszać w drogę! Po wyjściu z Mercado kierujcie się w stronę stacji Cais do Sodre i dalej, aż dobijecie do brzegu. Przy brzegu skręćcie w lewo i kierujcie się deptakiem w stronę Praça do Comércio, podziwiając przy okazji nabrzeżne zabudowania. Wspomniany plac, bo to właśnie oznacza pierwszy człon wymienionej nazwy, można by uznać za główny punkt centralnej dzielnicy miasta, którą jest Baixa. Ze względu na swoje imponujące rozmiary jest miejscem, w którym organizowane są rozmaite uroczystości państwowe, jak i również wydarzenia kulturalne. My, na przykład, byliśmy w Lizbonie podczas Mistrzostwa Świata Socca, czyli piłki nożnej rozgrywanej na małych boiskach w 6-osobowych składach, a mecze odbywały się na specjalnie przygotowanym obiekcie wzniesionym właśnie na Praça do Comércio.

Po napatrzeniu się na plac i wszystkie jego przyległości, odwróćcie się tyłkiem w stronę rzeki Tag i ruszajcie przed siebie; w stronę Arco da Rua Augusta, czyli lizbońskiego łuku tryumfalnego. Przystańcie na chwilę przed łukiem i złapcie oddech zachwycając się jego monumentalnością, gdyż kolejnym etapem naszej wędrówki będzie coś, przed czym w Lizbonie nie ma ucieczki — wspinaczka. Miasto, z racji tego, że położone jest na wzgórzu, jest dość wymagającym pod względem wysiłku fizycznego miejscem do zwiedzania. Bezustanne chodzenie pod, a później z „górki” jest więc w Lizbonie codziennością.

Arco da Rua Augusta.

Jak już nazachwycacie się Arco da Rua Augusta i złapiecie oddech, kierujcie się wgłąb miasta, w górę ulicy Rua Augusta. Sama ulica szczególnie nie zachwyca, natomiast oferuje interesujący widok na łuk tryumfalny, a także pozwala dostać się w nieco ciekawsze rejony miasta. Ulicą tą, odbijając później nieco w lewo, dojdziemy na przykład do chyba najpopularniejszego punktu widokowego Lizbony: Elevador de Santa Justa.

Jedną z większych atrakcji w Lizbonie są tzw. windy; przy czym nie należy traktować tego określenia zbyt dosłownie, gdyż zaledwie ta wyżej wymieniona, ochrzczona imieniem Świętej Justyny ma coś wspólnego z urządzeniem, które macie teraz na myśli. Pozostałe, a istnieją jeszcze trzy, to wagoniki przypominające mini-tramwaje, które poruszają się w górę i w dół lizbońskich wzgórz. Elevador de Santa Justa podobno oferuje wspaniały widok na Bairro Alto i łuk Rua Augusta; podobno, gdyż, jak to bywa w przypadku atrakcji turystycznych, nie mieliśmy okazji przekonać się o tym na własne oczy. Długaśna kolejka do wejścia do windy skutecznie nas do atrakcji zniechęciła.

Jeśli wy też nie jesteście fanami czekania w kolejkach — nie bójcie żaby! Lizbona, dzięki swojemu wzgórzystemu ukształtowania terenu posiada kilkanaście, o ile nie kilkadziesiąt przepięknych i całkowicie naturalnych (a w większości i darmowych) punktów widokowych, o których nie omieszkam wspomnieć w tekście.

Co najmniej kilka z nich znajdziecie kierując swe kroki na lewo od windy Santa Justa, w stronę placu Praça Luís de Camões. Będąc na placu skręćcie w ulicę Rua do Loreto i … po prostu idźcie przed siebie. I na tym w zasadzie mogłyby się skończyć moje wskazówki, gdyż podążając rzeczoną ulicą natkniecie się na przynajmniej 3 ciekawe punkty widokowe.

Gorąco polecam samodzielną eksplorację uliczek Lizbony. Nie bójcie się zgubić. Nie bójcie wejść w uliczkę, która z jakichś względów wydaje wam się interesująca. W tym tkwi całe piękno tego miasta: w odkrywaniu go kroczek po kroczku, zaułek po zaułku. Na moment zostawiam was więc sam na sam z ulicami Lizbony i po cichu zapraszam do kolejnej dzielnicy.

