Rozstajemy się. To musiało się tak skończyć …

Czas czytania
7 minut
Potrzeba mnóstwa odwagi by podjąć tą najtrudniejszą z możliwych decyzję i powiedzieć: stop. To koniec.

Było nam ze sobą dobrze, ale oboje od początku wiedzieliśmy, że to nie może trwać wiecznie; że to musi się kiedyś skończyć. Czas płynie, my dorastamy i zmieniamy się, a wraz z nami zmieniają się nasze potrzeby. To naturalne. Myślę, że razem tworzyliśmy zgraną parę i z pewnością będę ciepło wspominał wszystkie lata spędzone razem. Nadszedł jednak czas by powiedzieć „żegnaj” i ruszyć do przodu.

A więc mówię: żegnaj, służyłeś mi wiernie.

Byłeś dobrym laptopem.

Mowa oczywiście o moim starym, poczciwym Sony Vaio. Tak, tak: po prawie pięcioletniej służbie, Vaio odchodzi wreszcie na zasłużoną emeryturę, by ustąpić miejsca nowej maszynie. I wiecie, pomyślałem sobie, że to od niego wszystko się zaczęło. To na Vaio napisałem pierwszych kilka tekstów, zanim jeszcze powstał blog. To na nim później Aldonka przeczytała te teksty i powiedziała mi: masz talent; pisz. I pisałem. Prawie wszystkie teksty, które można przeczytać obecnie na blogu, powstały i zostały opublikowane właśnie na tym komputerze.

To na Vaio zakładałem fanpage bloga, projektowałem jego logo, odpisywałem na komentarze i zawiązywałem pierwsze nieśmiałe znajomości w blogosferze; niektóre z tych znajomości zaowocowały przyjaźniami. To z nim popełniałem pierwsze błędy i odkrywałem, co to znaczy być blogerem; to z nim uczyłem się na tych błędach i zdałem sobie sprawę, że właśnie to chcę robić — chcę tworzyć treści w Internecie.

I kiedy myślę o tym, ile czasu spędziłem ślęcząc przed jego monitorem, wystukując kolejne zdania na wysłużonej klawiaturze, dochodzę do wniosku, że niewymownym świństwem byłoby nie uczcić w jakiś sposób jego zasług.

Bo z jednej strony komputer to tylko przedmiot; ot, kupa połączonych ze sobą części, których współdziałanie umożliwia jego użytkownikowi wykonywanie pewnych czynności. Ale z drugiej strony … kurczę.

Trochę razem przeszliśmy :)

Vaio tuż po transformacji w MakBuka Proł.

 

Niejedno z was zdziwi się, gdy powiem, że Vaio był moim pierwszym prywatnym komputerem w ogóle. Dostałem go od … starszego brata — de facto tego samego brata, który odpowiedzialny jest za wygląd i działanie bloga — na okoliczność jednego z bardziej przełomowych momentów mojego życia: pójścia na studia.

Pamiętam, że doskonale zdawałem sobie sprawę z konieczności posiadania laptopa na studiach. Kombinowałem więc, jak zaoszczędzić i gdzie dorobić trochę kasy, ale wiecie, mieszkając na małej wsi nie ma się zbyt dużego pola manewru, jeśli chodzi o prace dorywcze. Poza tym, strasznie nie chciało mi się iść do pracy, bo przecież czekały mnie najdłuższe wakacje życia. I że niby co, miałbym je zmarnować na zamiatanie chodników?

Koniec końców do pracy poszedłem, ale nie było szans żeby zaoszczędzić wystarczającą ilość pieniędzy. Z opresji uratował mnie wspomniany wcześniej brat — który to de facto ratował mnie z opresji niejednokrotnie — wręczając mi Vaio na krótko przed rozpoczęciem semestru. Myślę, że nie przesadzę jeśli powiem, że ten komputer w jakiś sposób zmienił moje życie :)

 

Zwykle było nam ze sobą dobrze ...

 

Oprócz napisania prawie stu tekstów na bloga — tak, tak, niedługo będzie ich już setka! — na Vaio napisałem także dwie prace dyplomowe: licencjat i magisterkę.

Samo pisanie tych prac to jedne z moich najbardziej ponurych wspomnień ze studiów. Męczyłem się z nimi niemiłosiernie, godzinami siedziałem to przy książkach, to przed komputerem, kreśliłem akapity i pisałem je na nowo, co chwila zmieniałem koncepcje, a później liczyłem strony mając nadzieję, że uda mi się napisać ich tyle, ile wymaga uczelnia. Myślę, że powodem tych udręk było zakodowane w mojej głowie przeświadczenie, iż jakikolwiek tekst, który wychodzi spod mojej ręki, musi być dobry. Nie inaczej było w przypadku prac dyplomowych.

Z kolei napisanie licencjatu i magisterki jest jednym z najbardziej satysfakcjonujących osiągnięć w całym moim życiu. Dla innych może wydawać się to głupie — w końcu ani jedno, ani drugie z perspektywy nauki nie jest jakimś wielkim dokonaniem, a co roku takich prac pisze się tysiące. Ja jednak jestem z siebie dumny: obydwie prace napisałem samodzielnie, nie poszedłem na łatwiznę i wybrałem wymagające tematy, a do pisania przykładałem się podwójnie, starając się by prace dobrze brzmiały.

