O radzeniu sobie z wyzwaniami

Czy zdarzyło ci się kiedyś napotkać na krętych ścieżkach swojego życia problem tak ogromy, że od razu wrzuciłeś go do worka z napisem „na nigdy”, bo jego rozwiązanie z góry wydało ci się niemożliwą niemożliwością? Albo stawić czoła jakiemuś wyzwaniu z hurraoptymistycznym nastawieniem, nie mając zielonego pojęcia na co się piszesz, i ponieść sromotną klęskę?

Albo doświadczać tych dwóch skrajnych stanów emocjonalnych całkiem regularnie? Powiedzmy … codziennie?

Tak?

To … witaj w klubie!

Jestem typem osoby, która wszystko analizuje. Dosłownie. Za każdym razem, gdy przychodzi mi zmierzyć się z trudną sytuacją lub wyzwaniem, spędzam dłuuugie godziny na myśleniu o tej rzeczy i zanim jeszcze podejmę jakiekolwiek działanie, w głowie mam już kwadrylion różnych planów i pierdyliard scenariuszy rozwoju sytuacji. Analizuję każdy czynnik składowy i snuję domysły na temat możliwych rozwiązań. Czasem wychodzi mi to na dobre, bo mój misternie utkany plan działania doprowadzi do pożądanego rezultatu. Czasem jednak okazuje się, że rozwiązaniem problemu było wyjście najprostsze z możliwych i tak naprawdę tylko straciłem czas roztrząsając problem niepotrzebnie.

Ale ja nie o tym.

Jestem typem analityka i zdążyłem się z tym pogodzić. Zauważyłem jednak, że to w jaki sposób podchodzę do trudnych sytuacji, w głównej mierze zależy od mojego nastawienia. W dużym uproszczeniu wygląda to tak, że jeśli mam dobry humor i napotykam jakiś problem/wyzwanie/trudną sytuację, to w trymiga opracowuję rozwiązanie i z góry zakładam, że mi się powiedzie. Natomiast jeśli trafi akurat na jeden z tych gorszych dni - cóż, może i pomysł jak sobie poradzić znajdę, ale nawet nie przystępuję do działania, bo „ja i tak wiem, że mi się nie uda”.

Dostrzegasz już problem?

 

NIEPOPRAWNY OPTYMIZM VS. OBEZWŁADNIAJĄCY PESYMIZM

 

Powyższe nie są terminami psychologicznymi, bo i mnie samemu bliżej do psychiatryka, aniżeli do posiadania jakiejkolwiek wiedzy z zakresu tej szlachetnej dziedziny. Nie traktuj więc tego tekstu jako profesjonalnej porady - jest on raczej zbiorem luźnych przemyśleń, którymi chcę się podzielić. Dzieliłem się nimi wcześniej, prywatnie, i zauważyłem, że miały one pozytywny wpływ na kilka osób.

Uznałem, że warto te przemyślenia puścić dalej w świat :)

W tekście posłużę się dwoma przykładami z mojego życia by pokazać, jaki wpływ na podejmowane działania i decyzje miało moje nastawienie. Wybrałem szukanie pracy i prowadzenie bloga, bo to tematy, z którymi albo mierzyłem się całkiem niedawno, albo mierzę się codziennie. Pamiętaj jednak, że to tylko przykłady - ich zadaniem jest zobrazować bardziej ogólny schemat.

No dobra, koniec z tą gadką-szmatką - jedziemy!

 

Autorem zdjęcia jest Freddie Marriage // źródło: unsplash.com

Autorem zdjęcia jest Freddie Marriage // źródło: unsplash.com

 

NIEPOPRAWNY OPTYMIZM

 

Jeśli miałbym określić, czy jestem bardziej optymistą, czy pesymistą, nie wskazałbym żadnego. Moje nastroje są zmienne niczym pogoda w październiku, a od tego, czy na nieoczekiwane wyzwanie zareaguje radosnym „yes, we can!” czy raczej apatycznym „nope”, wpływ ma wiele czynników. Coraz częściej tym decydującym jest - a jakże … - pogoda. Jeśli mam jakiś wybór, to wybieram bycie optymistą. Staram się żyć według zasady, iż lepiej jest czegoś spróbować i ponieść porażkę, niż żałować, że się nie spróbowało.

Nie mniej niepoprawny optymizm w niektórych sytuacjach może okazać się nie najlepszym podejściem.

