Porto — (drugie) najlepsze miasto w Portugalii?

Czas czytania
15 minut
W przeciągu ostatnich 10 dni podróżowaliśmy samolotem trzy razy, korzystając z usług trzech różnych linii lotniczych, wylatując z trzech różnych lotnisk w trzech różnych krajach.

Niemniej to właśnie lotnisko w Porto, za sprawą małego incydentu, utkwiło w naszej pamięci na dłużej.

Incydent ten wydarzył się tuż po wkroczeniu na terminal. Szliśmy powoli rozglądając się za znakami prowadzącymi do metra, gdy wtem zatrzymała nas jasnowłosa dziewczyna pytając, czy przyjechaliśmy do Porto na długo. Nie bardzo wiedząc do czego zmierza, odpowiedzieliśmy, że tak, zostaniemy tutaj kilka dni, na co dziewczyna zareagowała potokiem niezrozumiałych słów w języku podobnym do krzyżówki angielskiego z niemieckim, a w jej rękach pojawiły się dwa zawiniątka w srebrzystej folii. Zdezorientowani jeszcze bardziej niż przed momentem, poprosiliśmy o powtórzenie całej historii. Dopiero za drugim razem zrozumieliśmy, że z jakiegoś powodu dziewczyna nie może zabrać ze sobą zawiniątek, gdyż nie przeszłyby odprawy celnej, więc oferuje je nam. W zawiniątkach natomiast kryły się … dwie butelki wina. Wina z gatunku porto, uściślając, z jednej ze starszych i lepszych winiarni w Porto.

Postawieni w tak jednoznacznej sytuacji, nie mieliśmy innego wyjścia niż pomóc biedaczce — rzeczywiście szkoda, żeby wino marnowało się u celników. Przyjęliśmy więc podarunek z uśmiechem na ustach, a Porto natychmiast zdobyło u nas dodatkowe punkty.

Czy to możliwe, żeby podobało nam się tu bardziej niż w Lizbonie?

Porto <3

W Porto spędziliśmy 5 dni naszego wakacyjnego urlopu i zanim zdążycie nawet pomyśleć o zadaniu tego pytania, bez wahania odpowiadam — tak, to wystarczająco dużo czasu. Musicie bowiem wiedzieć, że Porto, mimo iż pod względem liczby ludności stanowi drugie największe miasto Portugalii, w rzeczywistości jest zdecydowanie mniejsze niż Lizbona, o Madrycie nie wspominając. Jeśli chcecie więc zwiedzić miasto i nie planujecie zapuszczać się poza jego granice, 5 dni w zupełności wam wystarczy. Ba!, znajdzie się nawet chwila na wyprawę nad ocean!

Stosunkowo niewielki „rozmiar” Porto stanowi tak naprawdę jego olbrzymią zaletę. Po mieście bez przeszkód można poruszać się wyłącznie pieszo, a jeden dłuższy spacer po Starym Mieście wystarczy, żeby rozeznać się w jego rozkładzie. Co prawda wciąż musimy przemierzać „góry i doliny”, bo topografia Porto bardzo przypomina tą lizbońską, niemniej krótsze dystanse znacznie ułatwiają zwiedzanie. Kolejną zaletą wynikającą z mniejszej powierzchni miasta jest trudno uchwytny pierwiastek „swojskości” — w Porto bardzo szybko poczuliśmy się „jak u siebie”; między innymi dlatego, że już po pierwszym dniu potrafiliśmy poruszać się po mieście bez konieczności trzymania mapy w ręku.

Poza tym, Porto — surprise, surprise! — leży w Portugalii: a zatem wszystkie zalety dotyczące ludzi (a także jedzenia i wina), o których wspominałem a propós Lizbony, znajdziemy i tutaj. Tym samym rodzi się pytanie: czy Porto rzeczywiście jest numerem dwa w pojedynku ze stolicą Portugalii? Czy fakt, że jest mniejsze i bardziej swojskie nie stanowi o jego przewadze? Koniec końców, pod względem kulturowym miasto jest równie bogate jak jego starsza i większa siostra, przy czym nie przyciąga aż tylu turystów. Co więc będzie bardziej atrakcyjnym — w mojej opinii! — celem podróży: Porto czy Lizbona?

