Nie bój się przyznać do błędu

Opowiem ci pewną historię.

Był sobie Jaś i Małgosia. I nie, nie są rodzeństwem, chociaż akurat TE imiona mogłyby to sugerować. Tak właściwie, są parą z kilkuletnim stażem. Poznali się jeszcze podczas studiów, na imprezie u wspólnego znajomego, który, nawiasem mówiąc, do dzisiaj wypomina im, że to dzięki niemu są razem. Ot, historia miłosna jakich wiele: ona spojrzała na niego i poczuła dziwne ukłucie w klatce piersiowej; on spojrzał na nią i od razu wiedział, że muszą być razem. I, cholera, jedno chłopakowi trzeba przyznać: choć łatwo nie było, dopiął swego.

«Małgosia» strasznie zapierała się, bo jak to tak, pierwszy rok studiów i od razu zakochana? Walczyła ze sobą długo, tupała nóżkami i robiła naburmuszoną minkę, aż w końcu uznała, że coś musi być na rzeczy: pół roku minęło, ona nadal czuje motylki w brzuszku na jego widok, a Jaś, mimo jej usilnych starań, jeszcze nie dał sobie spokoju.

No i w końcu się pocałowali.

Mimo diametralnych różnic w charakterze, Jaś i Małgosia świetnie się ze sobą dogadywali. On, z natury cichy i łagodny, na jej życzenie potrafił zmienić się w duszę towarzystwa. Ona z kolei, wulkan energii, opanowała trudną sztukę kompromisu i dla niego była w stanie zrezygnować z sobotniego wyjścia na miasto na rzecz wieczoru z filmem. I mógłbym w nieskończoność rzucać ckliwymi tekstami i rozpływać się nad tym, jak to było im ze sobą dobrze, ale każda bajka musi w końcu zderzyć się z twardym murem rzeczywistości.

A każdy wstęp musi wreszcie ustąpić miejsca dalszej części.

 

III ETAPY KŁÓTNI BEZ SENSU

 

Czas płynął, a motylki w brzuchu Małgosi uspokoiły się i zamiast trzepotać chaotycznie skrzydłami, osiadły dostojnie. Nie znaczy to wcale, że to, co między nimi było, doszczętnie się wypaliło, nie, nie; Jaś i Małgosia nadal bardzo się kochali. Jednak, jak w każdym związku, młodzieńcze zauroczenie w końcu mija. Nie da się wiecznie unosić trzy metry nad ziemią i nawet dwójkę najbardziej zakochanych w sobie ludzi dopadną szpony codzienności. Z biegiem czasu też poznajemy się lepiej, «docieramy się» powoli, a nierzadko zdarza się to robić w sposób, który sugeruje słowo „docierać”: przy akompaniamencie mnóstwa zgrzytów i jęków. Zdarzają się słabsze dni, gorsze momenty, a wtedy do głosu dochodzą te cechy naszej osobowości, o których istnieniu sami nie mieliśmy pojęcia.

W przypadku Jasia i Małgosi, tą cechą okazała się jedna i ta sama rzecz: jedno nie potrafiło przyznać racji drugiemu.

A teraz zatrzymajmy się na chwilę, bo muszę powiedzieć ci coś bardzo ważnego. Gotowy? To słuchaj: tą historyjkę o Jasiu i Małgosi, to sobie wymyśliłem. Ale zaskok, co? Normalnie twist godny miana scenarzystów Klanu! To znaczy, pomysł na sam tekst rzeczywiście wziął się z obserwacji zachowania pary znajomych, ale reszta jest zasługą mej inwencji twórczej oraz faktu, że każdy tekst na bloga powinien zacząć się wstępem.

Wracając do znajomych: zdarzało mi się widzieć, jak wplątują się głupie kłótnie zupełnie bez powodu, a potem ciągną je tylko dlatego, że jedno nie potrafi przyznać się do błędu przed drugim. I już zacząłem zacierać rączki i otwierać edytor tekstu, żeby wysmarować piękniutki post o tym, jak to bez sensu jest nie umieć przyznać racji partnerowi i że nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien tak robić. A potem pomyślałem chwilę i z przerażeniem doszedłem do wniosku, że mi i Aldonce zdarza się robić dokładnie to samo.

I kiedy trochę ochłonąłem po tym druzgocącym odkryciu, pomyślałem jeszcze przez chwilkę, i doszedłem do kolejnego wniosku: wszyscy tak robimy.

Nie wierzysz?

To przeczytaj o III etapach kłótni bez sensu.

 

ETAP I

 

Zaczynacie się kłócić.

Bo masz gorszy humor i zły dzień, bo nic ci dzisiaj nie wychodzi, bo czujesz, że jeśli nie dasz upustu kipiącym wewnątrz ciebie emocjom, pękniesz.

Powód kłótni może być zupełnie błahy: ot, ty wściekasz się na niego, bo kolejny raz nie opuścił deski w kiblu a upiera się, że na pewno to zrobił, a on wścieka się na ciebie, bo znowu każesz zmywać mu naczynia, choć z ręką na sercu deklaruje ci, że to nie jego kolejka. Powodem może też być coś poważniejszego: czujesz, że ostatnio coś w waszym związku nie gra, że oddalacie się od siebie, nie spędzacie ze sobą tyle czasu, ile byś chciała.

W krótkiej wymianie zdań pada kilka ostrych słów i już, proszę bardzo: kłótnia na całego.

Kłócicie się też trochę dlatego, że każde z was uważa, iż to ono do tej pory zawsze ustępowało, i czas w końcu postawić na swoim. Nie ważne więc, o co poszło: jak walczyć, to do upadłego.

 

ETAP II

 

Gdzieś w trakcie kłótni jedno z was uświadamia sobie, że jest w błędzie.

