Po co ci olej w związku

Czyli o filarach trwałego związku.

Jakiś czas temu pisałem, że Bez fizyczności nie ma szans na udany związek. W tekście mówiłem o tym, że dla mnie «fizyczność», rozumiana jako dowolna forma kontaktu fizycznego, czyli (uwaga, cytat) „zarówno buzi-buzi i chodzenie za rączkę, jak i na misjonarza, kominiarza i «od tyłu»”, jest odpowiedzialna za magnetyzm między dwojgiem ludzi. Absolutnie nie mam zamiaru wycofywać się ze swojej opinii; w dalszym ciągu uważam, że to fizyczność jest «paliwem», które napędza związek, nie mniej jednak... Cóż, jak obwieścił jeden z komentujących: „nie samym seksem człowiek żyje”. No racja.

Dlatego dzisiaj pogadamy o oleju.

We wspomnianym tekście porównałem związek do silnika spalinowego. Taki silnik to dosyć skomplikowana rzecz (podobnie jak związki); szczególnie dla kogoś, kto nawet do wymiany «letnich» na «zimówki» potrzebuje specjalisty, nie mniej jednak raz jeszcze narażę się wszystkim mechanikom i zaryzykuję stwierdzenie, że do prawidłowego działania silnik potrzebuje trzech podstawowych płynów: paliwa, płynu chłodniczego i oleju.

Dlaczego potrzebne jest paliwo wie chyba każdy. Funkcja płynu CHŁO-DNI-CZE-GO też wielką zagadką nie jest. Olej natomiast odpowiada za „smarowanie części ruchomych silnika, aby zapobiec ich zatarciu”. Innymi słowy: jeśli tego oleju zabraknie, to silnik stanie. Na «ament». I już więcej nie odpali.

Straszne, nie?

 

CZYM JEST OLEJ?

 

Jeśli chodzi o związki, to wg mnie takim «olejem» jest przyjaźń.

Przyjaźń kojarzy mi się z czymś solidnym, trwałym. Prawdziwa przyjaźń potrafi trwać długie lata. To więź potrafiąca przezwyciężyć małe nieporozumienia, wielkie kłótnie i raniące słowa. Dlaczego? Ponieważ przyjacielskie relacje to relacje oparte na zrozumieniu i akceptacji, a także czystej, niczym nie podszytej chęci bycia ze sobą. Na potrzebie bycia ze sobą.

 

 

Jak to się ma w odniesieniu do związków?

Pomyślcie o tym: spotykacie kogoś nowego i od początku znajomości ten ktoś wydaje się wam wyjątkowy. Czujecie przy nim motylki w brzuszku i lekkie zaburzenia równowagi emocjonalnej. Z wzajemnością, rzecz jasna. Sprawy nabierają rozpędu i po jakimś czasie zaczynasz mówić do tego kogoś „mój serdelku”, „moja kluseczko”, itp.; słowem: jesteście parą.

Pierwsze trzy do sześciu miesięcy to jazda na endorfinowym haju. Etap kompletnego zauroczenia, upajania się własnymi ciałami i absolutny tryumf «fizyczności» nad jakimkolwiek innym aspektem związku. Kochacie się jak szaleńcy, dosłownie i w przenośni, a życie płynie wam na zaspokajaniu swoich rozszalałych, cielesnych potrzeb. Wspólnie spędzane wieczory to najczęściej romantyczne kolacje przy lampce wina, poprzedzone romantycznym spacerem w romantycznym parku, podczas którego wyznajecie sobie nawzajem miłości. Siedemnaście razy. Wasi znajomi zaczynają się o was martwić, a po pierwszym miesiącu przestają dzwonić z pytaniem o wyjście na piwo. Po trzecim zdajesz sobie sprawę, że nie masz już znajomych.

A później przekraczacie granicę sześciu miesięcy, i... Coś się psuje.

Seks, jak i również cała to romantyczność trochę wychodzi wam bokiem. To nie jest tak, że w ogóle przestajecie się kochać, całować itd. Po prostu sama «fizyczność» już nie wystarcza. W waszym związku zaczynają pojawiać się zgrzyty i tarcia, a temperatura rośnie. Drobne sprzeczki przeradzają się w coraz to bardziej poważne kłótnie. Przydałoby się coś na te «tarcia» i «zgrzyty». Tak, przydałby się olej.

 

BARIERA SZEŚCIU MIESIĘCY

 

To oczywiście bariera umowna. Czasami aby dowiedzieć się, czy partnera możesz nazwać swoim przyjacielem, potrzebujesz mniej lub więcej czasu.

Jestem zdania, że obecność różnych osób w naszym otoczeniu wymusza na nas pewne zachowania. Przy rodzicach nie przeklinamy, w rozmowie ze znajomymi nie poruszamy intymnych spraw itd. To samo dzieje się, kiedy poznajemy nową osobą: zachwyceni możliwością wykreowania wizerunku, czasem zachowujemy się troszkę inaczej niż zwykle. To normalne.

Problem powstaje w momencie, kiedy zwykła znajomość przeradza się w coś więcej. Zachodzi obawa, że jeśli zaczniemy «być sobą» możemy zostać odrzuceni, nie zaakceptowani. Nie można jednak wiecznie «grać» kogoś, kim się nie jest. Każdy w końcu, zmęczony udawaniem, pokazuje prawdziwe oblicze.

To właśnie «bariera sześciu miesięcy».

To moment, w którym romantyczne zauroczenie mija, a do głosu dochodzi szara codzienność. Kiedy sama «fizyczność» przestaje wam wystarczać, a potrzeba czegoś więcej.

