Ostatni dzień reszty twojego życia

Czas czytania
7 minut
Doskonale pamiętam ten dzień.

Dochodziła 18. Przez okna do środka budynku sączyły się promienie słońca, rozświetlając drobinki kurzu wirujące w powietrzu. Było ciepło. Gorąco. Duszno. Siedzieliśmy na ławce w kilka osób, większość już „po”. Do ustnej matury z języka polskiego podchodziłem jako jeden z ostatnich.

Pamiętam, że choć siedziałem wtedy na ławce ze znajomymi, próbując zdławić rozmową mdlący mnie stres, to moje myśli poszybowały do zupełnie innej galaktyki. Galaktyka ta nazywała się „Moja przyszłość”, a ja z każdą przybliżającą mnie do egzaminu minutą nabierałem pewności, że następne pół godziny przesądzi o tym, jakiego nabierze ona kształtu; czy będzie mroczna i ponura, niczym w Bladerunnerze 2049, czy raczej przypominać będzie kreskówkowy świat studia Hanna Barbera.

Siedziałem, i kiedy byłem już pewien, że nie pamiętam absolutnie niczego, co wkuwałem namiętnie przez ostatnie kilka dni, zasiadająca w komisji nauczycielka uchyliła drzwi sali i odczytawszy moje nazwisko, zaprosiła mnie gestem do środka. Wstałem, wziąłem głęboki oddech i poprawiwszy niedbałym ruchem krawat, ruszyłem na spotkanie z przeznaczeniem.

Już po wyjściu z sali stwierdziłem, że wcale nie było tak źle. Co prawda nie wróżyłem sobie dobrego wyniku, zważywszy na to, że w połowie wygłaszania prezentacji niechcący zdarłem sobie skórkę z paznokcia zalewając krwią cały palec i do końca egzaminu próbowałem zamaskować to przed komisją, ale mocno liczyłem na to, że zdobędę wymagane 30%.

Zdobyłem 86.

Usłyszawszy werdykt stwierdziłem, że te matury to wcale nie jest taka straszna rzecz i dlaczego ja w ogóle się nimi stresowałem.

Dwanaście miesięcy później skończyłem pierwszy rok studiów i nie pamiętałem już któregokolwiek z uzyskanych na maturze wyników.

 

To ja w przeddzień matury.
To ja w przeddzień matury.

 

Istnieje kilka momentów w życiu, które otaczający cię ludzie będą nazywać „przełomowymi”; ci sami ludzie będą wmawiać ci, iż momenty te są na tyle ważne, że zdefiniują resztę twojego życia, a co istotniejsze, zdefiniują ciebie na resztę twojego życia. I że jeśli się nie przyłożysz i je zawalisz, to koniec; przegrałeś.

I już do końca swojego żywota będziesz musiał mierzyć się z konsekwencjami tej klęski.

Nie brzmi zbyt optymistycznie, prawda?

No nie. Ale spokojnie; zaraz poprawię ci humor. Musisz bowiem wiedzieć, że wszystko co przeczytałeś w pierwszym akapicie tej części tekstu, to GÓWNO PRAWDA.

Uznawanie jakiegokolwiek momentu czy wydarzenia w życiu człowieka za taki, który determinuje jego resztę, jest konceptem najzwyczajniej w świecie błędnym. Z jednego prostego powodu: koncept ten zakłada, że po takim wydarzeniu niczego już nie można zmienić; że oto w tym momencie moje życie aż do samego końca zostało odgórnie zdefiniowane, a ja nic z tym nie mogę zrobić. A czy rzeczywiście tak jest?

Czy jeśli nie zdałbym matury, to już nigdy, przenigdy nie miałbym możliwości pójścia na studia? Czy jeśli nie dostałbym się na interesujący mnie kierunek przy pierwszym podejściu, to nie mógłbym pójść na studia w ogóle? Czy jeśli nie skończyłbym żadnych studiów, to moje życie obróciłoby się w katastrofę, a ja na pewno nie poradziłbym sobie w żaden inny sposób?

Słyszysz?

Słyszysz, jak idiotycznie brzmią te pytania?

 

 

We wstępie celowo nawiązałem właśnie do matury, bo to jedno z tych wydarzeń, które ludzie — a zwłaszcza nauczyciele — upodobali sobie szczególnie w określaniu mianem „przełomowego”.

Pamiętam, że kiedy byłem w klasie maturalnej, dosłownie każdy nauczyciel pod którego skrzydłami miałem „przyjemność” zdobywać wiedzę, nie mówił o niczym innym niż o maturze; no, może z wyjątkiem wuefisty. Wszyscy tłukli nam do głów, że egzamin maturalny to najważniejszy moment w naszym życiu, i że jeśli go zawalimy, to już nie ma dla nas ratunku. Niezdana lub słabo zdana matura sprawi, że nie dostaniemy się na „dobre” studia, a jeśli nie ukończymy „dobrych” studiów, wiadomo — nie ma szans, żebyśmy dostali dobrze płatną pracę. A skoro nie dostaniemy dobrze płatnej pracy, to nie ułożymy sobie życia, nie założymy rodziny, itd., więc równie dobrze od razu możemy wyjechać za granicę zbierać ziemniaki, bo na lepszą przyszłość i tak nie mamy co liczyć.

