Seks, przyjaźń i pieniądze - o trzech filarach trwałego związku

10 października 2014 roku wreszcie się zakochałem.

Był ciepły, jesienny wieczór; tłum ludzi gęstniał pod salą, w której za chwilę miał odbyć się koncert. Było głośno, było tłoczno, a w moich żyłach od dwóch godzin leniwie krążyły promile. Do głowy by mi nie przyszło, że w dzień taki jak ten można zakochać się w kimś na zabój.

Nie mogłem przestać o niej myśleć; i to nie jest fajna rzecz, nie móc przestać o kimś myśleć. Człowiek próbuje się na czymś skupić, wysupłać z mózgu cokolwiek, choćby i jedną myśl niepodległą tej osobie, ale nie może, nie potrafi. A nawet jeśli uda mu się zająć głowę czymś innym na krótki moment, to myśl o tej osobie wraca ze zdwojoną siłą, jeszcze bardziej natrętna i wszechobecna. I później rodzice dziwią się, że egzaminy oblane, a kierowcy trąbią, gdy roztargniony młodzieniec niespodziewanie wkroczy wprost pod koła ich samochodu.

Ta niemożność myślenia o niczym innym tylko wzmogła się, kiedy wreszcie ją zdobyłem. Gdy byliśmy razem, nic innego nie miało znaczenia. Istnieliśmy tylko my dwoje. Spędzaliśmy ze sobą każdą wolną chwilę, a nierzadko i te chwile, w których powinniśmy zająć się czymś innym. Gdy nie byliśmy razem, myślałem tylko o tym, kiedy znowu się zobaczymy.

Mijały tygodnie.

Szalejące uczucie udało się ostudzić do bezpiecznej dla otoczenia temperatury. Dzika fascynacja ustąpiła miejsca dojrzalszemu pożądaniu, a my odkryliśmy w sobie nawzajem coś więcej niż tylko ciało. Odkryliśmy, że możemy do siebie mówić i być słuchanym; że możemy zwierzać się sobie z długo skrywanych sekretów, a później spać spokojnie, wiedząc, że są one bezpieczne. Odkryliśmy, że czasem możemy być razem, blisko siebie, tuż obok, i to już wystarczy; że nie potrzeba nam niczego więcej.

Potrzeba bycia ze sobą doprowadziła nas do decyzji o zamieszkaniu razem.

 

„JUŻ NIC NIE BYŁO TAKIE SAMO”

 

wypadałoby napisać w tym miejscu, ale byłoby to wierutne kłamstwo. Więc nie napiszę.

Wręcz przeciwnie: wiele rzeczy zostało po staremu. Wciąż świetnie się dogadywaliśmy i wciąż chcieliśmy spędzać ze sobą każdą wolną chwilę; z tymże teraz nie musieliśmy się wcześniej decydować, kto u kogo zostanie na noc.

Ominęły nas wszystkie typowe problemy zamieszkujących ze sobą par. Nie mieliśmy kłopotu z uszanowaniem własnej prywatności, choć, prawdę mówiąc, jakoś bardzo o tą prywatność nie zabiegaliśmy; woleliśmy być razem. Nie kłóciliśmy się o to, kto teraz sprząta i czyja kolej wynieść śmieci. Robiliśmy wszystko, aby dobrze nam się żyło. Bo to nie jest tak, że kiedy z kimś zamieszkujesz, to albo wam się uda, albo nie; ryzyk-fizyk. To, czy wam się uda, zależy wyłącznie od was samych, a także tego, ile każde z was jest w stanie poświęcić, żeby się udało.

Pamiętam, że wiosną 2016 roku byliśmy niezwykle zajętymi ludźmi. Zbliżał się wylot do Stanów i wciąż jeszcze mieliśmy mnóstwo rzeczy do załatwienia. Ponadto zbliżał się koniec roku akademickiego, co oznacza egzaminy, a ja musiałem oddać pierwszy rozdział pracy magisterskiej; postanowiłem, że oddam taki rozdział, którego nie będę pisał od nowa w przyszłym roku. Poza tym, oboje pracowaliśmy na pół etatu i chodziliśmy regularnie na siłownię; resztę czasu wypełniały nam obowiązki domowe. Nie chciałem też rezygnować z pisania choć, przyznaję, pisałem wtedy rzadko.