Potrzeba przyjaźni.

 

DLACZEGO PRZYJAŹŃ TO OLEJ?

 

Po pierwsze, tak jak wspomniałem wcześniej, bo kojarzy mi się z czymś solidnym; dajmy na to z maszyną, w której wszystkie «tryby» idealnie ze sobą współpracują. Po drugie, bo przyjacielska relacja to chyba ta najbardziej otwarta ze wszystkich. To relacja, którą w równym stopniu budują dobre, jak i te złe momenty. Przyjaciel nie tylko pocieszy, ale potrafi dać w mordę i krzyknąć: „Ty weź się w końcu ogarnij!”. No idealny materiał na partnera.

 

 

Zobacz, jeśli mielibyśmy bazować na powszechnej opinii kim jest przyjaciel, to z całą pewnością przytakniecie zgodnie, jeśli stwierdzę że przyjaciel to osoba, której można powiedzieć wszystko. Przyjacielowi można powierzyć swój sekret wiedząc, że go nie zdradzi. Można zapytać o zdanie w jakiejś ważnej kwestii wierząc, że wyrażona opinia będzie szczera i bezstronna, mająca na uwadze tylko i wyłącznie nasze dobro. Można też po prostu się wygadać: wyrzucić z siebie rzeczy, które powoli zaczęły kisić się w środku, wydzielając nieprzyjemny zapach. Dobry przyjaciel powinien umieć wysłuchać, a później pogłaskać po główce i pocieszyć, udzielić rady. Ewentualnie wyśmiać prosto w twarz mówiąc: „Stary! Co ty pierdolisz!?”. Czasem tylko to może pomóc.

Uważam, że taka otwartość jest w związku bardzo ważna. Nie wyobrażam sobie nie móc mówić osobie, którą kocham, o wszystkich tych rzeczach; przemyśleniach, marzeniach, planach. O małych i wielkich sekretach; o sprawach, o których nie słyszał dotąd nikt. Takie «uzewnętrznianie się» działa na mnie jak terapia: zamiast dusić w sobie sprawy, nawet te drobne i z pozoru nie istotne, po prostu mówię o nich mojej «przyjaciółce». Pozbywam się wtedy tego nieprzyjemnego ciężaru z serca, a między nami tworzy się kolejna mała, łącząca nas więź; bo o tych sprawach wiemy tylko my dwoje, nikt więcej. Należy jednak pamiętać, że ten mechanizm działa w obie strony: dzisiaj mówię ja, ale przyjdzie czas, kiedy ty będziesz potrzebowała «terapii», więc cię wysłucham.

Kolejną cenną rzeczą w przyjaźni jest umiejętność przyznania się do błędu. Wszyscy popełniamy błędy, nie ma ludzi nieomylnych. Czasami jednak, wiedząc że zaliczyliśmy wtopę, próbujemy na siłę usprawiedliwić swoje zachowanie. Nie chcemy przyznać, że spieprzyliśmy, bo to oznaczałoby poniesienie porażki. A, jak wiadomo, NIKT nie lubi porażek. Robimy więc wszystko, żeby jakoś uratować sytuację. Bez sensu.

Przyjaciele są ponad to. Przyjaciele nie rywalizują ze sobą w głupich zawodach pod tytułem „To ja miałem rację!”. Czasem będziesz miał ją ty, innym razem ja; życie. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak wyzwalające jest takie podejście w związku.

Zdarza się, że czasem po prostu spierdolisz. Albo spierdolisz na poważnie, ale to tak, że tydzień milczenia gwarantowany, albo po prostu zrobisz coś źle. Pomylisz się. I choćbyś nie wiem jak tego chciał, nie możesz zrzucić winy na kogoś innego. Shit happens. Zamiast starać się za wszelką cenę udowodnić swoją rację, po prostu przyznaj się do błędu. Zaoszczędź sobie i partnerowi niepotrzebnej kłótni.

 

BĄDŹ PRZYJACIELEM

 

Uważam, że warto mieć w partnerze przyjaciela.

Oprócz bycia kimś, na kim możemy polegać w trudnych sytuacjach, przyjaciel to także... po prostu dobry kumpel. Ktoś, kto nie ma wobec ciebie kosmicznych wymagań i komu zależy na zwykłym spędzaniu czasu ze sobą. Kto potrafi odpuścić na moment i powiedzieć: „Jebać dietę i plan treningowy, zamawiamy pizzę”.

W związku nie zawsze musi być turboromantycznie. Czasem spontaniczny wypad do maka na cheatday będzie lepszy niż kolejna romantyczna kolacja przy świecach. W pewnych sytuacjach oglądnięcie odcinka ulubionego serialu też może być lepszym wyborem niż wyjście do teatru. Życie to nie amerykańska komedia romantyczna.

Wiecie, jak zachowuje się prawdziwy przyjaciel? On po prostu jest sobą. Nie udaje kogoś innego, nie przymila się ani nie oszukuje. To wynik wzajemnej akceptacji i zaufania.

Pamiętam że związki, w których «nie byłem sobą», rozpadały się jak domki z kart; czasem to partnerka okazywała się być wymyśloną przez siebie postacią. Nie można jednak zbudować czegoś trwałego w oparciu o iluzję. «Kreacja» w końcu musi zderzyć się z twardą ścianą rzeczywistości.

 

 

 

———

 

 

 

A czy w waszym związku, Drogie Dzieci, brakuje przyjaźni?