Okolice Rua do Loreto. Widok na Elevador da Bica.

Alfama

 

Alfama jest jedną z najstarszych, a co za tym idzie, jedną z najurokliwszych dzielnic Lizbony. Można by zaryzykować stwierdzenie, że jest ona kwintesencją uroku i klimatu miasta: to tutaj znajdziemy najwęższe, najbardziej strome i najurodziwsze uliczki. Tutaj też najczęściej natkniemy się na typowo lizboński obrazek: suszące się na balkonie pranie, zwisające czasem tuż nad głowami przechodniów.

Zwiedzanie Alfamy zaczniemy od Panteão Nacional — miejsca uhonorowania Portugalczyków zasłużonych ojczyźnie. Budynek leży na wschodnim krańcu dzielnicy, więc znów będziemy poruszać się na zachód, de facto w stronę opisywanej wcześniej Baixy.

Tak naprawdę ciężko jest mi wypunktować miejsca, które p o w i n n i ś c i e zobaczyć zwiedzając Alfamę, gdyż moim zdaniem cała dzielnica stanowi swego rodzaju atrakcję. Jak wspomniałem wcześniej, jest ona kwintesencją uroku Lizbony; dlatego najlepszą strategią na zwiedzanie Alfamy jest zgubienie się w labiryncie jej schodów i ścieżek. Co prawda późniejsze „odnalezienie się” może okazać się męczące, bo dzielnica położona jest na zboczu wyjątkowo stromego wzgórza, niemniej warto jest się trochę pomęczyć. Dokładnie taką strategię — przyznam szczerze, że nieświadomie — obraliśmy my i nie żałujemy; dzięki temu trafiliśmy na widoki, których próżno szukać w przewodnikach.

Alfama.

Postaram się zatem ograniczyć moje wskazówki do minimum i wymienić tylko kilka miejsc wartych odwiedzenia. Jednym z nich na pewno będzie Miradouro das Portas do Sol. I w tym miejscu od razu uczulę was na słowo miradouro: jeśli podczas waszych eksploracji natkniecie się na mapie na tak nazwane miejsce — koniecznie przemyślcie odwiedzenie go. Miradouros to nic innego jak oficjalne punkty widokowe rozlokowane po całej Lizbonie i nie wymagające kupna żadnego biletu. Zazwyczaj (według naszych kalkulacji w 90% przypadków) oferują one świetne widoki, a już szczególnie te „alfamskie” są nad wyraz atrakcyjne. Z Miradouro das Portas do Sol rozciąga się piękny widok na rzekę Tag oraz położone bardziej na zachód dzielnice miasta; a jeśli zależy wam na bardziej fotogenicznej scenerii do zrobienia zdjęcia, to polecam położony dosłownie kilka kroków niżej Miradouro de Santa Luzia.

Ostatnim punktem orientacyjnym na mapie dzielnicy będzie katedra Sé de Lisboa. To tu w zasadzie kończy się Alfama a zaczyna Baixa — więc i ja skończę swój opis. Dodam tylko, że jedną z popularniejszych atrakcji Alfamy jest Castelo de São Jorge. My niestety nie mieliśmy czasu — a prawdopodobnie również i ochoty — by wybrać się na zamek Świętego Grzegorza, niemniej słyszeliśmy pozytywne opinie na jego temat, dlatego też poczułem się w obowiązku o nim wspomnieć.

Alfama.
Alfama.

Belém

 

Zwiedzanie Belém zaczęliśmy na stacji kolei podmiejskiej o tej samej nazwie i, klasycznie już w przypadku Lizbony, posuwaliśmy się na zachód. Jeśli i wy obierzecie taką trasę, już po dosłownie kilku krokach natkniecie się na legendarne wręcz miejsce: piekarnię Pasteis de Belém. To tam wypiekany jest specjał Belém, Lizbony i całej Portugalii, tutaj sprzedawany pod nazwą pasteis de belém, a w innych miejscach znany jako pasteis de nata. Są to babeczki z kruchego ciasta, podobnego w smaku do francuskiego, z budyniową masą w środku. Podobno te z piekarni Pasteis de Belém szczycą się mianem najlepszych na świecie, a oryginalna receptura według której są wypiekane, jest strzeżoną od lat tajemnicą.

