"Lunatycy" - recenzja

Prawdopodobnie jedyna negatywna recenzja „Lunatyków”, jaką znajdziesz w sieci.

Słyszeliście kiedyś o StayFly?

Zgodnie z jego własną dewizą, to „blog o życiu w mieście”; dla mnie zaś to jeden z pierwszych blogów, które zacząłem czytać, i jeden z nielicznych (spośród tych pierwszych), które czytam do tej pory. Dlaczego? Nie tyle chodzi tu o poruszaną tematykę czy same treści - to na StayFly jest kwestią drugorzędną. Liczy się sposób, w jaki autor te treści przekazuje; a robi to z wyrazistym i rozpoznawalnym stylem, którego nie da się podrobić. W zalewie blogów-klonów, których nadrzędną funkcją jest właśnie maszynowe dostarczanie «wartościowych» treści, taki blog «do czytania» to prawdziwa rzadkość. Właśnie dlatego StayFly znalazł miejsce w moim serduszku.

Kiedy więc usłyszałem, że autor tegoż bloga - nie wymieniony jak dotąd z imienia i nazwiska Jan Favre - wydaje swoją książkę, długo się nie zastanawiałem i jak tylko ukazała się w przedsprzedaży, zamówiłem ją.

Zamówiłem po części z sympatii do bloga, a po części dlatego, żeśmy z Jankiem (o ile wolno mi przejść na «ty») «koledzy po fachu» - a kolegów się wspiera. I wsparcie bezwzględnie się należy, bo „Lunatykami” Janek przeciera szlak przyszłym pokoleniom blogerów (w tym także i - fingers crossed! - mnie), którzy piszą «dla czytania» i kiedyś, w lepszych czasach, chcieliby wydrukować swoje słowa na papierze. Nie chodzi tu o sam fakt napisania książki i wydania jej własnym sumptem; książek napisanych przez blogerów/youtuberów wyszło już przecież sporo. Warte odnotowania jest, iż „Lunatycy” to bodajże pierwsza powieść napisana przez osobę «z Internetu». I już za to należą się Jankowi słowa uznania.

Janku - szacun!

 

 

Czekając na przesyłkę byłem już mocno podjarany, a po przeczytaniu tego wpisu mój poziom ekscytacji powieścią osiągnął niezdrowy pułap. Pomyślałem sobie: „Kurza twarz! Gościu naprawdę wie, co robi!”. Janek kupił mnie tym postem, i to kupił totalnie; tak, jak kupuje się mieszkanie w kredycie czy spodnie w odzieżowym - na własność. Zgodnie z zapowiedziami, oczekiwałem czegoś zupełnie innego niż to, co dotąd pojawiało się na blogu. Spodziewałem się powiewu świeżości i Janka w wydaniu, jakiego wcześniej nie znałem. Spodziewałem się kawałka solidnie napisanej prozy.

Niestety - zawiodłem się.

Nie wiem, czy to przez wygórowane oczekiwania, czy przez to, że ostatnio sięgam po bardziej ambitne lektury, w obliczu których niejeden debiutant wypadłby słabo. A może, najzwyczajniej w świecie, „Lunatycy” to nie moja bajka. Nie wiem.

Po co zatem piszę tą recenzję? Z czystej chęci wyrażenia opinii i puszczenia jej w świat. Nie chcę hejtować ani nikogo obrażać; nie piszę też w jakimś konkretnym celu. Chcę jedynie przekazać swoje zdanie, przy jednoczesnym zachowaniu szacunku do autora. Jestem również ciekaw, co o „Lunatykach” myślą inni, więc jeśli przeczytałaś/przeczytałeś książkę i chciałbyś przytaknąć mojej opinii lub kompletnie się z nią nie zgodzić - zapraszam do kulturalnej dyskusji w komentarzach :)

Peace!

 

PO PIERWSZE - HISTORIA/FABUŁA

 

Ta w „Lunatykach” podobała mi się najbardziej.

W skrócie: książka opowiada o młodym chłopaku zakochanym w hip-hopie, który marzy by pewnego dnia żyć z muzyki; i udaje mu się to. Dużo wcześniej i bardziej gwałtownie niż przypuszczał, przy czym sukces zastaje chłopaka kompletnie nań nieprzygotowanego. Powieść jest bardzo mroczna, przewijają się w niej wątki patologicznych blokowisk i trudnej młodzieży, a świat przedstawiony malowany jest odcieniem najczarniejszym z możliwych. Jakikolwiek promyk nadziei natychmiast przysłaniany jest lawiną nieszczęść, a optymizm w świecie głównego bohatera jest konceptem czysto teoretycznym.