Na pytanie postaram się odpowiedzieć w podsumowaniu tekstu, jako że najpierw wypadałoby przedstawić kandydata; a że Lizbonę znacie już dobrze, to kolej na Porto. Tekst podzieliłem, klasycznie już, na trzy części, z czego dwie z nich będą opowiadać o samym mieście, a w trzeciej wybierzemy się na małą przejażdżkę nad ocean.

Senhoras e senhores, apresento vos — Porto.

Okolice Praça de Lisboa.

Vitória/Ribeira/Sé

 

Zwiedzanie Porto rozpoczniemy od dzielnic położonych na północ w stosunku do rzeki Douro, która przecina miasto „na pół”.

Dobrym punktem startowym, jak również i orientacyjnym, będzie Torre dos Clerigos. „Wieża kleryków”, położona przy placu Praça de Lisboa, widoczna jest nawet z niżej położonych części miasta i może okazać się pomocna w określaniu naszego położenia. Jest przy tym jedną z bardziej znanych atrakcji Porto i miejscem zdecydowanie wartym odwiedzenia. To samo tyczy się samego placu, przy którym jest ona zlokalizowana. Praça de Lisboa to nowocześnie urządzony, dwupoziomowy skwerek, którego dolną część zajmują sklepy i kawiarnie, natomiast górną pokrywa trawa i pojedyncze drzewka, tworząc przestrzeń do wypoczynku.

Innym wartym odwiedzenia miejscem niedaleko Praça de Lisboa jest Livraria Lello. Księgarnia pana Lello zyskała sławę za sprawą mało znanej pisarki, która to — podobno! — na widok jej nadzwyczajnego wnętrza poczuła przypływ inspiracji, którą to z kolei przelała na karty swej nowej powieści o młodym czarodzieju w okularach, z dziwną blizną na czole. Czy tak było naprawdę? Jako że nie jestem fanem twórczości J.K. Rowling ciężko mi to stwierdzić, a krótki rekonesans u wuja Google nie przyniósł jednoznacznych odpowiedzi. My, niestety, mogliśmy podziwiać je jedynie zza szyby, gdyż kolejki ustawiające się do wejścia mogły przyprawić o zawrót głowy. Należy też pamiętać, że wstęp do księgarni Lello jest płatny (4 euro), natomiast w przypadku kupna jakiegokolwiek produktu koszt biletu odliczany jest od rachunku.

Po obejrzeniu Praça de Lisboa i wszystkich jego atrakcji skierujcie swe kroki w stronę kolejnego placu, tym razem noszącego nazwę Praça de Liberdade. Przy Placu Wolności (liberdade — wolność), poza pięknymi zabudowaniami, ciekawych rzeczy nie znajdziemy zbyt wiele, niemniej warto zachować w pamięci jego nazwę. To stąd właśnie odjeżdża autobus linii 500 kursujący nad ocean. Poza przystankiem, na placu znajdziemy też przepiękny ratusz górujący dumnie nad całą aleją. Warto również zwrócić uwagę na budynki okalające Praça de Liberdade — z pewnością jest tu na czym zawiesić oko.

Torre dos Clerigos.
Ratusz na Praça de Liberdade.

Kolejnym przystankiem naszej wycieczki po Porto będzie katedra Sé do Porto. Ujmę to w ten sposób: chociaż sama katedra nie zachwyciła mnie jakoś szczególnie, a jej wymiar religijny niespecjalnie mnie interesuje, to widoki roztaczające się z jej tarasów są moim zdaniem jednymi z najlepszych, jakie można znaleźć w całym Porto. Niedość, że jak na dłoni widzimy wijącą się w dole rzekę Douro i sąsiedni brzeg, to obracając się w przeciwną stronę ujrzymy Stare Miasto w całej swej okazałości. To właśnie tam po raz pierwszy w Porto wystawiłem cierpliwość Aldonki na próbę, biegając w te i wewte, próbując sfotografować absolutnie WSZYSTKO ¯\_(ツ)_/¯

Skoro jesteśmy przy katedrze Sé, warto rozważyć zapuszczenie się w odmęty Starego Miasta, jako że praktycznie już jesteśmy na jego terenie. Pozwolę sobie wstrzymać się wytyczaniem dokładnej trasy takiego spaceru, gdyż — tak jak w przypadku Lizbony — gorąco zachęcam do samodzielnego eksplorowania uliczek Porto. Serio; nam chyba nic innego nie dawało tyle frajdy podczas zwiedzania tych dwóch miast Portugalii, jak włóczenie się po ich zakamarkach i zaglądanie w kolejne zaułki. Warto więc dać sobie wolną rękę i poświęcić godzinkę lub dwie na zwykłe łażenie.

