Mój pierwszy raz w Tatrach!

Czas czytania
10 minut
Czyli jak w jeden dzień przeszedłem 30 km po górach i nie umarłem z wycieńczenia.
W III aktach.

Akt I. Podejście.

 

Początek, jak przystało na rozpoczęcie tego typu historii, nie zwiastował niczego nadzwyczajnego.

Pobudka o 5 rano, szybka toaleta, ubranie się i spakowanie plecaków. Później spacerek na znajdujący się nieopodal przystanek, złapanie autobusu do Zakopanego, a stamtąd podróż pseudo-taksówką do Kuźnic. O 6:20 mamy już bilety wstępu w kieszeniach i rozpoczynamy podejście do pierwszego punktu naszej dzisiejszej wyprawy — schroniska Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego „Murowaniec”.

Piszę „my”, gdyż wyprawę, której nieomal nie przypłaciłem życiem — albo chociaż trwałym uszczerbkiem na zdrowiu, zwłaszcza psychicznym — przyszło mi realizować w doborowym towarzystwie mej partnerki (znanej szerszej publiczności jako Aldonka), brata mego, oraz żony brata mego. Na całą czwórkę, nomen omen, dokładnie 0 osób mogło na ten moment popisać się skromnym chociażby doświadczeniem w wędrówkach górskich, że o znajomości tatrzańskich szlaków z przyzwoitości nie wspomnę. Nie zraziło nas to jednak zupełnie. Jeśli już, to podbudowało morale, gdyż każde z nas chciało to doświadczenie wzbogacić, a zapału dodawał fakt, że w tylko jeden dzień podczas całego weekendu — w sobotę — mogliśmy liczyć na sprzyjającą pogodę.

I oto jesteśmy.

Idziemy.

Idziemy i idziemy, no i kurde jest pięknie! Z lewa strumyczek grzmiący to głośniej, to ciszej, daje o sobie znać pluskotem wody; z prawa jodełki i insza roślinność właściwa temu piętru górskiemu; pod butami przyjemny chrzęst kamieni, a na twarzy delikatne ciepło wschodzącego słońca. No, kurde, pięknie!

Idziemy.

Do „Murowańca” dochodzimy chwilę po 8. Dwie godziny sprawnego marszu rozgrzały mięśnie i wyczyściły żołądki, więc posilamy się przygotowanymi rano kanapkami, popijając kawę z termosu. Jesteśmy jednymi z nielicznych gości schroniska; oprócz nas na zewnątrz siedzi może czworo innych turystów. Po niespełna pół godziny odpoczynku wracamy na szlak i kierujemy kroki w stronę kolejnego punktu wyprawy - w stronę Czarnego Stawu.

Idziemy.

No i niby znowu jest pięknie — jodełki i te sprawy — ale jakby trochę bardziej … no nie wiem … biało, czy coś? W sensie … No, idziemy po śniegu. Co trochę nie zgrywa mi się ze wskazaniami kalendarza, w którym jak byk stoi, że dziś 25 dzień maja. Śniegu raz jest trochę więcej, raz mniej, nie mniej to on stanowi teraz główny składnik podłoża. I nie skłamię jeśli powiem, że leży go dużo więcej niż przez całą zimę widziałem w Poznaniu. Ale dobra, rozumiem; jesteśmy w górach. W górach śnieg leży dłużej niż, dajmy na to, w Wielkopolsce. Spoko-loko.

Marsz nad Czarny Staw  mimo coraz większej w miarę posuwania się naprzód ilości śniegu — nie nastręcza nam dużych problemów. Na miejscu jesteśmy punktualnie o 10 (choć punktualność nie jest w górach jakoś specjalnie nagradzana).

Sam staw, w tym momencie tylko z definicji zbiornik wodny, przykryty jest grubą warstwą — a jakże! — śniegu spoczywającego na jego zamarzniętej powierzchni. To właśnie spod brzegów „Czarnego” rozchodzą się ścieżki prowadzące na okoliczne szczyty; w tym i szlak, którym chcemy podążyć my. Problem w tym, że na ten moment w zasadzie nie widać żadnego szlaku; ani naszego, ani jakiegokolwiek innego. Piętrzące się przed nami górskie wierzchołki niemal w całości pokrywa biała otulina, a ich stromizna wystawia naszą odwagę (zdrowy rozsądek?) na ciężką próbę.