Ja pokochałem pasteis de belém od pierwszego gryza; połączenie płynnego budyniu z kruchym ciastem szybko rozbudziło mojego wewnętrznego łakomczuszka i już po chwili żałowałem, że kupiliśmy sobie tylko po dwa. Co ciekawe, próbowaliśmy później pasteis de nata w kilku innych piekarniach i kawiarniach Lizbony oraz Porto i z ręką na sercu muszę przyznać: te z Belém bez wątpienia zasługują na swe miano — smakowały najlepiej.

Pasteis de Belém.

Po zaspokojeniu kulinarnych potrzeb, skierujcie swe kroki odrobinę dalej na zachód by rzucić okiem na Klasztor Hieronimitów. Zresztą, ciężko będzie go przeoczyć: jego imponujący gmach już z daleka rzuca się w oczy. Kolejną wartą zobaczenia budowlą, równie ciężką do przeoczenia, będzie znajdujący się nieopodal Pomnik Odkrywców. Monumentalna konstrukcja wzniesiona ku pamięci wielkich portugalskich eksploratorów to jeden z najbardziej znanych punktów lizbońskiego nabrzeża.

W ogóle spacer nabrzeżem na wysokości Belém jest dobrym pomysłem. Co chwila można natknąć się tu na coś ciekawego: a to 50 metrowy pomnik, a to urocza przystań z kilkoma zacumowanymi weń żaglóweczkami, a to niewielki park z kilkoma egzotycznymi drzewkami. Niemniej jednak przeważają ogromne budowle, i taka też zwieńczy nasz krótki spacer. Mowa o Torre de Belém, czyli zabytkowej wieży strażniczej, pochodzącej z XVI wieku. Wieża uchodzi za jedną z największych atrakcji Lizbony, co też potwierdzają ustawiające się do jej wejścia dłuuugie kolejki. My postanowiliśmy ograniczyć się do zobaczenia wieży jedynie z zewnątrz, więc długość kolejek niespecjalnie nas obeszła, niemniej wszystkim tym, którzy planują wejść do środka, radzę dobrze przemyśleć w jaki dzień tygodnia i o jakiej porze dnia chcą to zrobić.

Klasztor Hieronimitów.
Pomnik Odkrywców.

Spacer po Belém, jak i również po Lizbonie, zakończymy przy zachodzie słońce, spoglądając na jeden z najbardziej ikonicznych widoków w stolicy Portugalii. By to zrobić, musimy cofnąć się odrobinę w stronę centrum miasta; tak, by Most 25 Kwietnia móc oglądać w pełni okazałości. A wierzcie mi, jest na co popatrzeć. Zresztą, zobaczcie sami.

Most 25 kwietnia. Widok z Belém.

Drobna rada dla amatorów podróżniczej fotografii: jeśli zależy wam na trochę innym ujęciu Mostu, dobrym pomysłem będzie podróż na drugi brzeg Tagu. Prom do Almady, bo tak właśnie zwie się tamtejsza dzielnica, odpływa co pół godziny ze wspomnianej już w tekście stacji Cais do Sodre i kosztuje ok. 1,5 euro. Później wystarczy przejść się kawałek brzegiem, by znaleźć odpowiednie miejsce na rozstawienie sprzętu, i voilá!

Almada będzie też dobrym foto-punktem dla tych z was, którzy lubią robić zdjęcia w nocnej scenerii, gdyż oferuje ona świetny widok na centrum Lizbony.

Most 25 kwietnia. Widok z Almady.
Most 25 kwietnia i Aldonka.

Podsumowując …

 

A więc jak Lizbona poradziła sobie w starciu z moimi oczekiwaniami?

Muszę przyznać, że spodziewałem się czegoś zupełnie innego. Spodziewałem się ślicznego, wyjętego niczym z bajki miasta, z wypieszczonymi, pokrytymi kolorowymi azulejos budyneczkami. Spodziewałem się uroczych parków, przepysznych kamieniczek i wszechogarniającej słodyczy; takiej słodyczy, od której puchnie liczba obserwatorów na Instagramie, a zdjęcia zasypywane są czerwonymi serduszkami aż po brzegi kadru.

