Nie ufam ci, Internecie

Pierwszy raz zaufałem mając lat dwadzieścia i dwa.

A stało się to na długo przed powstaniem tegoż zacnego miejsca; przybytku uciech i radości, świątyni zadumy i kontemplacji, a czasem też kącika wzruszeń i poruszeń - to jest, bloga „jakub.pe”. Dawne czasy. Mógłbym napisać: „dawno i nieprawda”, jak zwykło się mawiać, ale byłaby to nieprawda, więc nie napiszę.

Pamiętam, że jeszcze zanim zacząłem blogować, czytałem na temat blogowania wszystko, co tylko mogłem w Internecie znaleźć. Jak szalony chłonąłem artykuły i różnego rodzaju poradniki o szumnie brzmiących tytułach, po przeczytaniu których ich autorzy obiecywali sławę, błysk fleszy i pieniądze. Wyszedłem z założenia, że jeśli od początku chcę blogować na przyzwoitym poziomie, to muszę przygotować się na każdą ewentualność. Każdy kij w szprychy i drobinę piasku w oczy, które zły los zechce umieścić na mojej drodze do sukcesu. No więc czytałem dalej.

Czytałem i czytałem, a kiedy skończyły mi się artykuły i poradniki w Internecie, sięgnąłem po książki (książki, nomen-omen, też z Internetu). I znowu czytałem. Nie pisałem, nie tworzyłem, nie próbowałem - czytałem.

Po grubo ponad pół roku takiego przygotowywania się o blogowaniu wiedziałem wszystko. Zapytany o cokolwiek chociażby luźno związanego z tematem, mógłbym bez zająknięcia wyrecytować obszerną jak licealna rozprawka odpowiedź, opierając ją na solidnych źródłach.

Byłem ekspertem od prowadzenia bloga, bez bloga.

Kiedy wreszcie dotarło do mnie, że na nic zda mi się jałowa wiedza, jeśli nie będę mógł zastosować jej w praktyce, wreszcie ruszyłem; i dopiero wtedy okazało się, że tak naprawdę wcale nie jestem ekspertem. Dopiero wtedy wyszło na jaw, że na niektóre z palących mnie pytań nie znajdę odpowiedzi ani w Internecie, ani w książkach; że tą odpowiedź będę musiał znaleźć sam, pomalutku, kroczek po kroczku. I że ogrom innych tematów, który nie daje mi spać po nocach, również został przez Mędrców Internetu skrzętnie pominięty. Bądź też całkowicie przemilczany.

To właśnie wtedy, po raz pierwszy, Internet zdradził moje zaufanie.

 

POWIEDZ MI, INTERNECIE …

 

Miałem kiedyś fazę na czytanie w necie artykułów spod ciemnej gwiazdy life coachingu. Zaczytywałem się w publikacjach które, jeśliby ułożyć z nich matematyczne równanie i sprowadzić do wspólnego mianownika, to w tym mianowniku znalazłby się przysłówek pytający „jak”. Albo raczej „how”, bo czytałem głównie po angielsku. Fascynowało mnie z jaką śmiałością autorzy tych publikacji podejmowali tematy trudne, tak zwane „życiowe”, i z jaką łatwością podawali odpowiedzi na odwiecznie trapiące ludzkość pytania. Rozwiązanie każdego problemu sprowadzali do trzech, maksymalnie pięciu prostych kroków, których to postawienie miało przynieść pożądany rezultat. Na przykład, „Jak w pięciu krokach odmienić swoje życie zawodowe i osobiste”. Niesamowite.

Jeśli ktoś zapytałby mnie, czego szukam w Internecie najczęściej, odrzekłbym: odpowiedzi.

Bo Internet jest ich pełen; odpowiedzi na zgoła błahe pytania, jak: „co zrobić na obiad?” lub „jak zawiązać krawat?”, ale też odpowiedzi na pytania znacznie trudniejsze; powiedzmy: „jak robić dobre (lepsze?) zdjęcia?”, czy też: „jak sprawić, by ludzie chcieli czytać to, co piszę (ewentualnie: jak pisać, by ludzie chcieli mnie czytać)?”.

 

 

Odpowiedzi są przeróżne; czasem zupełnie bezwartościowe, na przykład: pytasz o to, co zrobić na obiad, a ktoś odpowiada: „zupę grzybową”. A ty nie cierpisz zupy grzybowej. Albo pytasz, jak robić lepsze zdjęcia i dostajesz odpowiedź: „żeby robić lepsze zdjęcie musisz kupić lepszy aparat”. Bez sensu.

Jednak czasem też trafi się odpowiedź całkiem wartościowa i w wynikach wyszukiwania, na pierwszym miejscu, wyskoczy ci przepis na kurczaka w sosie z masłem orzechowym (<3). Albo trafisz na blog pasjonata/pasjonatki fotografii i przeczytasz całą masę solidnych porad na temat robienia zdjęć. Takie rzeczy też się zdarzają.

 

PROBLEM I

 

W rzeczywistości przepełnionej odpowiedziami, a zwłaszcza tej wirtualnej, sztuką jest oddzielić treść wartościową od bezużytecznej; przydatną od takiej, która na niewiele ci się zda. Bardzo często, aby to zrobić, wystarczy spojrzeć na jej źródło.

Ostatnio napisała do mnie nieznana mi dotąd blogerka (ważna informacja!) i zaoferowała możliwość współpracy. W mailu chwaliła się, że oto przygotowała własny kurs wideo dla twórców internetowych, na którym to kursie uczy jak zbudować wokół siebie zaangażowaną społeczność w social mediach. Zaproponowała mi wzięcie udziału w programie afiliacyjnym na bardzo prostych zasadach: ja polecam jej kurs na swoich kanałach, ona płaci mi procent od każdej osoby, która z mojego polecenia go kupi.

