Opowieści z Filadelfii

Śmierdziało.

To znaczy nie zawsze i nie wszędzie, a odór intensywnością nie różnił się zbytnio od napotkanego w innych miastach wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych, ale jednak; pierwszym doznaniem sensorycznym, jakim uraczyła nas filadelfijska ziemia, był smród. A ściślej: smród wydobywający się z pobliskiego śmietnika, przy którym zaparkował nasz autobus.

Śmierdziało też później.

Śmierdziało znienacka, kiedy w metrze, siedzenie obok, usiadł starszy pan w stanie wskazującym nadmierne spożycie alkoholu przez ostatnie 300 lat; i śmierdziało całkiem przewidywalnie, gdy drugą godzinę błądziliśmy po przepastnym targu rybnym, choć nawigacja próbowała przekonać nas, że właśnie tutaj znajdziemy najlepsze w mieście philly cheese steaki. Poza tym, Filadelfii zdarzało się śmierdzieć zupełnie bez powodu: w zasięgu wzroku żadnego śmietnika, bezdomnego, czy tym bardziej targu rybnego, a mimo to w powietrzu wyraźnie czuć było nieprzyjemny zapach.

Oprócz doznań olfaktorycznych, rzutujących na naszą opinię odnośnie zaplecza sanitarnego miasta, Filadelfia dostarczała też nieprzyjemnych bodźców wzrokowych. Często-gęsto były to wszędobylskie śmieci, walające się beztrosko po chodnikach i ulicach, czasem to stan miejskiej infrastruktury pozostawiał wiele do życzenia, a najczęściej: wszechobecni bezdomni. Poważnie - ludzi, których życie kopnęło z impetem w dupę i wyrzuciło na bruk było (jest?) w Filadelfii mnóstwo.

No dobra, trochę się zagalopowałem. Nie zrozumcie mnie źle: to nie jest tak, że Filadelfia jest jakimś siedliskiem brudu, zła i nieczystości wszelakiej. Moim zdaniem, pod względem atrakcyjności miasto wypada nieco gorzej na tle bliższych i dalszych sąsiadów ze Wschodniego Wybrzeża, lecz nie oznacza to, że jest całkowicie pozbawione zalet. Weźmy na przykład takiego philly cheese steak'a - już dla samej kanapki warto tam jechać.

Na moje wrażenie nieczystości miasta wpływ miał zapewne również fakt, że jeszcze przed kilkoma dniami chadzaliśmy ulicami Waszyngtonu, prawdopodobnie najbardziej zadbanej i dopieszczonej metropolii całych Stanów. Przeniesienie się ze stolicy Amjeryki do Filadelfii było więc trochę jak opuszczenie słonecznego Saint-Tropez czy wspaniałego Monte Carlo na rzecz … nie wiem … Radomia.

Rozumiecie?

Wreszcie, do tego worka wrażeń i opinii pt. „Filadelfia 2016” swój wkład miało także miejsce, w którym zatrzymaliśmy się na nocleg. Powiem tak: zdarzało mi się spać w różnych dziwnych miejscach i doświadczać w nich różnych dziwnych rzeczy, ale to, co przeżyłem w Filadelfii … Ten epizod szczególnie wart jest uwiecznienia na piśmie.

Ale od początku.

 

fot. własna

fot. własna

 

Jak zwykle, ofertę znaleźliśmy na airbnb podczas planowania naszej wielkiej podróży po Stanach.

To znaczy nie od razu i, jak już możecie przypuszczać, wcale nie była to oferta, na widok której nasze ślinianki przeszły w tryb hiperprodukcji. Co więcej, dokładnie pamiętam, jak przyrzekaliśmy sobie, że szerokim łukiem będziemy omijać tego typu ogłoszenia: trzy koślawe zdjęcie, których równie dobrze mogłoby w ogóle nie być, bo nic na nich nie widać; zdawkowy opis oferowanych usług oraz miniaturka zdjęcia profilowego tylko potwierdzająca twoje przypuszczenia, że ktokolwiek je robił - nie ma pojęcia o wystawianiu ogłoszeń.

