Mój prywatny Woodstock

Czas czytania
około 8 minut
Byłem, zobaczyłem, wróciłem. Bawiłem się świetnie i nic złego mi się nie stało.

Jechać, czy nie jechać.

Przez blisko dwa tygodnie poprzedzające tegoroczny Pol’and’Rock Festival zadawałem sobie to pytanie. Część mnie — ta z małymi różkami i ogonkiem zakończonym ostrym szpicem — krzyczała ”jechać!”. Bo, w gruncie rzeczy, bardzo chciałem jechać; chciałem pobujać się przy muzyce, poprzebywać z ludźmi, napić się piwka i posłuchać kogoś, kto ma coś ciekawego do powiedzenia. Na miejscu czekaliby już znajomi i rodzina, która zadbałaby o to, żebym miał gdzie spać. Wystarczyło spakować ciuchy i te bardziej potrzebne rzeczy, zatankować samochód i jechać.

Mniej więcej wtedy do głosu dochodziła ta druga część — ta w białej kiecce i ze skrzydełkami na plecach. To ona, mówiąc spokojnym i rzeczowym tonem, podpowiadała: ”nie jechać”. Bo przecież trzeba będzie wziąć wolne w pracy, wyjąć trochę pieniążków ze skarbonki z napisem „Wakacje — NIE RUSZAĆ!!1!”, a z tym samochodem to też nie taka prosta sprawa. Dwudziestoletnie auta, zwłaszcza te francuskie, potrafią zaskoczyć awarią nawet w podróży do osiedlowego sklepu po bułki.

No to jechać, czy nie jechać?

Rozstrzygającym głosem w tej zaciekłej debacie okazał się być … mój brat.  W trakcie jego odwiedzin w Poznaniu na tydzień przed festiwalem, wyjawiłem mu swoje rozterki, na co on spojrzał na mnie z politowaniem i stwierdził: „nie pierdol”. A później dodał: „albo chcesz jechać, albo nie chcesz”. Zrozumiałem wtedy, że w dokładnie ten sam sposób powinien podejmować decyzję każdy, kto rozważa wyjazd na Woodstock.

Albo chcesz jechać, albo nie chcesz.

Ja chciałem.

I pojechałem.

 

KONTEKST

 

Moja historia wyjazdów na Woodstock sięga 2003 roku — właśnie wtedy był mój „pierwszy raz”. Miałem 10 lat i nie miałem pojęcia w co się pakuję. Z imprezy pamiętam tylko porośnięte trawą pole namiotowe, na którym tato zaparkował samochód, wszechobecny hałas oraz to, że już następnego dnia musieliśmy wracać do domu, bo jeden z moich braci dostał reakcji alergicznej po kontakcie ze skórką pomarańczy i cały spuchł. Po powrocie rodzice uznali, że tego typu wydarzenia nie są najlepszym miejscem dla 10 letnich chłopców i uznali zgodnie, że muszę trochę podrosnąć.

Kolejny raz pojechałem w roku 2006.

Słynny woodstockowy "grzybek".

Nie bardzo wiem, dlaczego chciałem jechać; pewnie chodziło o sam fakt uczestniczenia w czymś, co robią dorośli. Musiałem długo namawiać rodziców, żeby mnie ze sobą zabrali, ale wreszcie się zgodzili. Pod jednym warunkiem: mam nie marudzić. Już drugiego dnia imprezy zacząłem narzekać, że jest za gorąco, od chodzenia bolą mnie nogi i w ogóle to chce wracać do domu. Rodzice byli strasznie źli i zapowiedzieli, że na wyjazd w przyszłym roku nie mam co liczyć. Słowa dotrzymali.

Pojechałem dopiero w 2008 roku.

Był to bodajże pierwszy raz, gdy na Przystanek jechałem Woodstockowym Autobusem. Na pomysł organizowania autobusowych wyjazdów na Woodstock wpadł … mój tato. Jako, że posiada on stosowną kategorię prawa jazdy, a także dojścia do tego, by wypożyczyć autobus, któregoś roku postanowił spróbować. Na początku jeździł dosyć małym autobusem i zabierał głównie znajomych. Z roku na rok jednak wieść o woodstockowym autobusie się roznosiła, a chętnych przybywało. W szczytowym okresie jeździliśmy wielkim autobusem turystycznym, zabierając ze sobą ok. 50 osób z różnych zakątków Polski. Sam autobus natomiast służył na polu namiotowym jako azymut dla wielu wracających do namiotu woodstockowiczów.