Po wypunktowaniu wszystkich obowiązków wydaje się, jakby było ich kosmicznie dużo; jakbyśmy cudem znajdowali czas na tak przyziemne rzeczy jak jedzenie i sen. W istocie jednak było zupełnie odwrotnie: spaliśmy całkiem przyzwoicie, odżywialiśmy się lepiej niż kiedykolwiek. Dlaczego?

Bo nie byliśmy w tych obowiązkach osamotnieni.

 

Autorem zdjęcia jest Jonatas Eduardo | pixabay.com

Autorem zdjęcia jest Jonatas Eduardo | pixabay.com

 

Odkryłem wtedy, że dwójka ludzi może być dla siebie czymś znacznie więcej niż kochankami i przyjaciółmi; że trwała relacja nie opiera się wyłącznie na seksie i przyjaźni. Odkryłem, że trzecim i ostatnim ogniwem łączącym dwójkę kochających się ludzi jest, a przynajmniej powinno być, partnerstwo.

Pamiętam, że owej wiosny funkcjonowaliśmy na najwyższych obrotach; działaliśmy niczym dobrze naoliwiona maszyna, której trybiki idealnie ze sobą współgrają. To dzięki dzieleniu się obowiązkami byliśmy w stanie robić tak dużo, zachowując dobrą kondycję psychiczno-fizyczną. Wystarczyło określić, kto zajmuje się czym i dotrzymywać swojej części umowy.

Na siłownię zwykle jeździliśmy rano. Jeśli akurat oboje pracowaliśmy na popołudnie, to po powrocie z treningu jedno zaczynało robić obiad, podczas gdy drugie szło pod prysznic; później się zmienialiśmy. Dzięki temu oboje siadaliśmy do gorącego posiłku wykąpani. Często - a może raczej „zwykle” - gotowaliśmy więcej, żeby móc wziąć ze sobą jedną porcję do pracy. Jeśli akurat zdarzało się, że pracowaliśmy na dwie różne zmiany, to osoba, która miała na popołudnie gotowała obiad dla siebie i dla tej drugiej osoby, żeby po powrocie do domu czekał na nią świeżutki posiłek.

No i najważniejsze - jak głosi czwarte przykazanie trwałego związku: kiedy jedno gotuje, drugie zmywa.

Podobnie rzecz się miała z innymi obowiązkami: ja zrobię to, żebyś ty mógł/mogła zająć się swoimi sprawami; albo robimy coś razem, żeby poszło szybciej. Ja zrobię pranie, żebyś ty mógł napisać tekst na bloga; ja zrobię zakupy, żebyś ty mogła nauczyć się na egzamin. Mieszkanie posprzątamy razem. Nikt nie lubi sprzątać mieszkania samotnie.

Obecnie wygląda to trochę inaczej, bo i nasze grafiki są mniej elastyczne; nie mniej w dalszym ciągu działamy jak drużyna.

 

RAZEM MOŻEMY WIĘCEJ

 

Jakiś czas temu uczestniczyłem w spotkaniu dla czytelników, zorganizowanym przez znajomą blogerkę. Przegadaliśmy chyba pięć godzin, a w trakcie rozmowy owa blogerka napomknęła o ciekawym zjawisku występującym w polskiej blogosferze. Stwierdziła, że te popularniejsze przedstawicielki żeńskiej części blogosfery „wybiły się” czy też nabrały rozpędu tuż po tym, jak weszły w stały związek.

Nie mogę w żaden sposób poręczyć za wiarygodność tych informacji, nie mniej wcale nie zdziwiłbym się, gdyby rzeczywiście tak było.

Będąc w związku opartym na partnerskich relacjach nie tylko „można więcej” jako para, lecz także indywidualnie; jako jednostka. I nie mam na myśli wyłącznie dzielenia się obowiązkami, które uwalnia czas na własne pasje; przede wszystkim chodzi o wsparcie; takie wsparcie, jakiego może udzielić jedynie osoba kochająca, która mocno wierzy w zasadność działań partnera.

Gdyby nie Aldonka, prawdopodobnie nigdy nie opublikowałbym nawet jednego tekstu. Brakowało mi wiary we własne możliwości; brakowało wsparcia osoby, która, jak ja, widzi sens w tym co robię. Niezliczoną liczbę razy miałem już dość. Nie miałem pomysłu i chęci by napisać kolejny tekst, nie miałem sił użerać się z „systemem”, który, zdawało mi się, wymierzony jest przeciwko mnie. I choć do walki z własnymi demonami ostatecznie zawsze stawałem - i staję - samotnie, to bez wsparcia Aldonki nie wygrałbym żadnej z nich.

