Trump vs. America

Wybory prezydenckie z Stanach Zjednoczonych 2016 - co myślą Amerykanie?

To właśnie dziś, tj. 8 listopada 2016 roku, obywatele USA oddadzą swe głosy w wyborach prezydenckich. Jeśli tego nie wiesz, to albo dopiero co wybudziłeś się z śpiączki, albo postanowiłeś wieść pustelnicze życie w sercu Bieszczad. Niee, sorry. Nawet mieszkańcy Bieszczad wiedzą, że dziś jest głosowanie. Otrząśnij się, człowieku!

Jedno trzeba przyznać: to był historyczny wyścig o prezydenturę. Nigdy wcześniej w historii Stanów Zjednoczonych nie zdarzyło się, aby polityczny outsider, jakim zdecydowanie jest Donald Trump nie tylko uzyskał nominację, ale prowadził równy wyścig o głosy ze swoim kontrkandydatem. Cholera, jest spora szansa, że on ten wyścig wygra! Nawiasem mówiąc: dobrze by się stało. Ale o tym później.

W chwili, kiedy jasnym stało się, że to właśnie Donald Trump będzie reprezentantem Partii Republikanów w wyborach prezydenckich, całe to zamieszanie za oceanem zyskało moje zainteresowanie. Wielu mówiło, że do tego nie dojdzie: Trump nigdy nie dostanie nominacji; a jednak. Ci sami ludzie powtarzali później, że to i tak nie ma znaczenia, bo głosy zostaną po stronie Clinton: jeszcze wczoraj, w przeddzień wyborów, sondaże wskazywały na delikatną przewagę po stronie Trumpa. Jaki będzie ostateczny wynik?

Wybory w USA były dla mnie interesujące z jeszcze jednego powodu: mojego wyjazdu do Stanów. Będąc już na amerykańskiej ziemi, nie miałem okazji uczestniczyć w żadnym wiecu wyborczym. Odwiedziłem pięć największych miast Wschodniego Wybrzeża, a zaledwie kilka rzeczy wskazywało na to, że już niedługo Amerykanie będą wybierać nowego prezydenta. Głównie koszulki i inne memorabilia z karykaturalną podobizną Donalda Trumpa. Ale to działo się jeszcze na długo przed wyborami. Nie mogłem jednak przepuścić takiej okazji i nie popytać ludzi, na kogo będą głosować i dlaczego.

A zatem, w dzień wyborów, daję wam wgląd w to, co o wyborach prezydenckich w Stanach Zjednoczonych myślą sami obywatele kraju. Nie jest to jakaś kompleksowa analiza, nie prowadziłem żadnych ankiet i badań. Ot, zdarzyło mi się zapytać przy tej czy innej okazji o zdanie kilku osób. Nie traktujcie więc tego tekstu nazbyt serio; chcę przekazać wam to, co usłyszałem podczas kilku rozmów, a także przedstawić swoją opinię na ten temat. Co więcej, głównie zależy mi na poznaniu waszej opinii. Śmiało więc dzielcie się swoimi przemyśleniami w komentarzach.

 

What do Americans think?

 

| Zanim zaczniemy: |

Kilka słów na temat samej konstrukcji wyborów. W Stanach funkcjonuje system dwupartyjny: mamy Partię Demokratów i Partię Republikanów. Startować do wyborów może każdy, niekoniecznie przynależący do jednej z nich, natomiast kandydaci obydwu partii w pierwszej kolejności walczą o swoją nominację. Nominowany zostaje jeden kandydat z każdej partii (w głosowaniu wewnątrzpartyjnym), a dopiero później kandydaci walczą o głosy wyborców (całych stanów, nie pojedynczych głosów). Cały proces jest dość skomplikowany i zaczyna się już na długo przed dniem wyborów. Kampanie kandydatów zaczynają się już rok wcześniej.

 

Wybory prezydenckie w Stanach w 2016 roku to ciężki orzech do zgryzienia: obydwoje kandydatów (tych liczących się) to ludzie, za którymi wyborcy nie przepadają (brzmi znajomo?). Z jednej strony Donald Trump, milioner uganiający się za panienkami, który chce wyeksmitować muzułmanów do ich kraju i postawić mur na granicy z Meksykiem; z drugiej, Hilary Clinton, żona byłego prezydenta, również milionerka, uwikłana w mnóstwo afer, niekoniecznie związanych z jej mężem. Wariat i oszustka. Seks-aferzysta i skorumpowana pani polityk. Kogo wybrać?