XIV Przystanek Woodstock, właśnie ten z 2008 roku, był dla mnie przełomowy. Dopiero wtedy zrozumiałem, dlaczego chcę tam jeździć; dlaczego chcę w nim uczestniczyć. Chodzi o wolność i różnorodność. Wolność rozumianą jako możliwość przeżycia tych trzech dni w dokładnie taki sposób, jaki zapragnę. Wolność przyprawiona mnóstwem muzyki i niezwykłą atmosferą, tworzoną przez przyjaźnie nastawionych, życzliwych sobie osób. I różnorodność: zarówno jeśli chodzi o muzykę, ludzi, doświadczenia — wszystko. Tylko na Woodstocku posłuchasz bluesa, heavy metalu i muzyki elektronicznej, stojąc pod jedną sceną. Tylko na Woodstocku zobaczysz studentów, młodych rodziców z kilkuletnimi dziećmi i starszą parę, bujających się do tej samej piosenki. Tylko na Woodstocku możesz dołączyć do grupki zupełnie obcych ci ludzi i przegadać z nimi pół nocy.

Wiedziałem, że będę chciał wrócić za rok. I wróciłem. Wróciłem też za dwa lata. A później kolejny raz. I jeszcze jeden.

Między 2008 a 2015 rokiem nie opuściłem ani jednego Woodstocku. Jeździłem samochodem, motorem, autobusem — czym tylko się dało. Z rodzicami i bez. Ze znajomymi, bratem i znajomymi brata. Jeździłem, gdy grał mój ulubiony zespół, a także wtedy, gdy nie znałem ani jednego wykonawcy. Jeździłem, chcąc się wyszaleć i poimprezować, ale też jeździłem, by wziąć udział w warsztatach, posłuchać wywiadów, obejrzeć spektakl. Byłem na Woodstocku upalnym, i byłem na Woodstocku deszczowym, zimnym.

Ani razu nie poczułem się w jakikolwiek sposób zagrożony; ani razu nie poczułem się w jakikolwiek sposób odrzucony. Nigdy nie spotkało mnie nic złego.

POL’AND’ROCK 2018 — JAK BYŁO? CO SIĘ ZMIENIŁO?

 

Tegoroczny Woodstock, przemianowany przez organizatorów na Pol’and’Rock Festival, był moim pierwszym po dwuletniej przerwie. Jak wspominałem we wstępie, bardzo chciałem jechać, bo zwyczajnie zatęskniłem za woodstockową atmosferą; chciałem również zobaczyć, jak sam festiwal się zmienił. Słyszałem całkiem sporo głosów w rodzaju: „to już nie to, co kiedyś”, nie mniej wolałem przekonać się o tym na własnej skórze.

Rzeczywiście: to już nie to, co kiedyś.

Ale mam też dobrą wiadomość: wciąż jest zajebiście.

Wielu ludzi narzeka, że przez lata Woodstock stracił swojego „ducha wolności”, że stał się dużo bardziej unormowany. I po części to jest prawda; festiwal nie jest już tak „dziki” i spontaniczny jak kiedyś. Nie mniej wydaje mi się, że w przypadku imprezy na tak wielką skalę było to nieuniknione. Moim zdaniem sam fakt, że Woodstock wciąż istnieje i nadal jest imprezą w całości darmową, to coś niebywałego. Mogę sobie tylko wyobrażać, na ile ustępstw rokrocznie muszą iść organizatorzy, by impreza w ogóle się odbyła; do tego dochodzą też pewnie naciski polityczne, presja ze strony lokalnych władz, itd.

Dlatego wydaje mi się, że choć jest inaczej niż kiedyś, a wiele rzeczy mogłoby funkcjonować dużo lepiej, to kluczowe słowo w tym zdaniu brzmi: „jest”. Woodstock wciąż jest. I za to organizatorom bezapelacyjnie należy się wielkie, tłuste ”dziękuję”.