Oceny na dyplomach sugerują, że udało mi się tego dokonać.

 

Momentem przełomowym w życiu Vaio była zmiana systemu operacyjnego na Ubuntu

 

Wcześniej komputer pracował na windowsie 7 i po jakimś czasie jego wydajność spadła dramatycznie. Ale to tak naprawdę … dramatycznie. W owym czasie nie było mnie stać na zmianę komputera, postanowiłem więc ratować ten obecny. Poprosiłem brata — tak, tak, znów tego samego brata — żeby zainstalował mi wspomnianą wcześniej wersję Linuksa i … podziałało.

Na jakiś czas.

Komputer śmigał aż miło, a ja na fali zachwytu nowym środowiskiem pracy napisałem o tym tekst. I rzeczywiście było się czym zachwycać, bo nagle znów byłem w stanie na Vaio normalnie pracować. Nowy system operacyjny otworzył mnie też na inne, mniej standardowe rozwiązania technologiczne i pokazał, że na windowsie świat się nie kończy.

Niestety, po jakimś czasie komputer przestał sobie radzić nawet z Linuksem. Trudno się dziwić: w końcu to sprzęt z 2011 roku. Samo uruchomienie się komputera zabierało tyle czasu, że po włączeniu go mogłem spokojnie iść do kuchni i zaparzyć sobie kawy, a nierzadko zdarzało mi się tej kawy trochę upić, zanim Vaio odpalił na dobre. Później przez kolejne 30 minut laptop działał na zwolnionych obrotach, wydając przy tym odgłos podobny do dźwięku przelatującego helikoptera, a kiedy wreszcie się rozkręcił, ja musiałem kończyć pracę.

No i do tego dochodzi jeszcze bateria. Bateria, którą wymieniłem na nową przy okazji wyjazdu do Stanów, w ostatnich miesiącach użytkowania wytrzymywała mi — z ręką na zegarku! — 12 minut. Dwanaście. Pieprzonych. Minut. Co oznacza, że aby pracować na moim LAPTOPIE, który z definicji jest sprzętem mobilnym, dłużej niż 12 MINUT, musiałem mieć w pobliżu gniazdko.

Ale czasem miałem ochotę wprowadzić w czyn powyższe.

 

Jako dzielny towarzysz podróży, Vaio zawędrował ze mną aż do USA.

W momencie wyjazdu do Stanów blog funkcjonował już od kilku miesięcy, a ja nie chciałem urywać kontaktu z Czytelnikami na czas mojej nieobecności w kraju. Postanowiłem wziąć ze sobą komputer, licząc na to, że uda mi się regularnie publikować. Niestety; w praktyce okazało się, że z uwagi na trudne warunki na kampie publikowałem niewiele. Długie godziny w pracy, słaby Internet i raczej monotonne życie nie inspirowały do pisania, więc w trakcie tego okresu powstało zaledwie parę tekstów.

Pamiętam te kilka wieczorów, podczas których siadałem z laptopem na kolanach w ciemnościach przedsionka, który prowadził do pokoju sypialnego chłopaków pracujących ze mną w kuchni, i starałem się wykrzesać z siebie parę zdań. Pamiętam też, że kilku chłopaków pytało mnie, co takiego robię. Kiedy odpowiadałem, że piszę tekst na bloga, kiwali głowami i szli dalej. Nie zaczepiali mnie, nie pytali, czy mam jakieś pornosy — po prostu szli dalej.

I, cholera, być może się mylę, ale wydaje mi się, że zostawiali mnie w spokoju z szacunku; z szacunku do tego, że pomimo niesprzyjających warunków, robię to, co robię.

Więcej zdjęć na moim Instagramie -> jakubpe.official

 

Dziwna sprawa z tymi rzeczami

 

Bo z jednej strony komputer to tylko komputer, koszulka to tylko koszulka, a kubek to — uwaga, uwaga — tylko kubek, ale i tak każdy z nas ma swoje ulubione: kubki, koszulki czy komputery. Wydaje mi się, że często przywiązujemy się do przedmiotów nie przez to,  czym są lub jakie funkcje posiadają, a raczej ze względu na to, jakie emocje w nas wzbudzają, jakie wspomnienia przywołują.

Koszulka z logo zespołu nie będzie tylko kawałkiem tkaniny z ładnym nadrukiem, jeśli jest to nasz ukochany zespół i jeśli kupiliśmy ją na ich koncercie, na który odkładaliśmy pieniądze miesiącami. Kubek z ciekawym motywem nie będzie zwykłym kubkiem, jeśli przywieźliśmy go z podróży po Portugalii, wyszperawszy go wcześniej na hałaśliwym targu i utargowawszy niższą cenę po długiej dyskusji ze sprzedawcą.

Stary, odrapany laptop nie będzie zwykłym laptopem, jeśli weźmie się go ze sobą w podróż do USA, napisze na nim dwie prace dyplomowe i założy bloga, który szybko stanie się sposobem na życie :)

 

———

 

A Wy? Macie swoje ulubione, bliskie sercu rzeczy?

___

Autorem zdjęcia w nagłówku jest Matthew Henry | UnSplash