Do ciebie dociera, że przecież nie mieszkacie sami i to któryś ze współlokatorów mógł skorzystać z łazienki. On zdaje sobie sprawę, że rzeczywiście, to przecież ty zmywałaś poprzednim razem i, zgodnie z umową, teraz wypada jego kolej. Kurczę, trochę głupio … Cała kłótnia o nic … Zupełnie niepotrzebnie …

Ale przecież nie przyznam się do błędu TERAZ, kiedy sprawy zaszły tak daleko.

Zaczynasz więc kręcić, zaczynasz wypominać inne rzeczy, byleby tylko odsunąć na bok prawdziwy powód kłótni. Na atak odpowiadasz atakiem, bronisz swojej «racji», a cały konflikt tylko się zaognia. W końcu jedno z was decyduje, że to nie ma sensu, i wychodzi.

Drugie stoi w pustym pomieszczeniu zastanawiając się, jak do tego doszło.

 

ETAP III

 

Milczycie. Nie odzywacie się do siebie. Nie możecie znieść własnego widoku. Żadne z was nie przyzna jednak drugiemu racji, więc trwacie w tym bezsensownym zawieszeniu, chociaż macie ochotę paść sobie w ramiona i zapomnieć o całej sprawie.

I wreszcie nadchodzi ten dzień, bo zawsze w końcu nadchodzi, kiedy oboje zdajecie sobie sprawę, że nawet nie pamiętacie, o co poszło i uznajecie, że cała ta kłótnia nie ma sensu. Przepraszacie się nawzajem i obiecujecie więcej tego nie powtórzyć.

W postanowieniu trwacie do następnego razu.

 

Większość kłótni w związku bierze się z tego, że nie potrafimy przyznać się do błędu

 

I co? Brzmi znajomo?

Wiem, że podane przykłady były trochę z dupy, ale ciężko było mi wymyślić coś równie «uniwersalnego». W gruncie rzeczy chodzi o to, że tą iskrę pod płomień kłótni może podłożyć byle pierdoła, ale jej prawdziwym powodem jest nieumiejętność przyznania racji drugiej osobie.

Zaufaj mi, coś o tym wiem :)

Kłótnie nie są fajne tak z zasady, a już szczególnie te, w których jedno stara się udowodnić coś drugiemu. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że właśnie dlatego w ogóle się kłócimy. Bo ta druga osoba nie ma racji, a ja koniecznie muszę jej to udowodnić.

Jeżu święty, jakie to głupie!

A jakie powszechne!

Często zdarza mi się obserwować kłótnie znajomych i bliskich, których jedynym celem jest wyłonienie ich «zwycięzcy». Nikt nie lubi przegrywać, wiadomo; zwłaszcza, jeśli stawką jest honor i pozycja w związku, wtedy walczymy jeszcze zacieklej. A jak później okazuje się, że jednak racja nie jest po naszej stronie, to cóż: tylko tchórze wycofują się z pola bitwy.

Honoru trzeba bronić. Do końca.

Końca … związku?

Takie kłótnie, choć z pozoru wydają się nieistotne (bo, koniec końców, przecież się godzimy), w moim mniemaniu zatruwają związek i powolutku go uśmiercają. A jeśli nie uśmiercają, to stanowczo pozbawiają resztek dawnego, młodzieńczego zauroczenia.

Jedno w końcu zorientuje się, że to drugie kłóci się wyłącznie dla własnej satysfakcji, i to już nigdy nie jest to samo.

 

 

Jak dla mnie, taką „kłótnię bez sensu” można zwalczyć już na pierwszym jej etapie. Zadać sobie pytanie: „zaraz, zaraz - ale o co my się w ogóle kłócimy? O niepozmywane naczynia? Serio?”. Jeżeli widzę, że powód kłótni jest błahy, to staram się go zdusić już w zarodku. Oboje staramy się najpierw porozmawiać, zanim skoczymy sobie do gardeł; próbujemy wytłumaczyć na spokojnie, w czym rzecz. Często to ja odpuszczam pierwszy: zwyczajnie nie widzę sensu w kłóceniu się o pierdoły i wolę od razu skapitulować niż zaprzątać sobie tym głowę.

Taki już ze mnie potulny miś.

Często jednak okazuje się, że te niepozmywane naczynia są tylko pretekstem, czynnikiem zapalnym; że prawdziwy powód tkwi gdzieś głębiej i to z niego bierze się cała frustracja. Tym lepiej jest wtedy rozmawiać.

Nie zawsze jednak udaje się zachować chłodną głowę i czasem nawet największym stoikom puszczają nerwy. Chociaż z reguły potulny ze mnie miś, czasem budzi się we mnie niedźwiedź grizzly. Jeżeli dochodzi do drugiego etapu i nagle okazuje się, że racja nie jest po mojej stronie: po prostu przyznaję się do błędu. Chowam dumę w kieszeń i przyznaję Aldonce rację. Wiesz, jakie to świetne uczucie? Poważnie! Za każdym razem, kiedy to robię, a uwierz mi, zdarza mi się być w błędzie dosyć często, czuję się jakby … mądrzejszy. Jakbym ze względu na swoją dojrzałość emocjonalną zażegnał jakiś wielki konflikt. Czuję też, że dzięki temu nasz związek jest trwalszy.

Najlepsze jednak jest to, że takie zachowanie jest zaraźliwe: to nie jest tak, że tylko ja potulnie chylę główkę i z pokorą proszę o wybaczenie. Im więcej zdarza mi się przyznawać do błędu, tym częściej robi to Aldonka. W efekcie kłócimy się mniej i żyje nam się lepiej.

Toż to czysta sytuacja win-win!

 

______

P.S.: A jeśli nawet przyznanie się do błędu zawiedzie, zawsze pozostaje fizyczność.