A później wszystko chuj trafił i na tyle się zdały nasze przyrzeczenia.

Najpierw okazało się, że budżet, który zaplanowaliśmy na noclegi, jest znacznie, ale to znacznie szczuplejszy niż pierwotnie zakładaliśmy. By wyobrazić sobie, jak bardzo szczuplejszy, pomyślcie o Arnoldzie Boczku stojącym obok Anniyji Rubik; mniej więcej tyle.

Nieco później miała miejsce nasza kuriozalna potyczka z serwisem airbnb oraz bankiem, wskutek której musieliśmy czekać dwa tygodnie na odmrożenie środków na koncie. Dwa tygodnie mogą nie wydawać się długim czasem - w końcu czymże są dwa tygodnie? kroplą w morzu naszego życia! - a jednak spokojnie wystarczyły, by z sieci zniknęły dosłownie wszystkie ogłoszenia warte uwagi. Zniknęły również ogłoszenia tej uwagi niewarte; takie, przy których mając do wyboru jedno z takich albo perspektywę spędzenia nocy pod gołym niebem, zaczynasz wmawiać sobie, że w sumie spanie na dziko nie jest takie złe, a poza tym to będzie wspaniała przygoda i świetna historia do opowiedzenia wnukom. „Ach, Andrzejku, co to była za noc! Pamiętam, że ledwo uszliśmy z życiem przed bandą czarnoskórych bandytów. A babcie to prawie zgwałcili! To dopiero były czasy …”.

Na szczęście lub nie - to już kwestia indywidualnej interpretacji - w ostatniej chwili trafiliśmy na ogłoszenie Harry'ego.

Na pierwszy rzut oka, oferta wydawała się całkiem OK. W ogłoszeniu było kilka zdjęć, które coś tam sobą przedstawiały, opis nie był całkiem bezwartościowy, a facet na zdjęciu nie wyglądał na psychopatycznego mordercę. No dobra, umówmy się: szczyt luksusu to to nie był. Nie był to nawet pagórek luksusu, a co najwyżej jakaś kupa gruzu, która nigdy nic wspólnego z żadnym szczytem nie miała, ale nie byliśmy w pozycji żeby wybrzydzać. Jeszcze tylko rzut oka na opinie i … yyy …

O kurwa.

W przeważającej części komentarze były pozytywne. Ludzie pisali, że owszem, na nadmiar luksusu nie można narzekać, a wręcz odwrotnie, zdecydowanie nie jest to miejsce dla osób ceniących sobie komfort i wygodę, ale, koniec końców, przecież nie do nich kierowane jest ogłoszenie. Dla przeciętnego «backpackersa» szukającego taniej kimy powinno styknąć. Tyle że potem ci sami ludzie dodawali, że nawet przy najszczerszych chęciach nie określiliby dzielnicy, w której znajdowały się oferowane pokoje, mianem bezpiecznej. Nie trafiliśmy chociaż na zwykłe „OK” czy „ogólnie syf, ale da się przeżyć”; wręcz przeciwnie. Ludzie doradzali, że jeśli ktoś podróżuje samochodem, to furę lepiej niech zostawi na strzeżonym parkingu 10 mil dalej, bo jak zaparkuje w okolicy, to po pierwszej nocy z samochodu zostaną co najwyżej kluczyki na szafce nocnej.

„Dobrze, że nie podróżujemy autem!” rzuciłem wtedy do Aldonki, ale żart jakoś nie przypadł jej do gustu.

Nie mając innego wyboru kliknęliśmy w przycisk „Rezerwuj”.

Trzy tygodnie później byliśmy już Filadelfii.

 

fot. Ashim D'Silva / unsplash.com

fot. Ashim D'Silva / unsplash.com

 

Zacznijmy od tego, że wynajmowany przez nas pokój znajdował się w małym domku jednorodzinnym, położonym na totalnym wypizdowiu. Domek ten był jedynym budynkiem na calusieńkiej ulicy, a jakby tego było mało, wyglądał na typowy amerykański szeregowiec. Całość sprawiała więc wrażenie, jakby ktoś postanowił zrównać z ziemią sąsiedztwo, ale ten jeden dom jakimś cudem ocalał. Sterczał tam jak pryszcz na czole, a działki wokół niego usłane były gruzem, śmieciami i brakiem nadziei.