Powieść jest też bardzo na czasie: zarówno, jeśli chodzi o fabułę, jak i warstwę językową. Opowiada o sukcesie w Internecie, a narracja prowadzona jest z punktu widzenia ucznia liceum ogólnokształcącego. Dodajcie do tego fakt, że historia jest mocno zakorzeniona w kulturze hiphopowej, a wyjdzie wam językowa mieszanka wybuchowa. Serio, ja sam nieraz poczułem się jak stary pryk, bo połowy wyrażeń z tego «młodzieżowego» slangu kompletnie nie rozumiałem.

Ehh, starość …

Uważam, że „Lunatycy” to ciekawa i sprawnie opowiedziana historia. Trzyma w napięciu, a fabuła nie jest ciągiem przypadkowych zdarzeń, tylko umiejętnie poprowadzoną narracją. Nic nie dzieje się bez powodu, chociaż znalazłoby się kilka pomniejszych wątków, które zaszczepione gdzieś w toku opowiadania prowadzą donikąd. Ale to szczegół. Szczególik.

Jeśli chodzi o samą historią, pozwolę sobie wspomnieć o jednej rzeczy, która budzi moje zastrzeżenia. Chodzi o finał powieści. Spokojnie! Nie zamierzam go tu teraz zdradzać; możesz czytać dalej :) No więc powieść reklamowana jest jako ukazująca tą ciemną stronę sukcesu, czy też „sukces, na który nie jest się gotowym”. I rzeczywiście tak jest: bohater z dnia na dzień staje się rozpoznawalny i trochę go to przytłacza, w związku z czym pakuje się w masę kłopotów i popełnia jeszcze więcej głupstw. Tyle że sam koniec jest zupełnie o czymś innym. To nie nieoczekiwany sukces powoduje, że bohater robi na końcu to, co robi. Z tym «sukcesem» udaje mu się jakoś ogarnąć i w końcu spełnia swoje marzenia. Finał powieści poświęcony jest zupełnie innemu wątkowi, który co prawda przewija się wcześniej w powieści, ale z głównym motywem fabularnym zbyt wiele wspólnego nie ma.

Trochę nie rozumiem.

 

PO DRUGIE - STYL

 

To moje główne zastrzeżenie. Mam na myśli sposób, w jaki powieść jest napisana.

Może was to trochę zdziwić; zwłaszcza że we wstępie napisałem, iż to styl pisania jest głównym powodem, dla którego czytam Janka blog. Przyznam szczerze: ja sam byłem zdziwiony.

 

 

Widzicie, StayFly pisany jest konkretnym, wyrazistym stylem. W dużej mierze polega on na barwnych porównaniach i gęstych, obrazowych opisach sytuacji, przy wykorzystaniu zdań wielokrotnie złożonych. Janek potrafi też budować napięcie i zaskoczyć puentą. Za to go lubię. I o ile w przypadku wpisu na bloga taki styl sprawdza się znakomicie, bo z reguły wpisy nie są dłuższe niż 6000 znaków, tak w przypadku książki taka estetyka jest bardzo męcząca. Wyobraźc sobie czytanie tekstu, który w głównej mierze składa się ze zdań wielokrotnie złożonych, długich na pięć, siedem linijek. Przebrnięcie przez jedno takie zdanie z kilkoma zdaniami podrzędnymi to już nie lada wyczyn. Przy piątym z kolei, po dwóch przecinkach gubisz podmiot i już sam nie wiesz, co czytasz. W „Lunatykach” taka sytuacja zdarza się bardzo często. Zdania wloką się w nieskończoność, długie i skomplikowane, a ty co raz potykasz się o takie rozwleczone frazy i gubisz rytm. Niejednokrotnie łapałem się na tym, że czytałem jedno zdanie po kilka razy, żeby zrozumieć, do kogo się odnosi i o czym w ogóle jest.

Jeśli mogę coś zasugerować autorowi - Janku, więcej kropek!

Kolejną kwestią są przekleństwa. A dokładniej to ich nadmiar. Dla mnie kwestia przekleństw w tekście pisanym jest bardzo prosta: im częściej ich używasz, tym słabsza ich siła rażenia. Jeśli w książce w co piątym zdaniu pada „kurwa”, to już w drugim rozdziale tej „kurwy” w ogóle nie zauważasz. Traktujesz ją jak znak przestankowy. Totalnie traci ona swoją moc i już nie wzbudza ona w czytelniku żadnych emocji. W „Lunatykach” przekleństw jest bardzo, baaardzo dużo. „Od chuja!”, jak zapewne powiedziałby główny bohater. I tu nawet nie chodzi o dialogi. Rozumiem taki «zabieg stylistyczny» w dialogach, bo być w ten sposób autor chce wiernie oddać język uczniów liceum czy tam członków subkultury hiphopowej. Problemem jest to, że u Janka to narrator najczęściej sypie «kurwami» na lewo i prawo. Nierzadko zupełnie niepotrzebnie i stanowczo zbyt obficie.

