#myfirst7jobs

Gazety, ślimaki, żniwa i cheeseburgery. [hasztag] Moje pierwsze siedem prac.

 

Hasztag #myfirst7jobs po Internecie rozprzestrzenił się w wirusowym tempie. Posty dotyczące pierwszych siedmiu zajęć, którymi dana osoba parała się w celach zarobkowych, pojawiły się na fejsbukowych profilach i blogach osób ze świata biznesu bądź też blogosfery. Celem akcji jest pokazanie, że nawet ci najwięksi kiedyś zaczynali skromnie, łapiąc różne «fuchy» i inne okazje. Jak to się robi?

Zasady są proste: wypisujemy siedem prac, w których mieliśmy okazję spróbować swoich sił, dodatkowo wzbogacając każdą pozycję drobnym opisem. Zwykle wspomina się o zarobkach bądź też czasie trwania «zlecenia».

Ja na taki wpis natknąłem się u Janka ze StayFly.pl, a później u Jasona Hunta, i także postanowiłem podzielić się z wami historią mojej kariery. Oto i ona:

 

1. Sprzedawanie przeterminowanych gazet.

 

Tak, dobrze przeczytaliście—sprzedawanie p r z e t e r m i n o w a n y c h gazet. Mając może po 8 lat, razem z kuzynem otrzymaliśmy polecenie uprzątnięcia starych, lokalnych tygodników, które zgromadziły się w jego piwnicy. A że przedsiębiorcze z nas chłopaszki, to od razu wiedzieliśmy, co z nimi zrobić—sprzedać! Plan był prosty: gazety opychać będziemy starym babciom, u których prawdopodobieństwo zobaczenia daty wydania jest mniejsze. Uzbrojeni w rowery i szerokie, niewinne uśmiechy ruszyliśmy żwawo ku wielkiej forsie.

Gazety szły jak świeże bułeczki. Starowinki nawet nie przypuszczały, że coś może być nie tak—hojnie sypały groszem kupując po dwa, trzy egzemplarze i dziękując nam, że zaoszczędziliśmy im spaceru do sklepu. Pamiętam, że ustaliliśmy nawet wyższą cenę niż za «świeże» wydanie—w tamtych czasach taki lokalny tygodnik chodził po zeta pindziesiąt, a my sprzedawaliśmy po 2,50. Reszty, oczywiście, nie wydawaliśmy. Do południa mieliśmy już po dyszce każdy—a obskoczyć zdążyliśmy zaledwie kilka domów.

W międzyczasie inne dzieciaki podpatrzyły naszą zabawę i chciały się dołączyć. Długo się nie zastanawiając, złożyliśmy im ofertę: 10% od każdego sprzedanego egzemplarza, płatne na koniec dnia. Jakiż to był interes! Nowo pozyskani pracownicy aż palili się, żeby jeździć z gazetami po wsi, podczas gdy my siedzieliśmy pod sklepem licząc kasę i popijając oranżadę. Pod koniec dnia zarobek oscylował na granicy 100 zł. Ach, gdybym ja na studiach zarabiał 100 zł dziennie…

 

 

2. Zbieranie ślimaków.

 

To pewnie zajęcie, o którym wielu z was nawet nie słyszało. W czasach, kiedy hasztagi nawet nie istniały, po wioskach rozrzucone były skupy tych małych, oślizgłych stworzonek, które płaciły pieniędzmi za żywy towar. Po co je skupowali? Nie mam pojęcia. Pamiętam jednak, że dobrze można było na tym zarobić.

Łaziliśmy więc z kumplami po rowach szukając ślimaków, a musicie wiedzieć, że ślimaki to sprytne skurczysyny—żeby uzbierać cały worek, za który dostawało się jakieś-tam pieniądze, trzeba było złazić kilka dobrych kilometrów. Zbieranie ślimaków to również sezonowa fucha, a najlepszy czas na jej uprawianie to te «mokre» miesiące. Z reguły więc rowy, w których się zanurzaliśmy, zalane były solidną dawką deszczówki.

Ale czego się nie robi dla dwóch dyszek.

 

3. Zbieranie puszek.

 

Zbieranie puszek, kiedy amelinium chodziło po sześć zyla za kilogram—to dopiero był interes! Fucha nie łatwa, bo puszki nie truskawki czy ślimaki—nie rosną na krzakach ani się nie rozmnażają. Kluczem do sukcesu było zlokalizowanie meliny okolicznych pijaczków—chociaż i to nie gwarantowało sukcesu, bo pijaczkowie też siedzieli w «interesie» i często dokładnie po sobie sprzątali.

Najkorzystniejszym czasem na zbiory był dzień po festynie, odpuście, czy innej wiejskiej imprezie. Wstawało się wcześnie rano i szło na teren pobojowiska, przy okazji zapewniając organizatorom darmowe sprzątanie. Zarobki nie były złe, bo i amelinium na złomie drogie, a co mądrzejszy (w tym i ja) do puszek dosypywał jeszcze kamieni albo piasku, żeby podbić wagę. Kilka worków, kupka gruzu, i całe pięć dyszek w portfelu. I co tu robić z takimi pieniędzmi, mając 12 lat?