Pamiętam jak postanowiłem wyprowadzić się do Opola. Powiedziałem: „walić to! Koniec z dojeżdżaniem na zajęcia!”. Przez wakacje zaoszczędziłem trochę kasy, a później, wraz z rozpoczęciem roku akademickiego, nie mając pracy ani żadnego innego stałego źródła dochodu (przyrzekłem sobie wówczas, że „od rodziców brał nie będę!”), po prostu się przeprowadziłem. Z góry założyłem, że jakąś pracę na pewno znajdę. Mieszkając już w Opolu, poroznosiłem kilka CV w różne miejsca i … czekałem. Czekałem cały październik - zero odzewu. Listopad - to samo. W międzyczasie oszczędności zdążyły się skończyć, a ja bez pomocy rodziców od dawna żarłbym piach. Pracę znalazłem dopiero w grudniu, i to z pomocą znajomego. Do głowy mi nie przyszło, żeby samemu ruszyć dupsko i zrobić coś więcej ponad poroznoszenie paru skserowanych CiVików.

Chodzi jednak o to, że nawet nie dopuściłem do siebie myśli, że może się nie udać. Podjąłem kroki bez odpowiedniego przygotowania i rozpatrzenia ewentualnych konsekwencji. Prawdę mówiąc, gdyby nie rodzice i ten znajomy, najdalej w styczniu pewnie wróciłbym do domu z podkulonym ogonem, i na tym skończyłoby się moje „dorosłe życie”.

Podobnie jest z blogowaniem.

Czasem uda mi się napisać taki tekst, że po jego przeczytaniu myślę sobie: to jest to. To jest TEN tekst; tekst, dzięki któremu usłyszą o mnie miliony. Złoty strzał. W sam środeczek. Szybko wrzucam go na bloga, dodaję post z linkiem na fanpage i rozsiadam się wygodnie na kanapie, czekając na sławę, uznanie i hajs. Bez głębszego zastanowienia zakładam, że ludziom spodoba się tak samo jak mnie.

Czekam godzinę. Czekam dzień; dwa. I nic.

Po tygodniu nie mam już wątpliwości. Znowu musiałem chybić.

Właśnie wtedy ogarnia mnie

 

OBEZWŁADNIAJĄCY PESYMIZM

 

To takie okropne, paraliżujące uczucie, kiedy bardzo czegoś chcesz, ale każda komórka twego ciała krzyczy, że nie dasz rady. Zaczynasz więc usprawiedliwiać brak działania na wszelkie możliwe sposoby, w głowie tworzysz tysiąc scenariuszy siebie zmierzającego do celu, a każdy z nich kończy się tym samym: porażką. Zniechęcasz sam siebie. Bardzo często tchórzysz i nie robisz nic.

Brzmi znajomo?

Jeśli chodzi o blogowanie, to kiedyś taką huśtawkę nastrojów miałem co drugi tekst. Dawałem z siebie absolutnie wszystko i myślałem, że ludzie to zauważą i docenią, ale w większości przypadków kończyło się tak samo: miał być splendor i błysk fleszy, a stawało na kilku lajkach i paru komentarzach. Po każdej takiej sytuacji następne dni spędzałem zadręczając się myślami typu: czy to ma sens? Czy powinienem pisać? I czy ja się do tego w ogóle nadaję?

Do następnego tekstu siadałem już ze znacznie mniejszym entuzjazmem. Zastanawiałem się, po co ja to w ogóle robię. Zniechęcałem się i robiłem tysiące wymówek, byleby tylko nie pisać. Później udawało mi się przekonywać samego siebie, że tak, to ma sens, że na sukces najpierw muszę zapracować, i że przecież piszę przede wszystkim, bo lubię, nie dla poklasku. Mijał jednak tydzień, tworzyłem kolejny tekst, który miał być moim „game changerem”, a nie był, i znów zaczynały się pytania o sens istnienia (bloga).

