Syndrom deklaracji "TAK"

Czy Twój związek padł ofiarą SDK?

 Nie to, żebym był jakimś pieprzonym idealistą, ale przypuszczam, że każdy z was, moi drodzy czytelnicy, zakochał się chociaż raz. A jeśli nie zakochał, to przeżył coś na kształt zakochania: zauroczenie, fascynację. Szybki numerek w kiblu. Zobaczyliście tą drugą osobę i poczuliście dziwne ukłucie po lewej stronie klatki piersiowej. Zabrakło wam tchu; nie wiedzieliście, co powiedzieć. Zdobyliście się jednak na odwagę by podejść lub sprawić, żeby to ta osoba podeszła. Przy odrobinie szczęścia udało wam się nawiązać kontakt. Może nawet się polubiliście. Coś zaiskrzyło.

Po jakimś czasie myślenie stało się mieszanką bólu i rozkoszy, szczęścia i rozpaczy. Mimo prób skupienia się na czymś innym, osoba ta tkwiła w waszej głowie niczym znienawidzony przebój radiowy. Bez chwili wytchnienia. Spotkaliście się kilka razy na kawie, pogadać, tylko po to, by później szczegółowa analiza wszystkich wypowiedzianych w toku konwersacji słów spędzała wam sen z powiek. „Co on do cholery miał na myśli mówiąc, że dobrze mi w krótkich włosach? To znaczy, że jestem gruba?”. Spotkanie po spotkaniu, otwieraliście się coraz bardziej, czuliście swobodniej w swoim towarzystwie. Upewnialiście w swoim zachwycie. I wreszcie nadszedł ten dzień. Długo wyczekiwany dzień poprzedzony wczorajszym, porandkowym pocałunkiem na dobranoc.

„Tak”. Obopólne porozumienie: «on» stał się twoim chłopakiem; «ona» została twoją dziewczyną. It`s official. Nie posiadacie się ze szczęścia. Chcecie tańczyć i śpiewać w deszczu, krzyczeć na całe gardło i biegać jak szaleniec po ulicach. Trzyliterowe, jednosylabowe słowo, które odmieniło waszą relację. Jesteście razem.

 

KOCHANIE, WYNIEŚ ŚMIECI

 

Póki mieszkacie osobno, jest łatwiej. Ja mam swoją prywatną przestrzeń, ty masz swoją. Nie wtrącamy się w nie swoje sprawy (za bardzo) i szanujemy siebie nawzajem. Posprzeczaliście się? Trudno, trochę odpoczynku od siebie w swoich własnych mieszkaniach załatwi sprawę. Samo przejdzie. Gorzej, jeśli tej prywatnej przestrzeni zabraknie. Bo uznaliście, że to już czas. Na własne życzenie więc pozbawiacie się swojego sacrum i zamieszkujecie razem.

Po mniej więcej miesiącu pęka w was długo duszona gorycz. On zostawia skarpetki pod łóżkiem, nie opuszcza deski i nie zmywa naczyń po sobie. Ona ma miliard kosmetyków (wszędzie), tryliard butów, które zaanektowały całą szafkę w przedpokoju, a jej włosy zapychają syfon pod prysznicem. Ta gorycz wylewa się z was jak gorąca lawa i topi grunt pod nogami. „Uciekłem od rodziców żeby być na swoim, a ty będziesz mi mówiła, jak żyć!?”.

Kłócicie się o wszystko, o najdrobniejszą błahostkę. Czasami już sama obecność tego drugiego drażni i każde z was tylko szuka pretekstu by rozpętać wojnę. Tej jednej, malutkiej rzeczy, która zadziała niczym zapalnik.

 

 

PUK, PUK. KTO TAM?

 

Nuda. Zakrada się do waszego życia cicho i niepostrzeżenie. Niczym wąż wślizguje się powolutku by owinąć spontaniczność wokół szyi

i morderczym uściskiem pozbawić ją życia. Koniec z wyjściami na imprezy czy kolacje. Koniec z wypadami za miasto albo do znajomych. Nuda, stagnacja, i jeszcze raz seriale. On od dawna nie przyniósł ci kwiatka, tak bez okazji. Ty nie pamiętasz, kiedy ona ostatni raz założyła ździrowatą bieliznę i czekała na ciebie w łóżku pragnąc, byś wstrząsnął jej światem w posadach. Szara codzienność, wypełniona długimi godzinami w pracy i cotygodniowymi zakupami w tesco. W poniedziałek ryż, we wtorek makaron a w piątek świeża ryba z lidla. Niedziela wciąż dniem niepokonanych schabowych. Jak u mamy.