A jak było w tym roku?

Po pierwsze: było gorąco. Ale to tak mega-turbo-giga gorąco. Upał doskwierał niemiłosiernie i trzeba było się pilnować, żeby nie skończyć w szpitalu z udarem. Poza tym, razem z wodą skwar wysysał też z ciała chęci do życia i skutecznie powstrzymywał przed ruszeniem się gdziekolwiek spoza cienia naszej prowizorycznej wiaty. Prawdę mówiąc, większą część dnia spędzaliśmy właśnie przy namiotach, w cieniu, gdyż na chodzenie po terenie festiwalu nie mieliśmy sił. Nasz obóz opuszczaliśmy zazwyczaj ok. 18, gdy upał już nie dawał się tak we znaki.

Po drugie: było bardzo, baaardzo dużo ludzi; słyszałem, że liczba uczestników festiwalu oscylowała w granicach 500 do nawet 700 tys. osób. I chociaż w poprzednich latach na Woodstock też przyjeżdżała masa ludzi, to w tym roku ten numerek był odczuwalny zdecydowanie bardziej. Kupienie piwa lub czegoś do jedzenia wiązało się z przynajmniej półgodzinnym staniem w kolejce; przed prysznicami i Lidlem sznurek ludzi ciągnął się w nieskończoność. Także poruszanie się po terenie festiwalu było dosyć problematyczne; zwłaszcza w trakcie wieczornych koncertów na Dużej Scenie, które przyciągały najwięcej osób. Dużą liczbę uczestników dało się też odczuć po stopniu zaśmiecenia tych najbardziej „popularnych” miejsc na terenie festiwalu, a także … nieczystości toalet ;(

Po trzecie: żadne z powyższych nie ma większego znaczenia, gdyż i tak było zajebiście. Chciałem pobujać się przy muzyce — i się pobujałem; miałem ochotę poprzebywać z ludźmi — odhaczone. Napiłem się piwka i nawet udało się posłuchać kogoś, kto miał coś ciekawego do powiedzenia — a tym kimś był Karol Paciorek, którego obserwuje w Internecie od dobrych paru lat i teraz, po spotkaniu go osobiście, mogę bez cienia wątpliwości stwierdzić, że jest tak samo spoko na żywo, jak i na ekranie. Poza tym, ogromną przyjemność sprawiło mi „wprowadzenie” Aldonki do woodstockowej społeczności. Był to dla niej pierwszy Woodstock-Pol’and’Rock w życiu i chociaż na początku miałem swoje obawy odnośnie tego, jak to wszystko zniesie, okazały się one całkowicie nieuzasadnione. Aldonka od razu poczuła klimat imprezy i wsiąknęła w woodstockową rzeczywistość jak woda w gąbkę.

W drodze na koncert.

Od zawsze powtarzam, że Woodstock to impreza, na którą, jeśli się chce, trzeba po prostu jechać. Nie słuchać tego, co mówią inni ludzie, tylko jechać. Z grupką znajomych, z partnerem, samemu; przygotować się nieco i jechać. Przeżyć to na własnej skórze.

Koniec końców, to tylko trzy dni.

Jasne, ograniczone możliwości dbania o higienę, wszędobylski brud czy konieczność obcowania z pięciuset tysięcznym tłumem nie należą do przyjemności, ale nie są to rzeczy, które powinny powstrzymać kogokolwiek przed przyjazdem. Nie są to rzeczy na tyle uciążliwe, że uniemożliwiałyby cieszenie się tym, co ma do zaoferowania festiwal. A ma naprawdę wiele.

Poza tym, o higienę da się dbać, „wszędobylski brud” to stały element masowych imprez i można się do niego przyzwyczaić, a w woodstockowym tłumie jest naprawdę fajnie :)

Pisząc ten tekst zrobiłem małe rozeznanie odnośnie tego, kiedy i ile razy byłem na Woodstocku, i z moich kalkulacji wyszło mi, że tegoroczny, dwudziesty czwarty, znany już jako Pol’and’Rock Festival, jest moim dziesiątym.

I wiecie co? Jestem całkiem pewien, że nie będzie ostatni.