Nie zapuszczajcie się jednak zbyt daleko, gdyż to jeszcze nie koniec wycieczki po tej stronie brzegu. Właściwie, to do zobaczenia został nam sam brzeg — czyli dzielnica Porto nazywana Ribeirą. Jej zwiedzanie zaczniemy od zejścia do samego podnóża mostu Ponte Luis I, by stamtąd móc poruszać się na zachód. Podobnie jak w przypadku wielu miast portowych, również i w Porto dzielnice położone najbliżej rzeki w przeszłości zamieszkiwała biedota. Pozostałości tego podziału widoczne są również i dziś — mimo, że Ribeira aż roi się od wystawnych restauracji przyciągających zagranicznych turystów, stłoczone jedna przy drugiej, miniaturowe kamieniczki nie wyglądają na szczególnie drogie nieruchomości. Na Ribeirze dość częstym obrazkiem jest widok odrapanej z tynku i porośniętej mchem kamienicy, którą od zapadnięcia ratują dwie podobne przytulone do niej z obydwu stron. Zły stan jej infrastruktury nie przeszkadza jednak w zwiedzaniu dzielnicy. Ribeira zwłaszcza o zachodzie staje się atrakcyjnym miejscem na spacer we dwoje — a przy tym jest niesamowicie fotogeniczna!

Stare Miasto z Torre dos Clerigos w oddali.
Ribeira o zachodzie.

Wycieczkę po północnych dzielnicach zakończymy w Jardins do Palácio de Cristal. Co ciekawe, jest to również ostatnie miejsce jakie i my zobaczyliśmy w Porto. Do „ogrodów kryształowego pałacu” wybraliśmy się dosłownie ostatniego dnia naszego pobytu; pogoda nieco się załamała i na zewnątrz zrobiło się zauważalnie chłodniej, niemniej nie chcieliśmy tracić czasu siedząc w pokoju. Przeczekaliśmy więc poranny ziąb i gdy tylko temperatura podniosła się odrobinę, ruszyliśmy w miasto. I dobrze! Z Jardins do Palácio de Cristal roztacza się przepiękna panorama na calusieńkie Porto, włącznie z rzeką i sąsiednim brzegiem. Wystarczy udać się w południową część parku i poszukać odpowiedniego miejsca, co nie jest trudnym zadaniem. Sam ogród — a raczej park — jest niewielki i nawet spacer po jego najskrytszych zakamarkach nie powinien zająć dużo czasu.

W naszym przypadku odrobinę magii wizycie w Jardins do Palácio de Cristal dodała panująca tego dnia aura. Gęsta mgła szczelnie okrywająca Porto sprawiła, że ujrzeliśmy miasto w zupełnie innym „świetle”. Słoneczny, wakacyjny klimat nagle ustąpił miejsca posępnemu nastrojowi. Zrobiło się trochę mrocznie, nieco ponuro, ale też zdecydowanie bardziej moody — słowem, idealne warunki do robienia fociaszek.

Zresztą; zobaczcie sami.

Porto we mgle.

Villa Nova de Gaia

 

Skoro północną część miasta mamy już za sobą, czas wybrać się na południe: do Villa Nova de Gaia. Co ciekawe, ów obszar nie jest już dzielnicą Porto, a oddzielną administracyjnie miejscowością i  właśnie tam znajdziecie to, z czego słynie cały region — wino porto.

A propós samego wina: warto pamiętać, że porto jest alkoholem zdecydowanie mocniejszym niż zwykłe wino; niektóre odmiany zawierają go nawet do 22%. Jeżeli o mnie chodzi, porto niespecjalnie przypadło mi do gustu. Jak dla mnie jest ono zbyt mocne i zbyt słodkie, a nie takich smaków oczekuję, gdy sięgam po wino — które de facto jest moim ulubionym alkoholem. Z win portugalskich zdecydowanie bardziej posmakowała mi odmiana verde, które jest winem białym z odrobiną bąbelków. Jest też zdecydowanie lżejsze i „łatwiejsze” do picia niż porto, więc jeśli będziecie kiedyś w Portugalii i staniecie przed trudnym wyborem trunku do kolacji, bierzcie verde.