Na początek przybliżmy sytuację demokracji w Stanach. W ostatnich wyborach tylko połowa społeczeństwa amerykańskiego wzięła udział w wyborach; w tym roku chęć do zagłosowania (stan na sierpień 2016) wyraziło mniej niż 40 procent. Jak powiedział mój przyjaciel James (przedstawiłem go w tekście o Nowym Jorku): Money controls politics. Prawda jest taka, że w wyborach wygrywa ten, kto ma grubszy portfel. Koniec i kropka. Nawiasem mówiąc myślę, że tą zasadę można odnieść do niejednego «demokratycznego» państwa. Ludzie mają dość polityków i ich niespełnionych obietnic. Ludzie mają dość olewania ich potrzeb, na rzecz potrzeb rządzących. Ludzie mają dość korporacji sterujących decyzjami władzy. Niestety dla nas, ludzie mają tu niewiele do gadania.

A co Amerykanie sądzą o kandydatach?

 

[ Donald Trump ]

 

Milioner. Człowiek, który odziedziczył fortunę i zarządza potężnym rodzinnym biznesem. Postać ekstremalnie kontrowersyjna i wręcz słynąca ze skandali. Postać bardzo nie lubiana.

Pamiętam, że niektórzy Amerykanie na dźwięk nazwiska Trumpa dosłownie gotowali się ze złości. Wyrażali głębokie zniesmaczenie tym, że ktoś taki jak on w ogóle ubiega się o prezydenturę. Dla nich taki prezydent to hańba: Trump stał się pośmiewiskiem za to, jak wygląda i jakie głupoty wygaduje. Uważają go za człowieka niezrównoważonego psychicznie, wulgarnego i obscenicznego.

Wśród bardziej poważnych zarzutów pojawiły się głosy o braku jakichkolwiek planów na zrealizowanie swoich obietnic. Rzeczywiście, Trump wiele razy powtarzał że coś zrobi, ale nigdy nie wyjawiał konkretów. Dawał ogólniki, jak w przypadku budowy muru na granicy z Meksykiem, ale nie mówił jak dokładnie zamierza to zrealizować.

Kolejny zarzut padł ze strony nie-białych społeczności (chciałem napisać mniejszości rasowych, ale to byłoby kłamstwo). Jednym z haseł wyborczych Trumpa było: We want to take our country back. Jako że Trump jest biały, ludzie innych ras zaczęli się zastanawiać: Who are «we»? Kogo na myśli ma Donald Trump, mówiąc «my»? Kandydat Partii Republikańskiej ma dużo poparcia na południu Stanów, gdzie ludzie są bardziej konserwatywni i zakorzenieni w tradycji, a także są to ludzie biali (za wyjątkiem Florydy). Czy to oznacza, że «my» to tak naprawdę «my-biali»? Co z innymi? Potęga USA to wielokulturowość. Państwo to zostało zbudowane na zasadzie «bierzemy wszystkich», każdy jest równy wobec prawa. Co teraz?

Kilka osób powiedziało mi, że Trump to po prostu zły przykład dla dzieci i choćby z tego względu nie chciałoby, żeby był prezydentem.

 

[ Hilary Clinton ]

 

Kłamca i oportunistka. Istnieje mnóstwo niejasności odnośnie przeszłości Hilary Clinton. Słynna afera z usuniętymi mailami to tylko wierzchołek góry lodowej. Ostatnio zresztą odnaleziono część rzekomo usuniętych maili na komputerze Szefowej Sztabu wyborczego pani Clinton. A to dlatego że... Mąż Szefowej został oskarżony o rozsyłanie swoich nagich zdjęć do nieletnich kobiet, a jedna z nastolatek rozpoznała go i zgłosiła to policji. Także tego. Po skonfiskowaniu komputera, z którego Szefowa korzystała w domu wspólnie z mężem, na jaw wyszły zaginione maile. I bum! Kolejna afera na 11 dni przed wyborami.

Hilary bardzo często sama gubi się w tym, co mówi. Na jednym z wieców w stanie Oregon, który jest zagłębiem górniczym Stanów Zjednoczonych powiedziała, że za swojej prezydentury chce zamknąć część kopalni i przejść na energię odnawialną. Przedstawiciele związków górniczych nie mogli uwierzyć własnym uszom; przecież z pracy w kopalni 2/3 ludności stanu utrzymuje swoje rodziny. W odpowiedzi na ten zarzut Clinton powiedziała, że źle ją zrozumieli i wcale nie miała tego na myśli.

Kolejnym zarzutem wobec Clinton jest to, że praktycznie siedzi w kieszeni bardzo wpływowych, bardzo bogatych ludzi. Na kolację z byłą Pierwszą Damą przychodzą sami krezusi biznesowi o potężnych politycznych koneksjach. Nastąpiła poważna obawa, czy Hilary nie będzie marionetką w ich rękach.

Mimo tego, to właśnie o Hilary Clinton mówi się «mniejsze zło». Wielu Amerykanów decyduje się oddać swój głos na nią, bo wydaje się być lepszym wyborem. James powiedział mi, że prezydentura Hilary byłaby kontynuacją polityki Obamy, a sporej grupie ta polityka odpowiada.