Pierwsze co zrobiłem, to sprawdzenie źródła: kim owa blogerka w ogóle jest i - skoro stworzyła kurs o tym, jak zdobyć popularność w internecie - jak „duży” jest jej blog, fanpage itd. Wchodzę więc na facebooka, wyszukuję jej stronę i ze zgrozą stwierdzam, że jej fanpage ma liczbę obserwujących na poziomie mojego własnego. Czyli bardzo niewielką („powiedział z goryczą i lekkim westchnieniem”). Następnie sprawdzam jej bloga i widzę, że owszem, dziewczyna pisze o social mediach, ale pisze dokładnie to samo, co reszta bandy. Jakbym był niemiły, to napisałbym: „przepisuje”, ale nie jestem. Więc nie napiszę.

Odmówiłem. Napisałem, że nie mam czasu (i w istocie tak jest), nie mniej nawet mając go trochę więcej, nie zgodziłbym się na współpracę. Jak mógłbym reklamować kurs budowania społeczności w internecie swoją marką, jeśli jego autorka najwyraźniej sama nie ma pojęcia, jak taką społeczność zbudować?

A co ważniejsze: dlaczego ktoś miałby za taki kurs płacić?

 

PROBLEM II

 

Szumny tytuł nie zawsze zwiastuje wartościowe treści.

Będąc w transie zbierania informacji na temat blogowania, bardzo często zdarzało mi się podkładać zaufanie w szumnych tytułach. Tytułów tych było mnóstwo; zbyt wielkie mnóstwo, by móc czytać je wszystkie na bieżąco. Odkładałem więc te mniej szumne - a co za tym idzie, z pozoru mniej interesujące - do specjalnego folderu utworzonego w specjalnej aplikacji. Kiedy tylko zapas czytanych na bieżąco bardziej szumnych (szumniejszych?) tytułów się wyczerpywał, sięgałem do owego folderu w celu nadrobienia zaległości. Czytałem je sumiennie, wszystkie, „jak leci”, i wtedy Internet zdradził moje zaufanie po raz kolejny.

Okazało się co następuje: że szumny tytuł niekoniecznie oznacza wartościowe treści, a dosyć często wręcz przeciwnie; im bardziej szumny (szumniejszy?) tytuł, tym słabsza jego treść.

 

 

Doszedłem też do innego wniosku, a mianowicie: że istnieje skończona liczba dobrych porad, które ludzki mózg może przyswoić i zapamiętać; i że porady te, jeśli nie wdrożone jako codzienny nawyk, bardzo szybko z mózgu wyparowują.

Tym sposobem dotarliśmy do konkluzji.

 

KONKLUZJA

 

Po pierwsze: jaki jest sens w posiadaniu wiedzy, jeśli jej w żaden sposób nie wykorzystujesz?

W tej swojej manii gromadzenia wiedzy na temat prowadzenia bloga zapomniałem o jednej, podstawowej rzeczy: przygotowanie się na każdą przeszkodę i trudność, każdy kij w szprychy i drobinę piasku w oczy jest absolutnie niemożliwe. To tak, jak z prowadzeniem samochodu. Co z tego, że rozumiałbym zasadę działania silnika spalinowego. Co z tego, że historię motoryzacji znałbym na pamięć, a po prawym przednim reflektorze umiał rozpoznać markę, model i rok produkcji danego samochodu. Wreszcie: co z tego, że potrafiłbym wskazać, gdzie jest gaz, sprzęgło, a gdzie hamulec, i zasady ruchu drogowego miałbym w małym paluszku. Póki nie wsiądę do samochodu i nie ruszę przed siebie, ta wiedza nie przyda mi się na nic.

A jak już wsiądę, to nagle okaże się, że część tej wiedzy jest dla mnie kompletnie nieprzydatna.

(w tym momencie płynnie przechodzę do drugiej część konkluzji)

W związku z tym, a także - po drugie: czy naprawdę potrzebuję tej wiedzy?

Czy muszę rozumieć, jak działa silnik i „znać się na samochodach”, żeby być dobrym kierowcą? Czy muszę być webmasterem i social media ninją, by z sukcesem prowadzić bloga? Czy muszę wiedzieć, co to ogniskowa obiektywu i czas otwarcia migawki, by robić dobre zdjęcia?

Osobiście uważam, że nie sądzę.

Osobiście uważam, że na sam początek starczy podstawowa dawka elementarnej wiedzy. A później, w miarę nabierania wprawy, możemy chłonąć więcej i więcej.

Nie ufam Internetowi, bo ten skurczybyk kazał mi wierzyć, że aby zacząć coś robić, muszę być w tej dziedzinie ekspertem (wtedy właśnie zdradził moje zaufanie po raz trzeci i ostatni). Nie kwapił się również by wspomnieć, że nawet w jego najgłębszych otchłaniach nie znajdę wszystkich odpowiedzi; nie powiedział też, że niektórych odpowiedzi będę musiał udzielić sobie sam. Zamiast tego podrzucał wątpliwej jakości materiały o szumnych (i szumniejszych) tytułach, wodząc mnie bezustannie za nos.

 

———

 

Tyle czasu spędziłem szukając odpowiedzi w Internecie, podczas gdy tą najistotniejszą miałem tuż przed oczami; na pudełku po butach sportowych.

Czasem, po prostu musisz „just do it”.