Zabawne, że to właśnie nauczyciele, czyli ludzie PO studiach, mówili nam o tym, że jeśli nie ukończymy żadnych, to nie dostaniemy dobrze płatnej pracy. Powtarzam: NAUCZYCIELE; DOBRZE PŁATNEJ PRACY.

Ustalmy sobie coś: jedyną funkcją matury jest określenie tego, o przyjęcie na jaki kierunek studiów możemy się starać. Im wyższy wynik tym „lepszy” kierunek i bardziej prestiżowa uczelnia w naszym zasięgu, i odwrotnie: jeśli nie poszło nam za dobrze, to prawo czy medycynę na UJocie trzeba sobie będzie odpuścić. To wszystko. Wynik na świadectwie maturalnym nie determinuje reszty życia człowieka, nie ma żadnego znaczenia w jakimkolwiek innym aspekcie życia człowieka, a co ważniejsze, w żaden sposób nie określa wartości człowieka. Liczy się tylko przy aplikowaniu na studia.

Czy myślicie, że w trakcie rozmowy o pracę w którymkolwiek jej momencie rekruter zapytał mnie o wyniki matury? Albo czy gdy aplikowałem o wizę pracowniczą na wyjazd do Stanów, to konsul koniecznie chciał dowiedzieć się, ile procent miałem z matmy?  Nie, bo w obydwu tych kontekstach matura nie miała absolutnie żadnego znaczenia!

 

–––

 

Kolejnymi wydarzeniami, które w naszych czasach zwykło się określać mianem definiujących to, w jaki sposób będzie wyglądać reszta naszego życia, jest wybór kierunku studiów, a także ukończenie studiów w ogóle.

O wybieraniu kierunku piszę więcej w tym tekście, więc wszystkich zainteresowanych odsyłam pod kryjący się w hiperłączu adres. W dużym skrócie: nie uważam, żeby zdecydowanie się na ten lub inny kierunek studiów definiowało naszą przyszłość — bo przecież studia można rzucić, zmienić lub jeszcze w ich trakcie zacząć robić coś zupełnie innego.

Podobnie rzecz ma się z ukończeniem studiów: nie sądzę, by fakt, że skończyło się polonistykę oznaczał automatycznie, iż jedyną rzeczą jaką można będzie robić po studiach, jest nauczanie języka polskiego. I najlepszym tego przykładem jestem ja sam — Wasz Jakub! W zeszłym roku skończyłem filologię angielską ze specjalizacją z tłumaczeń i literatury, a od niemal roku pracuję jako … grafik. I chociaż moja praca wymaga ode mnie znajomości języka angielskiego, to tak naprawdę nie ma nic wspólnego ani z tłumaczeniem, ani z literaturą!

Uprzedzając pełne oburzenia komentarze — nie uważam też, żeby nieukończenie studiów w ogóle, z obojętnie jakiego powodu, negatywnie determinowało resztę naszego życia. Znam sporo przypadków ludzi, którzy rzucili studia w trakcie w pełni świadomie, i to była jedna z lepszych decyzji w ich życiu. Znam i takie osoby, na których życie rzucenie studiów nie wpłynęło ani szczególnie pozytywnie, ani negatywnie. Znam również osoby, które w ogóle nie studiowały i mają się dobrze. I chociaż jestem za, jeżeli chodzi o studiowanie w ogóle, a nawet sądzę, że jeśli już się studia zaczęło, to warto byłoby je skończyć, to daleko mi do twierdzenia, jakoby ludziom po studiach w jakikolwiek sposób było w życiu łatwiej.

W tekście odnoszę się do matury i studiów jako tych wydarzeń, które często błędnie określane są jako przełomowe lub definiujące nasze życie, bo jest to temat na czasie. Nie mniej jeśli dobrze się zastanowić, można dojść do wniosku, że żadne wydarzenie w naszym życiu nie definiuje go całkowicie, ani też nie definiuje nas samych jako ludzi. I mam na myśli zarówno te pozytywne, jak i negatywne wydarzenia.

O niepostrzeganiu życia jako zbioru pojedynczych wydarzeń czy też poszczególnych etapów bardzo ciekawie mówi Karol Paciorek w jednym ze swoich vlogów. Twierdzi on, że o życiu lepiej jest myśleć jak o linii ciągłej, na której te wydarzenia i etapy się znajdują, ale nie wpływają na jej ostateczną formę i kształt. Bo, jakby nie patrzeć, po każdym takim wydarzeniu, nie ważne jak negatywne lub pozytywne by nie było, przychodzi kolejny dzień. I kolejny dzień. I jeszcze jeden.

Linia biegnie dalej.

We wstępie napisałem, że rok po zdaniu matur nie pamiętałem już jakie wyniki osiągnąłem, ale tak naprawdę egzaminy maturalne przestały mi się wydawać ważne dużo wcześniej; w zasadzie jak tylko dostałem się na studia. Wydarzenie, które (błędnie!) jeszcze trzy miesiące temu uznawałem za przełomowy moment w swoim życiu, kompletnie straciło na znaczeniu. A minęły tylko trzy miesiące!

Tak więc każde wydarzenie w życiu, choć z pozoru może wydawać się końcem świata lub wielkim sukcesem, z czasem stopnieje, zmaleje i rozejdzie się po kościach, a w jego miejsce pojawią nowe wyzwania i problemy.

Bo życie toczy się dalej.