 

Autorem zdjęcia jest Julien Lux // źródło: unsplash.com

Autorem zdjęcia jest Julien Lux // źródło: unsplash.com

 

Szukając pracy też miałem moment obezwładniającego pesymizmu, i to całkiem niedawno. Złożyłem aplikację na interesujące mnie stanowisko, zupełnie w ciemno, bo w ogłoszeniu nie było wzmianki o jaką firmę chodzi. Dzień później dostałem telefon z zewnętrznej agencji rekrutacyjnej, że dostali moje zgłoszenie, i że chcieliby powiedzieć kilka słów o stanowisku i pracodawcy. Zanim jeszcze rekruterka skończyła gadać, byłem pewien jednego: nie ma szans, żebym dostał tą pracę. Nie dam rady. Nie wybiorą mnie. Babeczka nagadała mi, że to firma «elytarna», i że byle kogo to oni nie biorą, ale jak chcę spróbować, to ona prześle moją aplikację dalej. Powiedziałem „tak”, chociaż mój mózg krzyczał „odpuść, człowieku, i tak się nie uda!”.

Dwa dni później dostałem kolejny telefon, tym razem już z samej firmy. Chcieli zaprosić mnie na rozmowę rekrutacyjną. MNIE! Byłem w tak ciężkim szoku, że wiesz, co zrobiłem? Odmówiłem! Totalnie spanikowałem. Nie przypuszczałem nawet, że wezmą mnie pod uwagę, więc gdy zapytali, czy nadal jestem zainteresowany, wybełkotałem, że mi przykro, ale mam już pracę. Jak napisałem o tym Aldonce w smsie, odpisała: „TY GŁUPKU, ODDZWANIAJ SZYBKO ZANIM SIĘ ROZMYŚLĄ!!!1!”.

Oddzwoniłem. Nawet poszedłem na rozmowę rekrutacyjną, choć po niej też wróciłem zrezygnowany i pewien, że nie dostanę tej pracy.

W zeszły piątek pyknęły mi dwa tygodnie na nowym stanowisku. Udało się.

Dlatego zawsze, ale to ZAWSZE, trzeba wziąć głęboki oddech, zrobić krok w tył, i uzbroić się w

 

CHŁODNY REALIZM

(Z NUTKĄ OPTYMIZMU)

 

Pisałem we wstępie, że jestem typem analityka, ale prawdę mówiąc, wszyscy trochę jesteśmy. Zanim jeszcze zdążymy stawić czoła trudnej sytuacji, analizujemy, piszemy scenariusze i staramy się przewidzieć, jaki będzie jej finał. Bardzo często dzieje się tak, że robimy to wszystko pod silnym wpływem emocji. Jak jest dobry humor i korzystne samopoczucie, to niemożliwe nie istnieje i na każde wyzwanie mamy już opracowany plan, z góry zakładający odniesienie spektakularnego sukcesu. A jak humor nie dopisuje, to górę nad naszym zdrowym rozsądkiem bierze wewnętrzny pesymista, a scenariusze owszem, może i są, ale wszystkie w odcieniach nieba o północy.

(Czyli że czarne)

Najczęściej bywa tak, że nie wiemy jak to będzie. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć przyszłości. Niemądrze jest zakładać, że wszystko pójdzie po naszej myśli, choć równie niemądrze jest przewidywać porażkę.

Niezależnie od nastawienia i tego co podpowiada nam intuicja, zawsze warto próbować. (to właśnie ta nutka optymizmu)

Podejść do wyzwania/problemu z chłodną głową i mając w zanadrzu plan działania, dać z siebie absolutnie wszystko. Bo a nuż, akurat w ten dzień łut szczęścia skieruje swój promienny uśmiech w naszą stronę i uda się dostać wymarzoną pracę, pisząc przy okazji superpoczytny tekst na bloga. A jeśli nie, cóż - przynajmniej nie można mieć do siebie pretensji, że się nie spróbowało.

Właśnie w ten sposób próbuję radzić sobie z trudnymi sytuacjami i wyzwaniami. Niczego nie zakładam, ale mimo wszystko próbuję. Spróbowałem wyjechać do Stanów i posmakować legendarnej amerykańskiej wolności - udało się. Spróbowałem założyć bloga, by wreszcie zacząć pisać i publikować trochę szerzej, niż szuflada własnego biurka - jest i blog, choć do powiedzenia „udało się” jeszcze mi daleko. Spróbowałem przeprowadzić się do Poznania by znaleźć pracę i ułożyć sobie życie u boku ukochanej - mieszkam w Poznaniu i pracuję, a Aldonka siedzi obok i przesyła wam buziaki.

Nigdy nie zakładałem, że mi się uda. Próbowałem.

I nie żałuję.

 

___

Autorem zdjęcia w nagłówku jest Oliver Schwendener // źródło: unsplash.com