Kurde.

Świnica, 2301m

Akt II. Szczyt. (Ale nie ten, o który chodziło).

 

Celem wspinaczkowym dzisiejszego dnia była Świnica — trzeci co do wysokości z leżących po polskiej stronie szczyt Tatr. I nieprzypadkowo wcześniejsze zdanie zapisałem w czasie przeszłym, gdyż cel ten — biorąc pod uwagę warunki pogodowe i nasze przygotowanie — stanowiłby wyzwanie nie tyle trudne, co lekkomyślne, a może i nawet niemożliwe do zrealizowania. Idąc więc w myśl zasady „zadowolony turysta, to żywy turysta”, uznaliśmy zgodnie, że „nie ma kurwa opcji” i Świnica musi poczekać.

Tak na marginesie, Świnica nie wydawała się tym faktem wielce zasmucona.

(Może dlatego, że dla rozluźnienia atmosfery podśpiewywałem towarzyszom u jej podnóża: „gdy widzę Świnicę to kwicę”?).

Z racji tego, że o wejściu ani na Świnicę, ani na żaden inny z okolicznych wierzchołków nie może być mowy, nasz plan wymaga stanowczego zrewidowania. Po krótkiej naradzie z pomocą mapy wyłania się nowy cel: Kasprowy Wierch. Postrach przedszkoli, emerytów i rencistów. Szczyt tak popularny, że wybudowano prowadzącą nań kolejkę linową. Nawet w jednej-setnej nie tak majestatyczny i łechtający ego wspinacza, jak Świnica, ale w naszej sytuacji: jedyny w zasięgu rąk (a raczej nóg). Otarłszy łzy i przełknąwszy gorzką pigułkę porażki, nie tracąc więcej czasu ruszamy przed siebie. A raczej za siebie, bo by wdrapać się na Kasprowy, musimy wrócić z powrotem aż do Murowańca.

Idziemy.

Powrót do schroniska przebiega szybko i sprawnie, jako że ledwie chwilę temu szliśmy tą trasą w odwrotnym kierunku. Do Murowańca zachodzimy tylko na szybkie siku i już po chwili jesteśmy na szlaku na Kasprowy. Przed nami długa droga w górę, a kolorystyka terenu, przez który prowadzi ścieżka, niebezpiecznie przywodzi na myśl skandynawski minimalizm.

Idziemy … po śniegu!

I to po nie byle jakim śniegu, bo z trwogą orientuję się, że szlak na którym jesteśmy, przecina teraz … stok narciarski. Czynny stok narciarski. Narciarzy co prawda nie widać, ale śniegu jest tak dużo, że buty ześlizgują się nam co chwila lub zapadają, czasem nawet po kolana. Na domiar złego nachylenie terenu sprawia, że chyba łatwiej byłoby się poruszać na czworaka. Jest stromo, ślisko, a do tego słońce odbijające się od pokrywy śnieżnej powoli wypala nam gałki oczne (na co komu okulary przeciwsłoneczne w górach!).

Jest też pięknie, bo za naszymi plecami, w pełnej krasie, rozciąga się przeurocza Hala Gąsienicowa. Ale nie w głowach nam teraz estetyczne uniesienia! Walczymy o każdy stabilny krok, o każdy oddech, z mozołem posuwając się naprzód, w górę.

Idziemy,

i-dzie-my,

i d z i e m y.

W r e s z c i e docieramy na szczyt.

(oddech).

Na górze wita nas wesoły gwar turystów w ubraniach sugerujących raczej wakacje w nadmorskim kurorcie, aniżeli w Zakopanem, krzyk dzieci domagających się tableta, oraz cyfrowy trzask migawek aparatów telefonicznych, uwieczniających tryumfatorskie momenty zdobycia jednego z najpopularniejszych szczytów kraju. Osiągnięcie godne wytrawnego taternika — pokonać 30 metrów dzielących przystanek kolejki od wierzchołka.

