Nie martw się

Jak przestać się martwić?

Rozlane mleko. Przypalone mięso. Dziura w skarpecie, rozbita szklanka. Pęknięty ekran w telefonie. Jedynka ze sprawdzianu z biologii. Zepsuty samochód. Brzydka pogoda. „Znowu zaspałem”. Oblany egzamin, niezdana matura. Niesatysfakcjonująca praca, niesatysfakcjonujące studia. Ciasne mieszkanie i pieprznięta sąsiadka z dołu. Brak pieniędzy. Niesatysfakcjonujący związek. Śmierć. „Czy życie ma sens?”.

Od kompletnych pierdół, przez problemy rozwiązywalne i te pozornie nierozwiązywalne, na pytaniach o sens życia kończąc. Czasem tylko przez kilka minut, by już za chwilę wyrzucić to z głowy; czasem to «coś» nie daje nam spać po nocach. Martwimy się o wszystko.

Przyjrzyj się samemu słowu: martwić się. Martwić się. Zamartwiać się. Umartwiać się. Martwy. Ha, o tym nie pomyślałeś, co? Być może rzeczywiście istnieje jakiś głębszy związek między «martwieniem się» a byciem martwym, niż ten na poziomie leksykalnym? Być może jedno nieuchronnie prowadzi do drugiego? No przecież martwi nie mogą dalej się «martwić»; są martwi.

Wybacz mi ten nieco ponury wstęp. Obiecuję, że od tego momentu ani słowa więcej o śmierci i nieboszczykach. Zacząłem na poważnie, bo i poruszana kwestia wydaje się wymagać takiego podejścia. Tygodnie badań, setki wywiadów środowiskowych i długie godziny analiz dały mi jednoznaczny rezultat: martwimy się stanowczo za dużo. Tak, o tobie też mówię.

 

DLACZEGO?

 

Niektórzy twierdzą, że taka już nasza natura. Generalnie można uznać, że martwimy się kiedy nam na czymś zależy: na zdanym egzaminie, świetnym związku, ładnym mieszkaniu oraz na utrzymaniu mleka w odpowiednim naczyniu. Obawa, że coś może pójść nie po naszej myśli przysparza nam zmartwień. Im więcej jest rzeczy na których nam zależy, tym więcej obaw; im więcej obaw—wiadomo. Możemy przyjąć, że zmartwienie to problem—tego czy innego rodzaju.

Niektórzy, a może ci sami, nie uważają martwienia się za coś szczególnie okropnego. Utrzymują, że ilość zmartwień w naszym życiu może być kontrolowana (i tu się z nimi zgodzę), a samo martwienie się czasami jest wskazane i przydatnee...aaaaa-psik! Przepraszam, ale mam alergię na pierdolenie głupot.

Nie, obecność zmartwień w naszym życiu nie jest przydatna, ani tym bardziej wskazana. Dla mnie zmartwienia są w życiu tym, czym sugeruje skojarzenie wyrażenia «martwić się» ze słowem «martwy»: ogromnym ciężarem, który spędza sen z powiek i nieustannie zajmuje myśli, a pod którym w końcu uginamy się i «umieramy», snując się po świecie jak żywe trupy.

Nie twierdzę, że można całkowicie przestać się martwić. W twierdzeniu, że martwimy się «bo taka nasza natura» jest trochę prawdy; niech pierwszy rzuci kamieniem ten, którego głowa nie jest teraz okupowana przez jakiś problem. Uważam jednak, że ze zmartwieniami trzeba sobie radzić i nieustannie dążyć do tego, aby było ich jak najmniej. Gwarantuję, że będzie żyło się lepiej.

Jestem osobą o klinicznie zdiagnozowanej nadhiperaktywności mózgu i ciągle myślę. Myślę o wszystkim, cały czas i bez przerwy, aż w końcu to myślenie schodzi na złe tory i zaczynam się martwić. O pieniądze, studia, tekst na bloga i sens życia. O złą pogodę, brak czapki i kiedy w końcu mój laptop wyzionie ducha (miało nie być o śmierci, shit!). O wszystko i o byle co. Takie myślenie i ciągłe martwienie się potrafi nieźle napsuć krwi; zwłaszcza w nocy, kiedy chce się zasnąć bo rano trzeba wstać do pracy. Albo kiedy do zrobienia ma się konkretną rzecz, a zaczyna się myśleć o milionie innych; poza tą jedną, oczywiście.