Zwiedzanie Villa Nova de Gaia rozpoczniemy u podnóży mostu Ponte Luis I, o którym już wspominałem. Ów most łączy Porto ze wspomnianą miejscowością i sam w sobie stanowi niemałą atrakcję. Posiada on bowiem dwa poziomy, z których to ten górny jest położony dość wysoko, a co za tym idzie, oferuje świetne widoki na całą okolicę. Na ten moment zostaniemy jednak na poziomie niższym, skąd ruszymy nabrzeżem w kierunku zachodnim.

Podczas spaceru warto zwrócić uwagę na zawieszone na słupach, powiewające na wietrze flagi z nazwami i logami tutejszych producentów wina. Każdy z nich posiada tu bowiem swoją piwniczkę (ang. cellar), które po dziś dzień służą do leżakowania wina. Piwniczki te otwarte są dla zwiedzających, a każda z nich oferuje degustacje swoich produktów oraz wycieczki z przewodnikiem po swych zakamarkach. My, z racji tego, że porto (wino) niespecjalnie przypadło nam do gustu, zrezygnowaliśmy z takiej atrakcji.

Most Ponte Luis I i zacumowane przy brzegu rabelos.

Spacerując dalej natkniemy się na zacumowane przy brzegu rabelos, czyli niewielkie łodzie służące niegdyś do transportu wina. Nieco dalej znajdziemy też małą przystań, w której łodzie te są (lub raczej były) budowane. Powszechnym i błędnym jest bowiem założenie, że to w Villa Nova de Gaia hoduje i produkuje się wino. Otóż nie! Tak naprawdę wino, które używane jest do produkcji porto, wytwarzane jest w specjalnym regionie winiarskim w dolinie rzeki Douro.

Zwiedzając Villa Nova de Gaia warto też oddalić się nieco od brzegu i zapuścić wgłąb miasteczka. Trasą, którą mogę zarekomendować jest spacerek w stronę Jardim do Moro, a zarazem mostu Ponte Luis I. OK; „spacerek” może nie być adekwatnym określeniem, gdyż do pokonania będziecie mieć całkiem spore wzniesienie, niemniej widoki roztaczające się ze wspomnianego Jardim do Moro wynagrodzą wam wszelki trud. Jak na dłoni będziecie mieć rzekę Douro oraz dzielnice leżące na jej przeciwległym brzegu, czyli Ribeirę, Vitórię oraz Sé. Stamtąd też będziecie mogli przespacerować się po wyższym poziomie mostu.

I to w zasadzie wszystko, co mam wam do powiedzenia na temat Villa Nova de Gaia. Miasteczko, a raczej jego bardziej atrakcyjna turystycznie część, jest niewielkim obszarem i pół dnia w zupełności wystarczy, by na spokojnie ją przespacerować — a może nawet zaliczyć degustację wina. Jeśli natomiast najdzie was ochota na coś do jedzenia, to polecam zajrzeć do Mercado GAIA. Jest to niewielka hala z kilkunastoma różnymi stoiskami z jedzeniem, a także całkim sporem wyborem regionalnego … piwa. Co ważne, kupicie tu nie tylko całe dania, ale również niewielkie przekąski w rodzaju tapas czy pudełeczek z miksem pokrojonych owoców. Idealne miejsce na krótką przerwę w ferworze zwiedzania.

Villa Nova de Gaia.

Matosinhos/Foz do Douro

 

A nie mówiłem, że starczy nam jeszcze czasu na wypad nad ocean?

Jako że Porto znajduje się w bezpośrednim niemal sąsiedztwie Atlantyku, grzechem byłoby tego faktu nie wykorzystać. Sama podróż nad ocean środkami transportu publicznego nie nastręcza wielkich problemów — wystarczy dostać się na wspomniany wcześniej Praça de Liberdade i złapać autobus linii 500. Ten z kolei w niecałe pół godziny przewiezie was np. do Matosinhos i voilà — jesteście nad Atlantykiem!

No dobra; ale co dalej?

Możliwości jest kilka: jeśli pogoda na to pozwala, możecie wybrać którąś z wielu plaż i urządzić sobie dzień wolny od zwiedzania. Jeśli natomiast leżenie na piasku niezbyt wam odpowiada, to w Matosinhos znajdziecie kilka szkółek surferskich. Ceny za 3 godzinną lekcję surfingu nie są zbyt wygórowane (ok. 20 euro), więc jeśli chcielibyście spróbować sił w tym sporcie, macie na to świetną okazję. Jeżeli jednak nie kręci was ani jedno, ani drugie, to pozwolę sobie zaproponować wam … spacer.

