O tym, jak spełniłem swoje marzenie

To nie jest kolejny łzawy, motywujący tekst. Obiecuję.

 

Wiecie co, dziwna sprawa z tym marzeniami. Z jednej strony—fajnie że są, bo pozwalają oderwać się od codzienności, która, nie oszukujmy się, nie dla wszystkich jest łaskawa. Mówi się, że marzenia dodają nam skrzydeł; że każda «wielka» rzecz zaczyna się właśnie od czegoś, co powstało najpierw w głębokich zakamarkach naszej wyobraźni. Z drugiej strony—marzenia trochę mnie wkurzają. No bo tak: ja sobie coś wymarzę, mam to w głowie i wiem, że spełnienie tego marzenia uczyniłoby mnie szczęśliwszym człowiekiem; i nawet czuję się na tyle silny, aby po to marzenie sięgnąć, a tu jeb! Najpierw przecież muszę skończyć studia; jeb! Nie mam tyle kasy; jeb! Przecież nie zostawię wszystkich i wszystkiego; jeb! Dzisiaj wychodzi nowy odcinek „House of Cards”…

A marzenie jak się zjawiło, tak tkwi uparcie w głowie i za cholerę nie chce wyjść. No i co z takimi marzeniami począć? Czy nie lepiej byłoby nie marzyć? Czyż życie bez marzeń nie byłoby prostsze?

A jednak lubię sobie czasem pomarzyć. Tak z umiarem, bo jak mawia moja babcia: „co za dużo, to nie zdrowo”. Lubię wyobrażać sobie, że podróżuję motocyklem po dzikich zakątkach Ameryki Południowej. Lubię wizualizować siebie siedzącego w jednej z nowojorskiej księgarni, opowiadającego spragnionym słuchaczom o mojej ostatniej książce. Lub też myśleć, że za rok statystyki bloga będę podawał w dziesiątkach tysięcy. A za dwa lata w setkach. Później jednak zaprzestaje tych wszystkich wizualizacji, bo jak mawia moja babcia… Zresztą, sami wiecie. «Później» to czas na planowanie: czas na wymianę marzeń na cele.

 

CEL

 

Był prosty: wyjechać do Stanów.

Jest coś mitycznego w tym pełnym przeciwieństw i skrajności państwie. Kraj ten obrósł legendą ziemi obiecanej, krainy niczym nieograniczonych możliwości. Jego kultura oraz piętno, jakie odciska ona na dosłownie najdalszych zakątkach Matuli Ziemi sprawia, że «Ameryka» przyciąga tyle samo zwolenników, co przeciwników. Kolejnym po «przeciwieństwa» i «skrajności» określeniem, które przychodzi mi do głowy kiedy pomyślę o Stanach jest różnorodność: etniczna, rasowa czy przyrodnicza. Uparta jednak ze mnie bestia. Nie uwierzę, póki nie zobaczę na własne oczy. Nie jestem naiwny; nie ufam opinii ogółu, a wrodzona dociekliwość karze mi na własnej skórze przekonać się, co jest prawdą, a co mitem. Nie inaczej było ze Stanami.

Do U.S of A mam szczególny sentyment: po pierwsze, bo studiuję angielski, a amerykański akcent (szczególnie bostoński i nowojorski) jest moim ulubionym; po drugie, interesuje mnie amerykańska kultura, i biorę ją z połykiem ze wszelkimi jej absurdami. Miałem kiedyś przyjemność uczestniczyć w serii genialnych wykładów na temat historii literatury amerykańskiej. Siłą rzeczy, musieliśmy też zahaczyć o historię Stanów w ogóle, i wiecie co? To naprawdę kawał fascynującej opowieści.

Przez ostatnie dwa lata ciągnęło mnie tam strasznie. Marzyłem aby w końcu wylecieć za ocean, choćby na krótkie wakacje, jednak za każdym razem coś stawało mi na przeszkodzie. W końcu, czyli jakiś rok temu, powiedziałem sobie przysłowiowe dość. Wystarczy już tego «marzenia». Wyjazd do Stanów obrałem sobie za cel, a następną rzeczą, za jaką się wziąłem, była jego

 

REALIZACJA

 

Najpierw dokonałem szybkiej ewaluacji moich możliwości. Wiedziałem, że na taki wakacyjny wyjazd ciężko będzie mi uzbierać pieniądze. Jedyną możliwą opcją, a poza tym fajnym doświadczeniem, pozostało wzięcie udziału w programie typu work&travel.

Takich programów jest całe mnóstwo, a oferty krajów do których można wyjechać są przebogate. Kierunek mojej podróży był jasny. Później zdecydowałem, że pojadę na kamp, bo było to najtańsze rozwiązanie i tylko na nie było mnie stać. Wyjazdy na kamp są dosyć popularne wśród młodych ludzi chcących wyjechać do Stanów. Wystarczy zaliczyć pierwszy semestr studiów aby mieć aktywny status studenta i voila!: Ameryka otwiera przed tobą swe podwoje. Biur, które taki wyjazd «załatwiają» jest całe mnóstwo; ja zdecydowałem się powierzyć mój los ekipie Camp Leaders i nie żałuję. Ich oferta była najbardziej atrakcyjna cenowo, a ponadto służyli pomocą przy całym procesie aplikacji niemal 24 godziny na dobę.