Dlatego, jako że sam siebie określam mianem człowieka czynu, postanowiłem coś z tym zrobić. STOP bezsennym nocom, bezproduktywnym popołudniom i zawalonym terminom.

 

ZMARTWIENIA MAŁE I DUŻE

 

Nie jestem wielkim fanem kategoryzacji rzeczy, ale na potrzeby tego tekstu warto dokonać pewnego rozróżnienia.

Do zmartwień małych zaliczyłbym rzeczy, z którymi można sobie poradzić podejmując odpowiednie działania, oraz takie, na które nie mamy wpływu. Zacznijmy od tej pierwszej grupy.

Moim ostatnim zmartwieniem było to, że chodzę zbyt późno spać, w efekcie czego wstaję późno, w efekcie czego samo sobie skracam dzień. Winę zrzucałem na złą pogodę, na przeładowanie obowiązkami czy też na moją nadhiperaktywność mózgu, która daje o sobie znać jak tylko zgaszę światło wieczorem. W końcu miałem już tego dosyć, więc zacząłem szukać sposobu, żeby sobie z tym poradzić—innymi słowy, podjąłem działanie. Rezultat? Dowiedziałem się co robić, aby lepiej zasypiać oraz opracowałem metodę na takie rozłożenie obowiązków, żeby mieć czas na ich realizację.

A pogoda? Cóż, czasem wkurzam się, że ciągle jest ciemno, zimno i pada, ale staram się nie zwracać na to uwagi. Nie mam na to wpływu; nie mogę podjąć działania, żeby to zmienić. Tak właśnie podchodzę do małych zmartwień, z którymi nic nie mogę zrobić: po prostu wyrzucam je z głowy, ignoruję, nie myślę o nich. Pociąg się spóźnia? Whatever. Korki na mieście? No przecież dlatego wyjechałem do pracy wcześniej. Zaspałem na uczelnię? Mój błąd. Śniadanko i kawkę trzeba będzie przełożyć na później.

Warto zauważyć, że zmartwienia małe to problemy wynikające z rzeczy, które już się wydarzyły; my zostajemy postawieni przed faktem dokonanym.

 

 

Zmartwienia duże to takie, na które nie da się odpowiedzieć natychmiastowym działaniem oraz na które nie mamy realnego wpływu. W głównej mierze będą to wszystkie pytania o sens istnienia, celowość rzeczy, które robimy, oraz inne bóle egzystencjalne. Czy robię to, co daje mi poczucie spełnienia? Czy ta kobieta jest tą właściwą? Czy prowadzenie bloga ma sens?

Zmartwienia duże to problemy wynikające głównie z troski o przyszłość.

Często jednak zdarza się tak, że ciężko jest stwierdzić do jakiej grupy przypisać dane zmartwienie. Za każdym razem, kiedy napotykam taki problem, zadaję sobie

 

2 PYTANIA

 

Na które szczera odpowiedź pomaga mi stwierdzić, z czym mam do czynienia. Oto i one:

 

1. | Czy to czym się martwię, jest tego warte?

 

Pomaga mi zdefiniować naturę zmartwienia oraz jego «wielkość».

Prawda jest taka, że większość «martwienia się» powinna odpaść już na tym etapie. Nie warto przejmować się brzydką pogodą, spóźnionym pociągiem albo przypalonym mięskiem. Nie powinno mnie też wzruszać, kiedy zdarzy mi się zaspać na uczelnię/do pracy, albo kiedy ktoś inny zrobi coś, co mnie wkurzy lub zasmuci. Inni też mają prawo do błędów, a ja nie jestem od ich naprawiania.

Kiedy już uda mi się wyrzucić z głowy wszystkie pierdoły, a mimo wszystko pozostanie w niej jeszcze kilka zmartwień, to zadaję sobie pytanie numer 2.

 

2. | Czy mogę coś z tym zrobić?

 

Innymi słowy: czy istnieje sposób, w jaki mógłbym naprawić swój błąd (jeżeli chodzi o popełniony błąd)? Czy mogę coś z tym zmartwieniem zrobić? Skoro uznaliśmy, że zmartwienie=problem, to nie widzę powodu, aby nie spróbować tego problemu rozwiązać.