Wydać na oranżadę i czitosy.

 

4. Praca przy żniwach.

 

Ahh, do dziś pamiętam zapach świeżo skoszonego pola pszenicy unoszący się w powietrzu. Mnie akurat przypadła robota przy zbieraniu snopków z pola. Miałem czternaście, czy piętnaście lat—o wrzucaniu pięćdziesięciokilogramowego snopka na przyczepę, której wysokość sięgała moich barków nie mogło być mowy. Zaprzęgnięto mnie więc do pracy przy układaniu snopów już na przyczepie (jakby to miało być mniej wymagające fizycznie zajęcie).

Pamiętam, że po całym dniu takiej pracy, a skończyliśmy w godzinach wieczornych, ledwo stałem na nogach. Słaniając się z wycieńczenia, ustawiłem się w kolejce po pieniądze i kiedy przyszła moja kolej, z trudem wyciągnąłem rękę po pierwszy naprawdę ciężko zarobiony pieniądz. Dumny z siebie ścisnąłem banknot w ręce, nie popatrzywszy nawet, ile dostałem. Wg moich kalkulacji powinienem był zarobić przynajmniej sto złotych.

Dużo się nie pomyliłem. Na banknocie brakowało tylko jednego zera.

 

5. Praca u wujka w warsztacie lakierniczym.

 

To była moja pierwsza wakacyjna praca, która potrwała dłużej niż kilka dni. Bardzo cieszyłem się, że ją dostałem, bo: 1) do wujka mam wielki szacunek, i to, że chciał mnie przyjąć, dużo dla mnie znaczyło, oraz; 2) wujek zawsze dawał dobrze zarobić.

Praca w warsztacie lakierniczym do łatwych nie należy. Ba!, bez chwili zastanowienia powiem, że była to najcięższa praca, jaką dotąd przyszło mi wykonywać w moim cokolwiek krótkim życiu. Z racji tego, że do bardziej skomplikowanych czynności brakowało mi skilla, dostawałem te mniej wymagające, ale za to nielubiane przez innych zadania. I tak, na przykład, brałem do ręki kawałek papieru ściernego, wskakiwałem do bagażnika rozmontowanego samochodu i ścierałem szpachlę z różnych jego wnęk i zakamarków. Wychodziłem po dwóch godzinach, upaprany jak diabeł, po czym zanurzałem się w inny bagażnik.

To właśnie «staż» u wujka nauczył mnie szacunku do pieniędzy i pracy fizycznej. Siedząc w warsztacie i skrobiąc szpachlówkę zrozumiałem też, że nie chcę tak pracować; nie dlatego, że jestem leniem i nie chce mi się ruszać rękami. Praca fizyczna i jej widzialne efekty dają mi mnóstwo satysfakcji, jednak nie stanowi dla mnie wystarczającego wyzwania. Zrozumiałem, że w swoim życiu chcę tworzyć, a nie łatać i naprawiać.

 

6. Praca w TK MAXXie.

 

Ahh, moja pierwsza umowa o pracę. W TK MAXXie (jakby ktoś nie wiedział, jest to sklep w którym można znaleźć dosłownie w s z y s t k o—od ciuchów i kosmetyków, na meblach ogrodowych i karmie dla ptaszków kończąc) pracowałem na stanowisku sprzedawcy, którego zakres obowiązków obejmuje niemal każdą czynność, jaka przyjdzie wam do głowy jeśli pomyślicie o pracy w wielkopowierzchniowym sklepie.

W TiKeju spędziłem ponad rok czasu, i chociaż czasem godziny dłużyły się niemiłosiernie a klienci doprowadzali do palpitacji serca, bardzo dobrze wspominam ten czas. Praca tam pozwoliła mi na samodzielne utrzymywanie się, a godziny można było ustawić tak, aby nie zawalić studiów. Kolejną zaletą byli ludzie z ekipy, z którymi świetnie mi się współpracowało (pozdro dla teamu 714!). Dodatkowo sporo nauczyłem się o obsłudze klienta i liznąłem trochę doświadczenia w pracy w korporacji.

 

7. Praca na kampie w Stanach.

 

To moje najświeższe wyzwanie. Jak się pracuje? O tym możecie przeczytać dokładniej w poprzednich tekstach na blogu.

Mówiąc ogólnikowo: praca do najlżejszych nie należy. Pracuje się długo, szybko i nierzadko pod presją ze strony szefostwa. Do tego dochodzą niezbyt wyrafinowane warunki zamieszkania, dosyć niewolniczo skonstruowana umowa o pracę oraz kiepskie, jak na mój gust, wynagrodzenie. Nie mniej jednak ani praca, ani zarobki nie były powodem, dla którego tu przyjechałem. Na kamp jedzie się dla samego doświadczenia.

A jak na razie doświadczenie to mógłbym opisać w jeden tylko sposób: niezapomniane.

 

 

 

———

 

 

 

A jak u Was przedstawia się lista #myfirst7jobs? Nie krępujcie się i walcie śmiało w komentarzach! Najlepsze odpowiedzi nagradzane będą pocztówką z Nowego Jorku. Słowo harcerza!