Mmm. Uroczo.

Jak już doszliśmy do siebie po nędznym widoku, jaki przedstawiał sobą domek, przyszedł czas stawić czoło przeznaczeniu i zapuścić się do jego wnętrza. No więc podchodzę do drzwi, naciskam dzwonek, czekamy. Nic. Naciskam jeszcze raz, tym razem z większą siłą, bo każdy wie, że im mocniej naciska się dzwonek drzwi, tym donośniej informuje on ludzi w środku, że ktoś się do nich dobija. Podziałało.

Postać kobiety, która pojawiła się w szczelinie między drzwiami a framugą, nie wyróżniała się niczym szczególnym. Ot, kolejna krótko obcięta blondynka w średnim wieku, jakich świat widział miliony. Ale było w jej zachowaniu coś … niepokojącego. Nie odezwała się słowem, tylko patrzyła na nas wyczekująco.

Odzyskawszy język w gębie, zacząłem tłumaczyć, że my z airbnb, że zarezerwowaliśmy pokój numer 2 na parę nocy, i że bardzo przepraszamy za spóźnienie, ale wie pani, korki na mieście, w metrze ścisk, duchota, a my z tymi walizami, więc trochę zeszło. Kobieta nie sprawiała wrażenia, żeby cokolwiek z tego bełkotu zrozumiała, ale najwyraźniej uznała go za wystarczające wyjaśnienie, bo po chwili rzekła z uśmiechem: „Come on in”, i wpuściła nas do środka.

Wewnątrz kobieta poinformowała nas, że Harry'ego, właściciela przybytku, chwilowo nie ma, że ona dba o dom pod jego nieobecność, i że możemy się rozgościć i poczuć jak u siebie. Powiedziała to i … tyle. Nic więcej. Po prostu stała tam i patrzyła na nas bez słowa, kiwając głową i dziwnie się uśmiechając.

Okeeeeej … ?

Chcąc rozluźnić nieco atmosferę pomyślałem, że być może czas się przedstawić, a skoro już o przedstawianiu mowa, to przecież w zanadrzu mam doskonały żart sytuacyjny związany z moim imieniem. Otóż, uwaga, żart brzmi następująco: „Hi! My name is Kuba. You know, like the country Cuba, but it spells with «k»”.

Badum-tss!

Oczekując soczystych salw śmiechu, tarzania się po podłodze i generalnej histerii, przywołałem na twarz uśmiech człowieka, który właśnie powiedział najśmieszniejszy kawał na świecie, lecz żadna z powyższych reakcji nie nastąpiła. Zamiast tego Aldonka, z wyrazem lekkiego zażenowania na twarzy, spytała jej, czy moglibyśmy zobaczyć pokój, na co dziwna pani chętnie się zgodziła. I kiedy chwyciliśmy za walizki i zaczęliśmy wchodzić za nią po schodach, nastąpiła najdziwniejsza rzecz pod słońcem: kobieta zaczęła się śmiać.

Uwaga, powtarzam jeszcze raz: KOBIETA ZACZĘŁA SIĘ ŚMIAĆ.

Nie to, żebym nie uważał własnych żartów za śmieszne, tyle że … Od jego opowiedzenia do momentu, w którym kobieta nagle ryknęła śmiechem, minęły dobre trzy minuty. Albo więc zrozumienie mojego dowcipu zajęło jej aż tyle czasu, albo mieliśmy do czynienia z psychopatyczną morderczynią, która właśnie uświadomiła sobie, że oto kolejna para niczego nieświadomych turystów trafiła do jej domu-rzeźni, a ona będzie dziś zajadać ich serca i wątroby na kolację, popijając świeżo utoczoną krwią.

Tak tylko mówię.