 

What do I think?

 

Każdy z kandydatów ma swoje wady, tego nie da się ukryć. O ile jednak zarzuty wobec Trumpa dotyczą głównie jego braku moralności w postępowaniu wobec kobiet, to Clinton dawno powinna być skazanym przestępcą. Zatajenie służbowych maili państwowej rangi w śledztwie prowadzonym przez FBI to poważne przestępstwo, ale Hilary jakoś uszło to na sucho. Nawiasem mówiąc wspomniałem już, że śledztwo w tej sprawie zostało wznowione (sprawa komputera Szefowej Sztabu). Clinton to «swojaczka». To marionetka ludzi którzy są teraz przy stołkach, więc jej prezydentura jest ich jedynym sposobem na przetrwanie. Dobrze wiedzą, że w przypadku wygranej Trumpa ich dni są policzone.

Śmieszy mnie również postawa mediów. Media liberalne, jak np. CNN, które są w przewadze w stosunku do mediów konserwatywnych, chcą dosłownie pożreć Trumpa żywcem. Przez całą jego kampanię rzucali w niego kolejnymi zarzutami. Co rusz pojawiała się nowa taśma upokarzająca kandydata Republikanów. W momencie, kiedy taśm zabrakło, zaczęły pojawiać się, które Trump rzekomo molestował w przeszłości. Kiedy i kobiet zabrakło, dziennikarze zaczęli się czepiać dosłownie wszystkiego, co mogłoby mu w jakikolwiek sposób zaszkodzić. Wygrzebywano brudy sprzed 20 lat. Kampania Hilary Clinton była kampanią przeciwko Donaldowi Trumpowi; to była istna polityczną nagonką. Żadne z działań nie miało większego skutku na wyniki sondaży. Trump spokojnie odpierał ataki ze strony mediów, najczęściej kwitując je śmiechem. Natomiast wznowione ostatnio śledztwo w sprawie Hilary poskutkowało natychmiastowym spadkiem jej poparcia wśród wyborców. Co wtedy robi Hilary? Robi, co może.

Do jej kampanii dołączyli niedawno Beyonce, Jay-Z czy Lady Gaga, a Miley Cyrus od dawna publicznie wyraża swoje poparcie dla Clinton. Nawet Barack Obama poczuł palący się pod nogami Demokratów grunt i zaczął pomagać koleżance. Mimo wszystkich tych zabiegów, mimo całego czarnego PR'u wymierzonego w stronę Trumpa na jego wiece i tak ciągną tłumy. Do Hilary zagląda niewielu.

Max Kolonko w jednym ze swoich filmów pokazał także video z Robertem De Niro, na którym aktor chamsko obraża Trumpa. Video miało ostatecznie nie ujrzeć światła dziennego, ale w toku afery WikiLeaks, kolejnej afery na której reputacja Clinton ucierpiała, zostało wypuszczone do sieci. Obejrzyjcie sobie to video. Panie Robercie, no wstyd.

Duża część nie lubi Trumpa tylko dlatego, że jest bogaty. A pani Clinton to co, trawkę skubie? Obliczono, że dochód roczny Hilary Clinton wynosi 31 milionów dolarów. Trzydzieści jeden! Z samej polityki! Trump zarabia sporo więcej, ale on jest biznesmenem.

 

 

 

———

 

 

 

Myślę, że wygra Hilary. Jeśli jednak miałbym zagłosować, wybrałbym Donalda Trumpa.

Trump mówi o tym, o czym myślą wszyscy, ale boją się tego powiedzieć; i stawia na radykalne rozwiązania. Problem z nielegalnymi imigrantami z Meksyku? Zbudujmy mur. Problem z ISIS? Zniszczmy ISIS. Rozwiązanie nie jest oczywiście takie proste, ale proste obrazy przemawiają do wyobraźni wyborców, a Trump o tym wie. Nie podoba mi się jego agresja. Jestem zwolennikiem pokojowych rozwiązań, ale cała prezydentura Obamy to były pokojowe rozwiązania. Do czego one doprowadziły? Do jeszcze większej liczby problemów. Być może niektórych kwestii nie da się rozwiązać w pokojowy sposób. Może czas otwarcie zawalczyć o swoje, zamiast tkwić w amoku politycznej poprawności. Nie wiem.

Wiem natomiast, że nie wybrałbym kandydata z establishmentu politycznego, jakim jest Hilary Clinton. Ludzie chcą zmian, mimo to często popierają Clinton wiedząc, że ona im tych zmian nie da. Zmiany wymagają odwagi, a ludzie boją się zburzenia ustalonego porządku rzeczy, do którego zdążyli się już przyzwyczaić.

Być może Donald Trump jest szaleńcem. A być może w jego szaleństwie jest metoda?