Na górze jest tak gwarno i wesoło, że nie zrobiwszy ANI JEDNEGO SELFIE, decydujemy się stamtąd uciekać. Omijając madki z rozwrzeszczanymi Bąbelkami w wózkach, pijanych menadżerów ze stolycy i rozentuzjazmowanych Słowaków wymachujących selfie-stickami, schodzimy nieco niżej i rozbijamy mały obóz z widokiem na Tatry Zachodnie.

No i znowu, kurde, jest pięknie.

Akt III. Zejście.

 

Jest pięknie, ale czas goni nieubłaganie i trzeba zadecydować, którędy zejdziemy.

Nie żeby była to trudna do podjęcia decyzja: zgodnie uznajemy, że zejście tą samą drogą nie wchodzi w rachubę (jako że już raz nią dziś szliśmy; poza tym nie mamy nart), a na kolejkę nie pozwala nam sumienie, co doprowadza nas do opcji numer 3 — trasa przez Czerwone Wierchy i Halę Kondratową. Trasa ta, jak podają dostępne w chwili obecnej źródła, jest tylko nieznacznie dłuższa od tej pokonanej przez nas w trakcie podejścia, a ponadto obfituje w spektakularne widoki.

Jeszcze tego samego dnia przekonujemy się, że jedna z tych informacji nie jest prawdziwa.

Nieświadomi czekających nas mąk piekielnych, wybieramy opcję numer 3. Z ociąganiem zwijamy obóz i dopijając resztki kawy z termosu, wchodzimy z powrotem na szlak. Jest godzina 14:20. Maszerujemy już od niemal 8 godzin.

Droga naprawdę jest spektakularna. Idziemy dość wąską granią, a po prawej i lewej stronie rozciągają się przepiękne doliny, w których zieleń wiosny toczy walkę z surowym krajobrazem ustępującej niechętnie zimy. W pewnym momencie ścieżka oplata jeden ze szczytów od nasłonecznionej strony, co jednocześnie daje nam schronienie przed podmuchami wiatru. To chyba najpiękniejszy moment całego trekkingu; nogi, choć zmęczone długim marszem, ochoczo rwą do przodu.

Idziemy.

Idziemy.

Idziemy.

Dotarcie na szczyt Kopy Kondrackiej wyznacza kolejny etap naszej wędrówki. Droga od Kasprowego wiodła przez kilka wzniesień i szczytów, co porządnie nadwyrężyło nasze siły. Jesteśmy już bardzo zmęczeni, a przed nami wciąż kilka godzin marszu. Pocieszamy się myślą, że „teraz to już tylko z górki”, choć, jak przyjdzie nam się niedługo przekonać, marne to pocieszenie. Widoki powoli przestają rekompensować wysiłek.

Schodzimy.

Zanim na dobre zejdziemy w nieckę Hali Kondratowej, zatrzymujemy się jeszcze na przełęczy między Kopą a Giewontem, chcąc zaczerpnąć tchu przed ostatnim etapem wędrówki. Zbliża się godzina 17; na szlaku jesteśmy niemal sami, co, biorąc pod uwagę dość późną porę, wydaje się logiczne. Drogowskaz na Kuźnice informuje, że do miejscowości powinniśmy dojść w 3 godziny. Ufając jego wskazaniom, zarzucamy plecaki na grzbiety i ruszamy.

Schodzimy,

scho-dzi-my,

s c h o d z i m y.

Podobno (ale jednak wcale nie) ludzie w górach dzielą się na tych, co wolą pod górkę, i takich, co preferują z górki. Ciężko jest mi przypisać się do którejkolwiek z grup — zwłaszcza że żadna nie bierze pod uwagę chodzenia po terenie płaskim — nie mniej w tym momencie schodzenie plasuje się na szarym końcu rzeczy, które chcę robić w życiu. Schodzimy już od dobrych 2 godzin i jestem przekonany, że komisja gier i zakładów spokojnie pozwoliłaby mi odhaczyć tą aktywność z listy rzeczy do zrobienia w górach.