Wyjście z kumplami na piwo oznacza jej dwugodzinną tyradę o tym, że znowu późno wróciłeś i „się najebałeś”. Wyjście z koleżankami na imprezę to jego cudowna przemiana w najgorliwszego wyznawcę teorii „mowa jest srebrem, a milczenie złotem”.

Ponieważ wasze życia jest porywające niczym fabuła „Klanu”, twojej partnerce/partnerowi

 

PRZESTAJE ZALEŻEĆ

 

Na tym, jak wygląda i ile waży. Przestaje o siebie dbać bo wie, że jej/jego nie zostawisz. Nigdzie nie odejdziesz, przecież powiedziałeś/aś „tak”. „Tak”, chcę być z tobą. „Tak”, kocham cię. „Tak”, jestem tylko twój/twoja.

Ciuchy w jego szafie to istny przegląd kolekcji „Castorama, jesień 2016”, a do fryzjera wybiera się dopiero, gdy przechodnie zaczynają rzucać mu drobniaki pod nogi kiedy siedzi na ławce w parku. Jej włosy przypominają bardziej o wiosennych sianokosach, a paznokcie służą wyłącznie do skrobania zdrapek z totka, nie posiadając żadnej funkcji estetycznej.

Karnet na siłownię to już zmięty, wyblakły kawałek papieru. Patrząc na jej/jego tułów masz ochotę zadzwonić do ludzi od opon michelin i powiedzieć, że masz dla nich nową maskotkę. Z utęsknieniem wspominasz to wspaniałe ciało, niegdyś tak przez ciebie wielbione. Ciało, które rozgrzewało atmosferę w sypialni w mroźne, zimowe noce. Ciało, które już nie wywołuje w twoim kroczu pożądanej reakcji. A to oznacza

 

KONIEC Z SEKSEM

 

Do odwołania. Ani ty, ani twój partner/partnerka nawet nie macie ochoty. „Seks? Tak w południe? Przecież pranie muszę wstawić!”. Jasne, raz na jakiś czas, w przypływie rozpusty, zdarza wam się zaszaleć i walnąć piętnastominutowy maraton na misjonarza. Tyle że on zasypia dwie minuty później, a ciebie do wczesnych godzin porannych męczy kac-moralniak.

Myśl, że twój partner/partnerka może się zmienić, czaiła się gdzieś głęboko w podświadomości. To w sumie całkiem oczywiste: wszyscy zmieniamy się pod wpływem innych ludzi w ten czy inny sposób. Nie sądziłeś/aś jednak, że zmiana nastąpi tak szybko. I w takim kierunku. Zaraz, zaraz... Co ja plotę? Przecież my się kochamy. To, co jest między nami, to przecież musi być

 

MIŁOŚĆ? A CO TO TAKIEGO?

 

Motylki w brzuszku na widok tej drugiej osoby to odległe wspomnienie. W zasadzie coś tam czujesz, ale porównanie do szarańczy pasuje bardziej: uczucie zżera cię od środka. Czujesz, że się wypalasz. Masz ochotę rzucić wszystko i zacząć od nowa. Z kimś innym, gdzie indziej; inaczej. Nie popełnisz już tych samych błędów, nie będziesz się spieszył/a. Tym razem musi się udać. Z tym, że...

Wiesz, że się na to nie zdobędziesz. Dlaczego? Bo to oznacza zmianę, a zmiana wymaga porzucenia ustalonego porządku na rzecz stawienia czoła nowym okolicznościom. Wymaga odejścia od starych przyzwyczajeń i nawyków, by znaleźć swoje miejsce w nowej rzeczywistości. Niezbyt to romantyczne być z kimś z przyzwyczajenia, ale co jeśli?

Co jeśli ją/go zostawię i nie znajdę nikogo innego? Bo jestem już tak przesiąknięty/a tą drugą osobą, że każdy wyczuje to na kilometr? Co jeśli nikt mnie nie zechce? Co jeśli nikomu się nie spodobam i już do końca życia będę tylko ja, mój dom i powiększające się stadko kotów/figurek ze star wars?

Co jeśli tak już musi być?

 

 

 

 

———

 

 

 

 

Poza tym, czy to źle być z kimś, bo „tak już musi być”?