W rzeczywistości jest jeszcze lepiej.

W rzeczywistości jest jeszcze lepiej, gdyż ta „prawdziwa” Lizbona jest … autentyczna. Jest piękna, ale bywa też zaniedbana i brudna. Posiada mnóstwo uroczych parków i przepysznych kamieniczek, ale czasem natkniemy się na miejsca zapuszczone i śmierdzące moczem. (Serio, nie mam pojęcia, z czego to wynika, ale w Lizbonie dosyć często zdarzało nam się czuć w powietrzu zapach moczu; tak zauważalnie często). I to wszystko jest w porządku, gdyż są to jedynie pomniejsze części składowe budujące klimat miasta. Tym głównym składnikiem jest coś, o czym dotąd nie wspomniałem — ludzie.

Trudno jest ująć w słowa serdeczność i gościnność, z jaką spotkaliśmy się w Lizbonie. Każda osoba, z którą mieliśmy do czynienia w trakcie naszego krótkiego pobytu — czy to w kawiarni, czy zapytana o drogę na ulicy — okazywała nam szczerą i niewymuszoną życzliwość; każdy starał się jak mógł, abyśmy czuli się w ich mieście dobrze. W jednej z restauracji, którą upodobaliśmy sobie szczególnie, już podczas drugiej wizyty witani byliśmy jak rodzina: uściskami i pocałunkami w policzek.

Poza tym, Lizbona jest po prostu … cool. Życie toczy się tu własnym, raczej spokojnym rytmem. Nikt nikogo nie popędza; nikt niczego nie udaje. Ludzie zdają się i częściej uśmiechać, i bardziej skupiać na tych krótkich momentach w ciągu dnia, które warto celebrować: czy to będzie espresso tuż przed pracą w pobliskiej kawiarni, czy posiłek z rodziną, czy wieczorne wyjście ze znajomymi na miasto.

Ten nastrój, przy odrobinie dobrych chęci i próbie wczucia się w klimat, udziela się również osobom odwiedzającym Lizbonę. My sami, przyjeżdżając tu z wariacko zabieganego Madrytu, zwolniliśmy. Na miasto wychodziliśmy z tylko ogólnym planem tego, co chcemy danego dnia zrobić i zobaczyć. Spacerowaliśmy powolutku, starając się chłonąć widoki, zapachy i dźwięki. Jeśli chcieliśmy przysiąść i odpocząć chwilę — wybieraliśmy miejsce i siadaliśmy; jeśli naszła nas chęć na kawę i ciastko — znajdowaliśmy kawiarenkę i zajmowaliśmy stolik. Robiliśmy wyłącznie to, na co mieliśmy ochotę i niczym się nie przejmowaliśmy — a przy tym czuliśmy się świetnie.

I to ta kombinacja, połączenie życzliwości i serdeczności ludzi, autentycznego piękna miasta oraz jego wyluzowanego klimatu sprawiła, że już teraz wiem, iż to nie był mój ostatni raz w Lizbonie.

(A po cichu liczę, że po przeczytaniu tego tekstu nastąpi wasz pierwszy … lub kolejny).

 

Top 10 top-tips w temacie wyjazdu do Lizbony

 

1.| Koniecznie odwiedźcie najbardziej przyjazną restaurację na świecie! Restauracja, o której wspominam w podsumowaniu tekstu nosi nazwę Planeta dos Temperos i mieści się na ul. R. do Poço dos Negros 199. Zjecie w niej przepyszne ryby i skosztujecie tradycyjnych portugalskich potraw, a przy tym zapłacicie naprawdę niewiele. Głównym atutem restauracji jest jednak gościnność jej gospodarzy — nieczęsto zdarza się, by zostać obsypanym buziakami przez kucharkę tuż po wejściu do lokalu!

2.| Nie bójcie się portugalskiego! Albo jednak … Powiem tak: sądziłem, że jako osoba, która przez 3 lata studiów dość intensywnie uczyła się hiszpańskiego, będę w stanie choć trochę zrozumieć Portugalczyków. Nie rozumiałem nic a nic. Kompletnie. Nada. Na szczęście, mieszkańcy Portugalii nie boją się próbować porozumieć po angielsku — nawet gdy znają go słabo — jak to bywa w przypadku Hiszpanów.