 

fot. własna

fot. własna

 

Pokój numer 2 urządzony był standardowo. W zasadzie nie miał prawa być urządzony inaczej, bo na jakąkolwiek ekstrawagancję zwyczajnie nie było miejsca. W jego środku znajdowała się niewielka szafa, mały stolik z krzesłem oraz łóżko. TO łóżko, powinienem napisać.

Ja od razu wiedziałem, że z tym łóżkiem jest coś nie tak. Już od momentu, w którym po raz pierwszy na nim usiadłem, na co łóżko niemal natychmiast odpowiedziało skrzypnięciem. Przeciągłym i złowrogim skrzypnięciem, muszę dodać. Skrzypnięciem złowieszczym niczym westchnienia kata przed egzekucją. Skrzypnięciem zwiastującym cierpienie i ból, mękę i udrękę, katusze i torturę.

Tak, to nie było przyjazne skrzypnięcie.

Bo to nie było przyjazne łóżko.

A wszystko zaczęło się o północy ...

 

fot. własna

fot. własna

 

JEB!

Najpierw pierdolnął drewniany kołek podtrzymujący żebrowy stelaż, na którym spoczywał materac. Ze snu wyrwał mnie głośny trzask i poczułem, że delikatnie zapadam się do środka. Nieludzkim wysiłkiem zwlokłem się z wyra i zapaliłem światło, żeby sprawdzić, co tu się wyprawia po nocy. Po chwili bezsensownego gapienia się i drapania po głowie doszedłem jednak do wniosku, że nie mam ani narzędzi, ani tym bardziej ochoty, żeby się tym zająć, więc najlepszym wyjściem z sytuacji będzie wrócić do spania. Do rana łóżko powinno wytrzymać, a ewentualną naprawą będę martwił się jutro. Zgasiłem światło, podszedłem do łóżka i położyłem się na nim ostrożnie. Kołek jęknął cicho, wytrzymał.

JEB! JEB!

Następne w kolejce były deseczki tworzące żebrowy spód łóżka. Druga seria trzaśnięć była na tyle głośna, by zbudzić śpiącą kamiennym snem Aldonkę, która uchyliwszy jedną powiekę szybko stwierdziła, że nic tu po niej i tylko okryła się szczelniej kołdrą. Tym razem materac tworzył już spore zagłębienie, a my, jeszcze do niedawna śpiący na przeciwległych krawędziach łóżka, teraz leżeliśmy dotykając się plecami. Pomyślałem, że kołek jednak nie wytrzymał i zapadł się jeszcze bardziej, ciągnąc za sobą deseczki. Zrobiłem szybką kalkulację w głowie i wyszło mi, że tym bardziej nie mam co z tym zrobić. Chuj tam, że śpimy jak dwa dziki w jakimś dole w lesie. Do rana wytrzymamy, a później się pomyśli …

JEB, JEB, JEB!

Zanim na dobre zdążyłem znowu zasnąć, rozjebało się chyba wszystko, co mogło: połamane były deseczki, drewniany kołek, a pewnie i nasze kręgosłupy. Materac zapadł się całkowicie na podłogę a my, uwięzieni w jego wnętrzu jak w pułapce, wymachiwaliśmy kończynami niczym przewrócony na skorupę żółw, kopiąc się przy okazji po twarzach. W końcu udało mi się jakoś wygramolić, pomogłem wyjść wciąż zaspanej Aldonce.

Jest 3 w nocy, łóżko jest totalnie rozjebane, w domu ani żywej duszy.

No teraz to już choćbym nie wiem jak bardzo chciał, już na 100% nic z tym nie zrobię.

Niewiele się zastanawiając, chwyciłem za materac i położyłem go na ziemi obok łóżka.

Rozjebane łóżko rozjebanym łóżkiem, ale człowiek spać musi.

 

 

———

 

 

Na drugi dzień wysłaliśmy wiadomość do właściciela mieszkania o tym, że pierdolnęło. Jakiś czas później dostaliśmy odpowiedź: „Łóżko naprawione. Cokolwiek działo się poprzedniej nocy - nie róbcie tego więcej”.