U.S.A - pierwsze dni

Żyję. Jestem cały i mam się dobrze. Nie było mnie przez krótką chwilę, więc dzisiaj krótkie sprawozdanie, jak żyję.

Z góry chciałbym przeprosić was za opóźnienie z dodaniem tekstu. Nie miałem zbyt wiele czasu, żeby usiąść gdzieś wygodnie z laptopem i popracować, a na domiar złego popsuły się komputery i straciliśmy mizerne dostawy internetu. Nie myślcie sobie jednak, że o was zapomniałem, co to to nie. Myślę o tym, co może was zainteresować, i o czym chcielibyście przeczytać. Jeśli Wy macie jakieś pomysły—śmiało dawajcie znać w komentarzach! Dzisiaj krótkie wprowadzenie, co tam u mnie.

            Podróż minęła prawie przyjemnie i prawie bezstresowo. Biorąc pod uwagę, że trwała jakieś 32 godziny, składała się z czterech etapów, oraz że ze sobą mieliśmy (ja i moje +1) bagaż o łącznej wadze prawdopodobnie w okolicach 60 kilogramów, «prawie» to naprawdę dobry wynik. Każdy etap podróży poszedł sprawnie i bezstresowo. Zaskakująco dla mnie samego zdołałem nawet zasnąć w samolocie, co nigdy wcześniej się nie zdarzało. W zasadzie to podróż ta była pierwszym dniem, w którym mogliśmy już zapomnieć o studiach i innych zobowiązaniach, i w końcu trochę odpocząć. Styrani przygotowaniami do wyjazdu, szybszą sesją i załatwianiem miliona innych spraw wreszcie odsapnęliśmy. Na amerykańskiej ziemi stanęliśmy rześcy i wypoczęci, z kubkiem mrożonej kawy z Dunkin' Donuts w ręku, gotowi do akcji.

            Co jak dotąd się działo?

 

PRACA

 

            Na razie nie jest źle. Nigdy nie pracowałem w kuchni, więc jest to dla mnie zupełnie nowe doświadczenie. Wygląda zdecydowanie inaczej niż domowe gotowanie, co ma swoje plusy i minusy. Plusem jest to, że robota nie jest trudna. Monotonna, nudna i powtarzalna, ale nie trudna. Minusem jest zlewak. Uwierz mi, nie chcesz trafić na zlewak. Na zlewaku jest przejebane. Nie jest fajnie myć naczynia po 150 osobach. I nawet nie mam na myśli talerzy, kubków czy sztućców, bo te są papierowe i po użyciu od razu lądują w koszach. Ale wszystkie półmiski, tacki czy sprzęty używane w kuchni trafiają do mycia. Nawet nie chcę myśleć, ile tego będzie, kiedy przyjadą dzieciaki. Zmywanie po 500 osobach? Nope, thanks!

            Ciekawą osobistością jest szefowa kuchni, Kohawa. To Żydówka izraelskiego pochodzenia o niezwykłym życiorysie: służyła w izraelskim wojsku, uczyła w szkole, była policjantką w Kanadzie, aż w końcu, jakieś 15 lat temu (tyle funkcjonuje kamp i wg zapewnień dyrektorów, to bardzo krótko) trafiła do kampowej kuchni. Jest niezwykle ciepłą i sympatyczną osobą o dosyć specyficznym sposobie bycia, ale rządzi twardą ręką. Ma być tak, jak chce ona i koniec. Dobrze mi się z nią pracuje, bo Kohawa dokładnie wie, co i kiedy ma zostać zrobione, dzięki czemu praca jest łatwiejsza.