3.| Zabierzcie ze sobą dobre obuwie. Moim zdaniem najlepiej sprawdzą się jakieś przewiewne, sportowe buty. Ja zabrałem ze sobą Vansy i to nie był najlepszy wybór — z racji wysokich temperatur i dużego wysiłku stopy pociły mi się w nich niemiłosiernie, a po całym dniu łażenia miałem ochotę włożyć je do lodówki i zostawić na noc. (Stopy, nie buty).

4.| Obowiązkowo spróbujcie pasteis de belém. Obowiązkowo w Pasteis de Belém. Jeśli miałbym polecić jeden przysmak, którego trzeba spróbować w Lizbonie, to byłyby to właśnie te babeczki! (W tym miejscu!).

5.| Jeśli szukacie taniego noclegu, to mogę polecić wam hostel Hospedaria Verde Esperança. Ale nie spodziewajcie się żadnych luksusów. Spodziewajcie się surowych, hostelowych warunków. I wiedzcie, że sformułowanie „wi-fi w obiekcie” niekoniecznie oznacza, że będziecie mogli cieszyć się Internetem w swoim pokoju. Owszem, hostel oferuje gościom dostęp do sieci bezprzewodowej, niemniej tylko w przeznaczonym do tego, specjalnym pomieszczeniu, zwanym leisure room’em. Na plus hostelu czystość, cena oraz lokalizacja.

6.| Jedźcie na plażę! Jak wspomniałem w tekście, całkiem niedaleko Lizbony można znaleźć kilka publicznych plaż. My wybraliśmy chyba tą najbliższą, w Carcavellos, jakieś 20 minut jazdy pociągiem od miasta. Plaża — jak to plaża; choć wyjątkowo czysta i zadbana. Koszt wypożyczenia jednego parasola i dwóch leżaków to 12,5 euro. No chyba, że lubicie smażyć się na słoneczku.

7.| Nie wystraszcie się, jeśli ktoś będzie próbował sprzedać wam narkotyki. Co prawda produkcja i handel narkotykami w Portugalii jest zakazany, niemniej posiadanie na własny użytek — już nie. Nam kilkakrotnie proponowano marihuanę i mocniejsze używki, jednak panowie nigdy nie byli zbyt nachalni: wystarczyło odmówić lub po prostu iść dalej.

8.| Jeśli krucho u was z pieniędzmi, idźcie na obiad do Mini Preço. Tak naprawdę obiadu tam nie zjecie, bo Mini Preço to sklep spożywczy, jednakże w jego ofercie można również znaleźć gotowe, przygotowywane na miejscu gorące posiłki, takie jak ryż, sałatki czy różnego rodzaju mięsa. Nam dzięki Preço udało się zaoszczędzić na kilku obiadach na mieście. A jedzenie też mają niczego sobie.

9.| Nie zdziwcie się, jeśli tramwaj nie zatrzyma się, żeby zabrać was z przystanku. Te wszystkie urocze wagoniki jeżdżące po Lizbonie mają jedną, zasadniczą wadę: są małe. Do środka zmieści się więc mocno ograniczona liczba osób. Natomiast jeśli tramwaj jest już pełny, kierowca co prawda zatrzyma się na przystanku, by wysadzić opuszczających pojazd pasażerów, jednak tym oczekującym macha surowo paluszkiem zakazując wejścia. Nam udało się wejść do tramwaju jako ostatni i zaobserwować całą sytuację.

10.| Jeśli chcecie kupić sobie piwko lub winko na wieczór, pamiętajcie, że po 22 w sklepie alkoholu nie dostaniecie. W Lizbonie obowiązuje zakaz handlu alkoholem po godzinie 22 i napić się będziecie mogli wyłącznie w lokalach gastronomicznych lub barach.

 

Tchau, Lisboa!

___

Autorem zdjęcia w nagłówku jest pragmart | źródło: UnSplash.com.

Pozostałe zdjęcia są mojego autorstwa.