Dystans dzielący Matosinhos od Foz do Douro, w których to obydwu miejscowościach zatrzymuje się autobus linii 500, to jakieś 6 kilometrów. Trasa spaceru biegnie przy samiuteńkim brzegu i na całej swej długości wyłożona jest chodnikiem — nie trzeba więc przeciskać się gdzieś na dziko. W dodatku po drodze traficie na kilka plaż tudzież restauracji czy barów, gdzie można zatrzymać się i odpocząć, a spacer wieńczy widok na przepiękną latarnię Farolim das Felgueiras. Czy można chcieć czegoś więcej?

Ano tak: jedzonko. Jeszcze w Matosinhos natkniecie się na kilkanaście smażalni, które w ofercie mają świeże ryby. My niestety w żadnej z nich się nie stołowaliśmy, gdyż dotarliśmy na miejsce dość wcześnie rano i większość z restauracji była zamknięta. Na lunch natomiast wybraliśmy knajpkę o wdzięcznej nazwie Bar Tolo, znajdującą się w Foz do Douro. Zamówiliśmy smażone krewetki w cieście ziemniaczanym oraz francesinhę (do której jeszcze wrócę), i o ile to drugie danie smakowało po prostu dobrze, o tyle krewetki dosłownie zwaliły nas z nóg! Do dziś z nostalgią wspominamy kruchość ciasta i subtelny smak krewetek, a gdy pytałem Aldonki, o czym jej zdaniem powinienem wspomnieć a propós wycieczki nad ocean, od razu krzyknęła: Bar Tolo!

Latarnia przy Foz do Douro.
Farolim das Felgueiras.

Podsumowując …

 

No dobrze; skoro poznaliśmy drugiego kandydata, nadszedł czas, aby wreszcie odpowiedzieć na pytanie postawione we wstępie: które z miast jest bardziej atrakcyjnym turystycznie celem podróży — Lizbona czy Porto?

Muszę przyznać, że długo i intensywnie zastanawiałem się, w jaki sposób chcę odpowiedzieć na to pytanie. Myślałem o tym, w którym mieście podobało mi się bardziej, zestawiałem ich wady i zalety, porównywałem je pod względem kosztów. I chociaż takie porównania nie mają wiele sensu, a ja sam użyłem go tylko i wyłącznie po to, by nadać tekstowi odrobiny pikanterii, to dochodzę do wniosku, iż … nie jestem w stanie wybrać „zwycięzcy”.

Porto i Lizbona to dwa zupełnie różne miasta — nie tylko pod względem nazwy i położenia geograficznego, ale również panującego w nich klimatu. Jedno z nich jest wielką metropolią z mnóstwem odwiedzających je turystów, i mimo że Portugalczycy to spokojny i wyluzowany naród — co udziela się też przyjezdnym — ciężko jest tu uciec od wielkomiejskiego nastroju. Niemniej bycie „metropolią” to niekoniecznie coś złego: dzięki temu Lizbona ma ogrom rzeczy do zaoferowania, od szerokiego wybory barów i restauracji, po liczne zabytki i muzea, na bogatej kulturze kończąc. Z drugiej strony mamy natomiast Porto — miasto zdecydowanie mniejsze i „spokojniejsze”, jednak wzbudzające natychmiastową sympatię właśnie ze względu na swój małomiasteczkowy i „swojski” charakter. Przy czym wcale nie oznacza to, że będziecie się tu nudzić; nasz 5-dniowy zdecydowanie zaliczyłbym do tych intensywnych, a idę o zakład, że znalazłoby się tu zajęć na kolejne 5 dni.

Chciałbym również podkreślić, że istotnym czynnikiem w obydwu przypadkach jest fakt, iż oba miasta leżą w Portugalii, a co za tym idzie — surprise, surprise! — zamieszkiwane są przez Portugalczyków. Moje krótkie doświadczenia z tym narodem jednoznacznie pokazują, że to ogromna zaleta, gdyż są to jedni z najmilszych, najbardziej przyjaznych i najserdeczniejszych ludzi, z jakimi miałem okazję przebywać.