            Muszę przyznać, że jak na razie sama praca jest naprawdę w porządku. Jak wspomniałem, jeśli nie brać pod uwagę zmywaka, nie jest ciężko, a atmosfera w kuchni jest bardzo pozytywna. Dobrze się ze sobą dogadujemy, mimo że nikt, z szefową włącznie, nie jest natywnym użytkownikiem języka angielskiego; wszyscy jednak musimy się nim posługiwać. Mówię «wszyscy», bo jest nas naprawdę sporo: w kuchni pracuje około 20 osób o sześciu różnych narodowościach. Podoba mi się, że każdy traktuje pracę na poważnie i wszyscy jesteśmy w nią bardzo zaangażowani. Mimo że nie zarabiamy zbyt dużo, a i warunki mieszkalne mogłyby być lepsze (miejcie na uwadze, że to obóz, więc i warunki panują obozowe), to jakoś nie wyczuwam zniechęcenia, a wręcz przeciwnie; każdy wydaje się być zadowolony z tego, gdzie trafił. Wydaje mi się, że każdy dobrze rozumie, na jakich zasadach tu jesteśmy, i docenia to, że w ogóle możemy tu być.

            Oczywiście, jak to na Amerykę przystało, dostaliśmy mnóstwo różnego rodzaju motivational speeches: od szefowej, jak i od dyrektorów. Ba!, niektórych z naszej kuchennej ekipy poniosło na tyle, aby wygłosić swoją własną.

 

LUDZIE

 

            Jak wspomniałem wcześniej, w samej kuchni można doszukać się sześciu różnych narodowości. Do tego należy dodać Brytyjczyków, którzy pracują na kampie jako opiekunowie i których jest najwięcej, kilku opiekunów z Australii czy Nowej Zelandii, kilkoro Amerykanów pracujących w obsłudze oraz przyjezdnych z takich miejsc jak Brazylia czy Argentyna. Wychodzi z tego ostra mieszanka multi-międzynarodowa. Oczywiście, nie udało mi się porozmawiać z każdym: ludzi jest na to po prostu zbyt dużo, a i jakoś niespecjalnie mi na tym zależy. Mając jednak styczność z niektórymi z nich oraz bazując na poprzednich doświadczeniach, wyciągnąłem kilka ogólnych wniosków odnośnie każdej z narodowości. Jeden z nich jest np. taki, że nie cierpię Brytoli.

            Naprawdę nie cierpię. Nie wiem, jakoś nie potrafię się z nimi dogadać. Próbowałem, uwierzcie mi że próbowałem, ale po prostu nie potrafię. Nie to, że ich nie rozumiem: mam za sobą kilka lat studiów filologicznych i z językiem angielskim czuję się całkiem dobrze, więc to nie to. Wydaje mi się, że nasze kultury są zbyt od siebie odległe. Nie śmiejemy się z tych samych rzeczy, nie prowadzimy rozmowy w ten sam sposób, w towarzystwie zachowujemy się inaczej. Po prostu. Druga rzecz to ich postawa względem obcokrajowców, nie tylko Polaków: Brytole sprawiają wrażenie, jakby uważali się za lepszych od całej reszty. Przebywają głównie ze sobą, co mogę zaakceptować, bo wiadomo: swój do swego ciągnie. Nie podejdą jednak do innych z własnej woli i nie zagadają, tak jak mają to w zwyczaju Amerykanie. Jeśli już dojdzie do kontaktu, to jasne, są mili, jednak jest coś w ich sposobie mówienia, co sprawia, że masz wrażenie, jakby traktowali cię jak głupka. Tak jakby to, że posługujesz się ich językiem w określony sposób (lepiej lub gorzej), było dla nich swego rodzaju obrazą i jednocześnie powodem do wywyższania się. Jest to dla mnie kompletnie niezrozumiałe, bo kiedy ktoś stara się mówić po polsku, to wobec takiej osoby mam wyłącznie pozytywne uczucia.

            Na przeciwległym biegunie umiejscowiłbym właśnie Amerykanów. Jak dotąd wszyscy, których poznałem, okazali się być miłymi i serdecznymi ludźmi. Ktoś mi powiedział, że to tylko na pokaz, i że Amerykanie tak naprawdę wcale tacy nie są. A co mnie to obchodzi!? Jeśli ktoś jest dla mnie miły i okazuję sympatię, z przyjemnością się odwzajemniam. Podoba mi się, że okazują zainteresowanie, chociażby na krótką chwilę. Podoba mi się, że chcą pomóc, jeśli pomoc jest potrzebna, i że z uśmiechem na twarzy takiej pomocy udzielają. Cholera, polubiłem nawet te ich całe «how are you?» na początku rozmowy!