Zdarzają się też momenty, kiedy autor skacze stylistycznie od literatury poważnej do «młodzieżowego» slangu w obrębie jednego akapitu. W pamięć szczególnie zapadły mi momenty zbliżeń intymnych między głównym bohaterem a jego dziewczyną. W jednym takim fragmencie, autor buduje napięcie seksualne między dwójką postaci przez kilka zdań akapitu, po czym w jego połowie, gdy bohater nie może poradzić sobie z rozpięciem stanika, burzy je soczystą serią bluzgów. Napięcie ulatnia się, autor dalej ciągnie scenę, ale po takim wtrąceniu przypomina to raczej tanie romansidło dla podstarzałych dewotek.

Te wahania stylistyczne zdarzają się książce dosyć często. Jakby autor nie potrafił zdecydować się, czy w danym momencie chce nas rozbawić, zasmucić, czy też wycisnąć z nas łzy. Nierzadko dzieje się tak, kiedy Janek w pół zdania wtrąca jakieś porównanie zupełnie od czapy, burząc tym samym nastrój danego fragmentu. Niekonsekwencja stylistyczna jest według mnie największą bolączką „Lunatyków”. A szkoda, bo im dalej w powieść, tym jej język staje się ciekawszy, wprawniejszy, i czyta się lepiej.

Szkoda.

 

PO TRZECIE: CZY LECI Z NAMI PANI KOREKTOR?

 

Pytam poważnie, bo w książce jest tyle błędów gramatycznych, literówek, i innych niedociągnięć, że aż nie wypada mi o nich nie wspomnieć. W pewnym momencie zacząłem je podkreślać i zaznaczać, i wyszło mi tego naprawdę sporo. Z informacji na stronie redakcyjnej wynika, że była i korekta, i redakcja, więc już nie wiem. Chyba coś w druku musiało pójść nie tak :)

 

 

Przyczepię się również do layoutu tekstu książki. Nie wiem, czy to zabieg mający na celu obniżenie kosztów druku, czy może jakaś nowa moda, ale gdy czytam książkę i nowy rozdział zaczyna się w niej na «lewej» stronie - nie wiem, dla mnie to wygląda po prostu dziwacznie. Nazwijcie mnie książkowym purystą, ale uważam, że nowy rozdział powinien zaczynać się na «prawej» stronie. Jeśli chodziło o zaoszczędzenie pieniędzy - to ja to rozumiem; zwłaszcza że, jak wspomniałem, Janek wydał książkę na własny koszt, więc w skali całego nakładu taki zabieg to musiała być spora oszczędność. Jeśli jednak chodziło tu o uatrakcyjnienie wyglądu książki lub cokolwiek innego, to ja takim zabiegom mówię stanowcze: NIE.

I jeszcze jeden szczególik, szczególiczek: zauważyłem, że kiedy książka leży «płasko», stroną tytułową do góry, to napis na jej grzbiecie jest … do góry nogami. Sprawdziłem wszystkie książki, jakie miałem w domu, i każda z nich, jeśli położyć ją płasko, stroną tytułową ku górze, napis na grzbiecie ma w poprawnej orientacji. (?)

Oczywiście te rzeczy, może poza błędami językowymi, nie mają żadnego wpływu na odbiór książki. Czepiam się :) Taki już jestem.

 

PODSUMOWUJĄC

 

Uważam, że w historii „Lunatyków” drzemie spory potencjał. To bardzo interesująca, a zarazem ponura i mroczna opowieść nie tylko o dążeniu do własnych marzeń, ale również o tym, co dzieje się, gdy te marzenia się spełniają; spełniają za szybko, zbyt gwałtownie i zupełnie nie w taki sposób, w jaki to sobie wyobrażaliśmy.

Niestety, potencjał ten, w mojej opinii oczywiście, zmarnowany jest przez styl w jakim książka została napisana. Zmorą powieści są rozwlekłe zdania, które utrudniają czytanie i wytrącają z rytmu. Nie podobały mi się również zbyt częste wulgaryzmy i stylistyczne rozchwianie. Można odnieść wrażenie, że z jednej strony Janek chce zadowolić czytelników bloga, których przyzwyczaił do konkretnego stylu, a z drugiej napisać coś innego, świeżego. I nad tym ubolewam najbardziej, bo to „inne” i „świeże” brzmiało cholernie dobrze. Szkoda.

Jankowi udzielam jednak kredytu zaufania i własne niezadowolenie zrzucam na karb jego debiutanctwa. Mimo wszystko, czekam na więcej.

 

———

 

Powieść „Lunatycy” nie trafiła w moje literackie gusta. Nie oznacza to jednak, że nie trafi w twoje. Ostatnie, czego bym chciał, to zniechęcić kogokolwiek do czytania. Jeśli więc powieść przykuła twoją uwagę, to gorąco zachęcam cię, abyś po nią sięgnął i wyrobił sobie na jej temat własne zdanie.

Czytanie jest fajne. Warto czytać.

A jeśli „Lunatyków” masz już za sobą, to chętnie wysłucham twojej opinii i podyskutuję w komentarzach :)