A zatem nie jestem w stanie wskazać mojego ulubionego miasta Portugalii — i dobrze mi z tym! Niemniej jeśli zapytalibyście mnie, które z nich poleciłbym wam — zakładając, że moglibyście jechać tylko do jednego — to byłaby to … Lizbona. Z jednego prostego powodu: gdybym ja sam mógł wrócić do jednego z nich, to wybrałbym właśnie Lizbonę.

I to już (prawie) wszystko, jeżeli chodzi o Porto, Portugalię i nasze szalone wakacje na Półwyspie Iberyjskim. Jeśli macie jakiekolwiek pytania odnośnie wyjazdu —  zadawajcie je śmiało w komentarzach lub piszcie na mój adres mailowy. Byłbym również ogromnie wdzięczny, jeżeli podzielilibyście się tym tekstem — lub którymkolwiek z pozostałych — ze swoimi znajomymi i zostawili łapkę w górę. W każdy z nich włożyłem mnóstwo pracy i byłoby mi niezmiernie miło widzieć, że ktoś tą pracę docenił.

Obrigado!

Pozdrowienia z Porto!

(Niemniej tekst nie mógłby obejść się bez …)

 

Top 10 top-tips na temat podróży do Porto

 

1.| Nocleg w Porto znaleźliśmy za pośrednictwem Airbnb i jest to już nasz -enty raz, gdy wybieramy tą usługę zamiast hotelu i jesteśmy mega zadowoleni! Tym razem przyszło nam nocować u Diouldé — przemiłego gospodarza, którego mieszkanie znajduje się dosłownie 10 minut pieszo od Praça de Lisboa. Oferowany pokój, jak i również pozostała przestrzeń była zadbana i czysta, a sam Diouldé nie tylko ciepło nas przywitał i wytłumaczył, jak poruszać się po mieście, ale też wyjaśnił zawiłości systemu transportu miejskiego Porto (o czym za chwilę), a także pozwolił zostawić u siebie bagaże ostatniego dnia pobytu i odebrać je o dogodnej porze! 10/10! Dlatego też załączam link do jego oferty i gorąco polecam tego allegrowicza!

Jeśli nie wiecie, czym jest Airbnb to odsyłam was do mojego tekstu, który powinien rozwiać wszelkie wątpliwości; natomiast zakładając konto na stronie usługodawcy przy pomocy tego linku dostaniecie w prezencie 100 zł do waszej pierwszej rezerwacji! Nie ma za co!

2.| No więc o co chodzi z tym transportem miejskim? Otóż Porto podzielone jest na różne strefy („zony”), a cena i rodzaj biletu będą różnić się w zależności od tego, ile stref przekraczacie podczas podróży. Warto zapamiętać, że miejskie lotnisko znajduje się w zonie 3 (lub 4), więc konieczne jest kupno biletu, który uprawnia do poruszania się między trzema (lub czterema) zonami … O czym my dowiedzieliśmy się dopiero od Diouldé. (Nie muszę chyba dodawać, że kupiliśmy bilet tylko na jedną zonę …).

3.| Skoro jesteśmy już przy temacie transportu, to warto wspomnieć co nieco o zasadach poruszania się komunikacją miejską w Portugalii. Otóż ogólna reguła jest taka, że do pojazdu — autobusu, tramwaju — wsiadamy tylko pierwszymi drzwiami, a opuszczamy go pozostałymi. Wynika to z faktu, iż kasowniki umieszczone są tylko przy pierwszych drzwiach lub kabinie kierowcy, więc znacznie ułatwia to życie pozostałym pasażerom.

4.| Jeśli wybieracie się do Portugalii na dłużej, ale nie bardzo wiecie, na które z miast się zdecydować — to może zdecydujcie się na obydwa? Połączenia lotnicze między Lizboną a Porto i vice versa są śmiesznie tanie (my swoje bilety kupiliśmy za 70 zł od osoby, ale widzieliśmy loty nawet za 30), więc warto przemyśleć swoje plany.

5.| Warto również przemyśleć kwestię tego kiedy wybrać się do Portugalii. Moim zdaniem miesiące od czerwca do sierpnia można sobie darować, gdyż to na ten czas przypada szczyt sezonu turystycznego i obydwa miasta — Porto i Lizbona — będą pękać w szwach od turystów. Zdecydowanie lepiej brzmi początek maja/koniec września, gdzie i ruch turystyczny, i zawrotne temperatury dają trochę na wstrzymanie. Dla zimnolubów nadadzą się również miesiące zimowe, już całkowicie poza sezonem turystycznym.