            Uwielbiam też Meksykanów. Obok Polaków, Meksykanie to jedna z największych «mniejszości» w naszej kuchennej ekipie. Los mexicanos to przesympatyczni ludzie. Są ekstremalnie ciepli i mili dla wszystkich wokół, ale wyczuwam jakoś szczególną nić porozumienia między nimi a nami, los polacos. Od razu zaczęliśmy się z nimi dogadywać, a że ludzie ci są niezwykle otwarci, to nie minęło kilka dni i już zwracaliśmy się do siebie per amigo. Smutne jest jednak to, że oni sami wydają się uważać siebie za gorszych od innych. Rozmawiałem o tym ze znajomymi z kampu, i nasze zdania trochę się od siebie różniły, ale wg mnie Meksykanie czują swego rodzaju respekt przed białym człowiekiem. Nie odzywają się za wiele (choć to akurat może być wina bariery językowej), a jeśli już, to tylko między sobą; nie skarżą się na nic, a pracują dwa razy ciężej niż pozostali (naprawdę ciężko dotrzymać im tempa); nie kwestionują poleceń, nie dopytują o nic, mimo że czasami nie bardzo wiedzą, o co się ich prosi; na początku unikali nawet naszego wzroku podczas rozmowy. Cholera, ja sam przez to poczułem się lepszy! Może trochę zbyt poważnie podchodzę do tematu, z racji krótkiego romansu z postkolonializmem w ramach pracy magisterskiej, ale właśnie takie skojarzenia mi się nasunęły: biały to pan, białego trzeba słuchać. Na szczęście, przynajmniej ze strony naszego kitchen staffu, Mexicanos mogą liczyć na równe traktowanie. Jak wspomniałem, już po krótkim czasie zaczęliśmy się z nimi dobrze dogadywać, a ja zacząłem odświeżać mój zakurzony hiszpański. Oni za to dostali kilka solidnych lekcji polskiego. Już nawet nie dziwi mnie, kiedy słyszę dwie Meksykanki mówiące do siebie: „Spierdalaj!” — „Sama spierdalaj!”.

            Reszta «bandy» to Węgrzy, Słowacy i Czesi. Muszę zauważyć, że jako Europejczycy, jesteśmy do siebie całkiem podobni. Jasne, istnieją różnice kulturowe, ale na pierwszy rzut oka nie są one aż tak widoczne. Nie mam więc nic do powiedzenia poza tym, że węgierskiego nie da się zrozumieć ni cholery, a na papieża Jana Pawła II Węgrzy wołają Janusz.

 

 

 

———

 

 

 

            Tyle na dziś. Trochę mnie nie było, więc cieszcie się świeżym mięskiem; całkiem sporo go wyszło! Postaram się publikować częściej, jednak na razie za wiele się nie dzieje, to i pisać nie ma o czym. Jeśli chcielibyście poczytać o czymś konkretnym, związanym z wyjazdem (lub niekoniecznie)—dajcie znać w komentarzach. Tymczasem ja odkurzę kilka starszych tekstów i postaram się je opublikować w najbliższym czasie.

            Koniecznie odwiedźcie mój fanpage na facebooku (jakubpe.official) oraz profile na innych serwisach społecznościowych (Instagram—jakubpe.official, Twitter—jakubpeofficial). Jestem jeszcze w fazie «ogarniania» jak sobie poradzić z blokadą na społecznościówki na kampowych komputerach. Idzie mi całkiem nieźle. Jeśli jesteś tu pierwszy raz i nie bardzo wiesz, co się dzieje—przeczytaj ten tekst „Jadę do Stanów!”. Wiele rzeczy się wyjaśni.

            Do zobaczenia robaczki. Odwiedzajcie mnie od czasu do czasu i dajcie znać innym, że jestem. Nic mnie tak nie motywuje jak lajki na facebooku.