„Razem” jest po prostu ciut łatwiej.

 

POGADAJMY O KOSZTACH

 

Partnerstwo polega również na dzieleniu się kosztami.

Nie mam na myśli jedynie kosztów finansowych, chociaż, umówmy się: dzielenie rachunków na dwoje, jakkolwiek nieromantycznie by to brzmiało, sprawia, że stać nas na więcej. Wyobraźcie sobie dwójkę studentów żyjących samotnie, z których każde zarabia mniej więcej 800 złotych miesięcznie, z czego 600 złotych pochłania im sam wynajem pokoju. Resztę pensji wydają na gówniane jedzenie, karnet na siłownię i powściągliwe przyjemności towarzyskie, a do skarbonki z napisem «wakacje» lądują same drobniaki. W momencie, gdy ta dwójka łączy swoje budżety, nagle koszty wynajmu spadają, jakość jedzenia podnosi się, a w skarbonce wreszcie zaczyna szeleścić.

Ważniejsze jest natomiast dzielenie kosztów emocjonalnych. Znacznie łatwiej jest znieść kolejną porażkę lub trudny okres, wiedząc, że w domu czeka na ciebie ktoś, kto doda ci otuchy; komu można wypłakać się w ramię, kto obetrze ci łzy i powie, że wszystko będzie dobrze. Jeśliby przyjąć, że za każde okazanie wsparcie winno się płacić partnerowi jakąś sumę, to mój dług u Aldonki już dawno przekroczył sześć cyfr; .

Jednakże, mówiąc o kosztach emocjonalnych nie mam na myśli płacenia wyłącznie tych negatywnych rachunków.

 

„Happiness is only real when shared”*

 

Uważam, że ludzie są biologicznie (lub kulturowo, nie ma znaczenia) uwarunkowani do życia w parach. Uważam też, że prawdziwie szczęśliwym można być tylko wtedy, gdy to szczęście dzielimy z drugą osobą.

Odejdę trochę od tematu partnerstwa, ale chciałbym się podzielić jeszcze jedną historią. Kilka lat temu wyjechałem do Hiszpanii na wymianę studencką. Wyjazd ten był dla mnie spełnieniem marzeń: nowi ludzie, obca kultura, nowe doświadczenia; wtedy też w moim mózgu zaczęły dziać się dziwne rzeczy i z zamkniętego w swojej ciasnej rzeczywistości chłopca zacząłem zmieniać się w otwartego na świat mężczyznę. Pierwsze tygodnie były dokładnie takie, jak sobie wymarzyłem: spotykałem ludzi z całego świata, poznawałem różne kultury i imprezowałem do białego rana. Wreszcie też wyrwałem się z rodzinnej miejscowości i wyruszyłem w szeroki świat. Uczucie swobody było cudowne.

Po jakimś czasie rzeczy, które wcześniej sprawiały mi przyjemność, nagle przestały. Egzotyczna Hiszpania spowszedniała, a ja odkryłem, że czegoś mi brakuje; nie potrafiłem cieszyć się z tego, gdzie jestem. Na pewno brakowało pieniędzy, ale one nigdy nie były najważniejsze. Pomyślałem, że brakuje mi rodziny; że całe życie spędziłem w rodzinnym domu, więc teraz musi dobijać mnie tęsknota. Napisałem nawet o tym tekst, który podsumowałem zdaniem: „rodzina jest najważniejsza!”. Myśl ta była zarówno olśniewająca, jak i dołująca: nie chcę przecież spędzić całego życia tam, gdzie się urodziłem.

Po powrocie do domu okazało się, że częściowo miałem rację: tęskniłem za rodzinę, ale po jakimś czasie zatęskniłem też za swobodą. Za życiem na własną rękę. Nie minęło pół roku, a ja wyprowadziłem się z domu na dobre. I wtedy spotkałem ją.

Był 10 października 2014 roku, a ja wreszcie się zakochałem; i zrozumiałem.

"Happiness is only real when shared."

_____

*Christopher McCandless

Autorem zdjęcia w nagłówku jest Will O | unsplash.com