Z tej samej listy mógłbym też odhaczyć punkt zatytułowany „odciski na stopach”, gdyż tych nabawiłem się już kilka godzin temu. Rzecz w tym, że moje nowo zakupione specjalistyczne obuwie trekkingowe włoskiej marki (ale robione w Rumunii) postanowiło, wbrew zapewnieniom producenta, dopasować kształt mojej stopy do kształtu wyściółki buta, a nie na odwrót. A jak już przy listach i odhaczaniu jesteśmy, to wykreślam jeszcze „przepocić ubrania”, „nabawić się oparzeń słonecznych”, oraz „nie mieć wody”.

Dalsza wędrówka to festiwal cierpienia, przepełnionych bólem westchnień i cichych „kurwa, daleko jeszcze?”. Mijane drogowskazy zdają się z nas szydzić: jeden twierdzi, że do Kuźnic jeszcze tylko 1,45h, a kolejny, półtorej godziny później, pokazuje, że 1,15h. Nogi rwą nadal, ale już nie do przodu i zdecydowanie nie ochoczo. Wręcz przeciwnie: każdy krok to walka o dostarczenie impulsu z mózgu do odpowiedniej kończyny. Natura dawno przestała zachwycać, a podstępnie śliskie kamienie wytrącają z równowagi — tej fizycznej i emocjonalnej.

Schodzimy.

.

..

W Kuźnicach jesteśmy o 20, co równa się niemal 14 godzinom spędzonym na szlaku. Jedyne, czego chcemy, to przestać już iść. Chcemy usiąść lub położyć się, i zostać w tej pozycji przez bliżej nieokreślony czas. Jesteśmy w y c z e r p a n i, a słowo to, po doświadczeniach dzisiejszego dnia, nabiera dla mnie nowego wymiaru.

Jeśli ktoś zapytałby mnie, co robić w Tatrach mając tylko jeden dzień, zdecydowanie odradziłbym mu przejście 30 km po górskich szlakach — co, przy okazji, wiąże się ze spaleniem ponad 6500 kalorii (dzięki, endomondo). Nie żebyśmy sami planowali coś podobnego; w sumie to tak wyszło. Nie mniej będąc na miejscu tej osoby, ze wszystkich sił starałbym się dopilnować, żeby tego nie powtórzyć.

 

Epilog

 

Z mozołem doczłapujemy do postoju taksówek i łapiemy kurs do Zakopanego. Prosimy kierowcę, żeby wysadził nas w okolicach dworca autobusowego; musimy jeszcze dojechać do Kościeliska, gdzie znajduje się nasz hotel. Dopiero w Zakopcu zdajemy sobie sprawę, że jest godzina 21, co oznacza, że większość regularnych linii przestała już kursować.

Sprawdzamy więc ubera, taxifaja i tym podobne, ale usługi te zdają się w Zakopanem nie działać. Taksówek w zasięgu wzroku — brak. Człapiemy więc na dworzec i sprawdzamy, czy uda nam się jednak złapać jakiś autobus. Jest. Za 15 minut. Co prawda nazwa przystanku niewiele nam mówi, ale uznajmy, że skoro w nazwie widnieje „Kościelisko”, to dobra nasza. Najwyżej przejdziemy te kilka metrów do hotelu — nogi i tak mamy już zmasakrowane, co nam zależy.

Kupując bilety w autobusie dopytujemy jeszcze kierowcy, czy na pewno zatrzymuje się w Kościelisku, a po uzyskaniu odpowiedzi twierdzącej zajmujemy miejsca.

Jedziemy.

Wysiadamy jakieś 20 minut później. Znajomych punktów w zasięgu wzroku — brak. Wklepujemy adres hotelu w google mapsie i sprawdzamy, ile zostało nam do przejścia.

Zaraz, zaraz … Ile!?

Jakie, kurwa, 3.5 kilometra!?!?!?

 

___

Zdjęcie w nałgówku: Kalen Emsley z zasobów UnSplash