My Lizbonę i Porto odwiedzaliśmy w końcówce września i udało nam się jeszcze załapać na wakacyjną pogodę, jak i również ominąć największe tłumy i najwyższe ceny.

Znajdź Zorro na zdjęciu.

6.| Czas na kącik kulinarny! Ponieważ wyczerpałem już swoje top-tipy na temat podróży do Porto, pomyślałem, że podzielę się z wami kilkoma adresami knajpek i restauracji, które odwiedziliśmy, i które gorąco polecamy waszej uwadze. Zaczynamy od Casa Viúva, znajdującej się przy R. Actor João Guedes 15. Niech was nie zwiedzie niepozorna powierzchowność i niewielki rozmiar knajpki! Jedzonko serwowane w jej progach jest przepyszne — świeże ryby, wspaniałe ciasta oraz wyborne wino — a w dodatku śmiesznie tanie! Smażoną doradę dostaniecie tu nawet za 7 euro! Jest jednak mały haczyk: wybierając się do Casa Viúva wieczorem, prawie na pewno zastaniecie kolejkę przed wejściem. Warto jednak poczekać! (Zwłaszcza, jeśli z finansami krucho!).

7.| Kolejnym wartym odwiedzenia adresem będzie Rua do Rosário 44, pod którym zlokalizowana jest restauracyjka o nazwie Mercearia do Rosário. Ta niewielka, acz bardzo klimatyczna knajpka oferuje — no joke! — najlepsze steki, jakie w życiu jadłem. Miałem okazję spróbować ich steku chyba z jagnięciny, z plastrem lokalnego, białego sera na wierzchu, i była to jedna z najlepszych rzeczy, jakie w życiu jadłem. A uwierzcie mi: sporo rzeczy w życiu zjadłem. W ofercie Mercearia do Rosário znajdziecie też inne dania, w tym całkiem dobre burgery, a także wyśmienite winko. Ceny — nie tak niskie, jak w Casa Viúva, ale również przystępne.

8.| Ostatnim polecanym przeze mnie miejscem będzie Sabor Da Fazenda, mieszcząca się przy R. de Clemente Meneres 46. Co ciekawe, knajpka nada się zarówno na śniadania, jak i obiady oraz kolacje, gdyż obsługuje gości od wczesnego ranka aż do późnego wieczora. W ich ofercie — tej obiadowej — znajdziecie dania kuchni portugalskiej, ryby, owoce morze, i wiele więcej, a wszystko w bardzo niskich cenach. W Sabor Da Fazenda zjecie też moją nemesis: portugalską francesinhę w rozmiarze XXL.

9.| Francesinha— znana też jako miażdżyca lub zawał serca — to tradycyjne portugalskie danie składające się z różnych rodzajów mięs przekładanych pieczywem, obficie oblanych żółtym serem, utopionych w ciemnym sosie pieczeniowym i podawanych z frytkami. Tak. Dobrze przeczytaliście. Francesinhy spróbowałem dwukrotnie: raz w Bar Tolo, gdzie dostałem raczej niewielką porcję w formie przystawki, i drugi raz w Sabor Da Fazenda, gdzie od razu wziąłem wersję XXL; mimo ostrzeżeń obsługującej nas pani, że it’s very big. Nie spodziewałem się jednak, że dostanę po prostu dwie regularne porcje dania. Zjadłem półtorej — i muszę uczciwie przyznać, że do następnej wizyty w Portugalii mi wystarczy.

10.| Wydaje mi się, że najlepszą radą, jakiej mogę wam udzielić na temat wyjazdu do Porto, jest rada następująca: JEDŹCIE DO PORTO. Albo do Lizbony. Albo do Portugalii w ogóle. To wspaniały i przepiękny kraj, zamieszkiwany przez wspaniałych i serdecznych ludzi. Serio; nadal jestem pod wielkim wrażeniem portugalskiej gościnności i nie skłamię jeśli powiem, że nigdy wcześniej nie wypocząłem tak, jak w Portugalii.

Jestem zakochany. Wrócę tam jeszcze na pewno.

 

Tchau, Portugal!

___

Autorem zdjęcia w nagłówku jest Everaldo Coelho | UnSplash.com

Tchau!