Samo aplikowanie to dosyć długa i skomplikowana procedura. Zaczyna się od wypełnienia miliona nudnych rubryczek w stylu „dlaczego to ja jestem idealnym kandydatem do pracy na kampie” oraz „w jaki sposób mogę sprawić, aby dzięki mnie kamp funkcjonował lepiej?”. Później trzeba dostarczyć około czterystu tysięcy dokumentów i papierków, a na końcu nagrać jeden (na szczęście) filmik. A w nim oczywiście „dlaczego to ja jestem idealnym kandydatem do pracy na kampie” i tym podobne. Jeśli nasza aplikacja została pozytywnie rozpatrzona przez pracodawcę, a w tym roku k a ż d y kto aplikował z Camp Leaders dostał robotę, to pozostaje nam tylko rozmowa wizowa z konsulem (jakieś półtorej minuty) i już możemy zaczynać pakowanie walizek.

Nie myślcie sobie jednak, że poszło mi tak łatwo jak to właśnie zaprezentowałem. Nie mogło się przecież obyć bez

 

TRUDNOŚCI

 

Pierwszą z nich były, a jakże, pieniądze. Cena takiego wyjazdu, wliczając w to opłatę za program, koszt wizy oraz potrzebne dokumenty zamyka się w granicach 3000 zł. Może i nie jest to jakaś zawrotna kwota, ale przed kimś, kto studiuje w trybie dziennym, pracuje na—uwaga—3/10 etatu, a wypłata wraz ze skromnym stypendium jest jego jedynym źródłem utrzymania, zaoszczędzenie trzech tysięcy złotych stwarza nie lada wyzwanie. Serio, musiałem się ostro nakombinować, żeby uciułać kasę na wyjazd, a i tak nie obyło się bez pomocy rodziny (za którą jestem im dozgonnie wdzięczny!).

Kolejną trudnością było znalezienie czasu na ogarnięcie wszystkich spraw związanych z wyjazdem. Rzeczy do załatwienia było całkiem sporo, chociaż ich liczba nie była przytłaczająca. Mimo wszystko, była to kolejna cegiełka do wciśnięcia w i tak już zawalony grafik. Pamiętam też, że kiedy zbliżał się termin załatwienia czegoś (rozmowa wizowa, szkolenie itp.), to za każdym razem w jakiś sposób kolidowało to z moimi innymi obowiązkami. Za każdym razem!

Czasami problem stanowili też ludzie. Ogólnie wsparcie ze strony rodziny czy znajomych było mega—każdy dopingował mi w tym przedsięwzięciu i «zazdrościł», że się na coś takiego porwałem. Zdarzyło się jednak kilka osób, które na wieść o moim wyjeździe zareagowały w stylu: „na co?”, „po co?”, „przecież to niebezpieczne” oraz „co on znowu wymyślił!”. Nie mam problemu z ludźmi wyrażającymi swoje zdanie na temat tego, co robię czy też jakim człowiekiem jestem, ale takie docinki w każdym potrafią zasiać ziarenko wątpliwości. Ja wyleczyłem się z nich bardzo szybko; zapytałem sam siebie, co uczyni mnie bardziej szczęśliwym: wyjazd czy zostanie w domu? Odpowiedź już znacie.

Ale po co ja to w ogóle piszę?

 

 

 

———

 

 

 

Czuję, że coś osiągnąłem. Naprawdę. Nie często mi się to zdarza, bo zwykle narzucam sobie wysokie standardy, przez co wszystkie małe sukcesy nie są dla mnie godne nazwania ich «osiągnięciami». Jednak teraz, kiedy do końca mojego kontraktu został dosłownie jeden dzień (sic!), czuję, że naprawdę coś osiągnąłem. Jestem z siebie dumny, bo praca tutaj była nie lada wyzwaniem.

Nie piszę jednak tego tekstu, żeby się pochwalić; do takiej próżności to mi jeszcze daleko. Piszę, bo chce wam coś przekazać. Słuchacie uważnie? OK. Jeśli się bardzo chce, to można naprawdę dużo. Bez ściemy. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że można w s z y s t k o, jednak dzisiaj jeszcze się do niego nie posunę.

Bardzo przyjemnie jest podchodzić do życia z takim nastawieniem. Problemy wydają się prostsze do rozwiązania, a marzenia wreszcie wydostają się z głowy i przychodzą na świat w postaci celów spisanych na kartkach. Z długą listą punktów prowadzących prosto do ich zrealizowania. Jak wejdziemy w posiadanie takiej kartki, to dalej jest już z górki: wystarczy dać z siebie absolutnie wszystko i mocno wierzyć, że mimo wszelkich przeciwności nam się uda, a sukces mamy gwarantowany.

Mnie udało się zrealizować jedno z moich marzeń. W kolejce czeka jeszcze setka kolejnych, ale po tym sukcesie czuję się silniejszy. Jak już wrócę do Polski, zamierzam usiąść przy biurku ze świeżą kartką papieru. Jeszcze nie zdecydowałem, co się na niej znajdzie.

 

 

P.S.: Nie licząc dzisiaj, naprawdę został mi tylko jeden dzień pracy. A to oznacza, że już w poniedziałek wyślę do was pierwszego Snapa z Nowego Jorku! Nie możecie tego przegapić! Bierzcie więc szybciutko wasze smartfony w rączki, i wklepujcie ładnie: jakubpe.official. Jak zobaczycie moje logo, to puknijcie w „Dodaj” i voila! Gotowe!

Tą samą operację wykonajcie dla Facebooka, Instagrama, a także Twittera. Może do tej pory nie za dużo się tam działo, ale zamierzam się wziąć ostro do pracy. Stay tuned!