Bardzo często okazuje się, że nasze zmartwienia wymagają zaledwie chwili uwagi, aby sobie z nimi poradzić. Na przykład: pamiętam, jak niedawno zapomniałem zadzwonić do taty, by złożyć mu życzenia urodzinowe. Przypomniałem sobie o tym nazajutrz i przez cały dzień myślałem tylko o tym, jakie to złe i wyrodne ze mnie dziecko. Było mi cholernie głupio i wstyd przed samym sobą, że do tego doszło; zacząłem się martwić, co tato sobie pomyśli. Wieczorem już nie wytrzymałem: chwyciłem telefon i zadzwoniłem do taty. Przeprosiłem, złożyłem życzenia i nawet porozmawialiśmy kilka minut. Tato nie był obrażony, a przy okazji odwiedzin jeszcze wypiliśmy za jego zdrowie. Problem rozwiązałem w pięć minut i mogłem ruszyć do przodu.

Nawet z tymi pozornie dużymi zmartwieniami można sobie poradzić, wkładając w to trochę więcej wysiłku. Powiem inaczej: jeśli martwisz się o jakąś rzecz mającą się wydarzyć w przyszłości (lub o coś, co dzieje się już teraz), zrób absolutnie wszystko co w twojej mocy, aby w jakiś sposób temu zaradzić. Ważny egzamin? Ucz się tyle, ile uznasz za konieczne. Problemy w związku? Rozmawiajcie, dyskutujcie, naprawiajcie do skutku. Chujowa praca? Cóż, może czas na jakieś zmiany?

A jeśli mimo wszystko się nie uda, proponuję wrócić do punktu numer jeden.

 

GARŚĆ MĄDROŚCI NA KONIEC

 

Jeśli podczas próby poradzenia sobie ze swoim zmartwieniem na powyższe pytania odpowiedziałeś «TAK» oraz «NIE», to na koniec mam dla ciebie garść życiowych porad i mądrości.

Nie martw się głupotami. Czy to wielka katastrofa, że spóźniłem się jeden dzień z dodaniem tekstu na bloga? Czy to takie straszne, że znowu oblałam egzamin na prawko? A może za życiową tragedię można uznać 50% z matury z polaka? Otóż nie. Jak wspominałem wielokrotnie w tym tekście, z większością zmartwień jesteśmy w stanie sobie poradzić przy minimalnym nakładzie wysiłku. Z pozostałą «mniejszością» jest nieco trudniej, bo wymaga od nas więcej zaangażowania, ale też jest «do przeskoczenia». Grunt to dać z siebie wszystko, by móc uczciwie powiedzieć: to jest moje 100%. Jeśli nie wystarczy, trudno. Spróbuję znowu.

Co się stało, to się nie odstanie. Błędy, które popełniłeś, naprawiaj od razu, a jeśli już nie możesz, puszczaj je w zapomnienie. Nie jesteś nieomylny. Masz prawo do pomyłki.

Jeśli możesz zrobić cokolwiek, zrób to. Jeśli istnieje choćby jedna malutka rzecz, której zrobienie sprawi, że twoje zmartwienie straci na mocy, nawet się nie wahaj. Jeśli nie widzisz sposobu, zacznij go szukać. Nie istnieje taki problem, którego nie jesteś w stanie rozwiązać.

Na pewne pytania nie możesz znać odpowiedzi. Odpowiedzi przyjdą same, z czasem. Wiecie, ile czasu zajęło mi podjęcie decyzji o założeniu bloga? Dwa lata. A jak już go założyłem, zaczęły się pojawiać myśli w stylu: „czy mam szansę odnieść sukces?”. „czy to ma sens?”. Nie wiem, czy mam szansę odnieść sukces. Nie wiem, czy całe to blogowanie ma sens i czy nie powinienem skupić się na czymś innym. Wiem natomiast, że chcę to robić, i że jeśli dam z siebie wszystko w każdym tekście i będę stale pracował, by kolejny były jeszcze lepsze, to mój wysiłek w końcu zaowocuje. Tak czy inaczej.

 

 

 

———

 

 

 

 

A jak Wy radzicie sobie ze zmartwieniami?