Ugotuj mi coś

To najgorsza kombinacja trzech słów, jakie facet może usłyszeć od kobiety.

Zaraz po „jestem w ciąży” i „jedziemy do mamusi”.

Mówi się, że to faceci są najlepszymi kucharzami—w zdecydowanej większości właśnie mężczyźni okupują stanowiska szefów kuchni najlepszych restauracji świata. Sukcesy takich postaci jak Jamie Oliver czy Gordon Ramsay na zawsze odmieniły wizerunek faceta «przy garach» i sprawiły, że kuchnia w domach szarych obywateli przestała być enklawą kobiet. Stała się miejscem, gdzie nowoczesny, atrakcyjny mężczyzna czuje się świetnie i czaruje nie gorzej niż sam mistrz Makłowicz na sopockiej promenadzie. Gotowanie jest sexy—pichcący faceci w filmach to bardzo pożądany, ekskluzywny towar. „Twój facet gotuje? Musi więc być bliski ideałowi!” padają zewsząd stwierdzenia. Nie zdziwcie się więc Ci z was Panowie, którzy dotychczas gotowali tylko wodę w czajniku, kiedy od kobiety usłyszycie te trzy przerażające słowa. „Ugotuj mi coś”. Co wtedy?

Ustalmy jedno: uważam, że facet powinien umieć gotować. I nie mam na myśli tylko i wyłącznie chęci przypodobania się kobiecie, chociaż to niewątpliwie na nie działa. Gotowanie powinno wchodzić w skład jego elementarnych umiejętności, bo co to za facet, który mając czas i środki, nie potrafi przyrządzić sobie posiłku? Facet powinien potrafić zmierzyć się z nowym przepisem, a także mieć kilka «wyuczonych» w żelaznej rezerwie, na każdą okazję. Takie jest moje zdanie.

Piszę o tym, bo po zrobieniu małego rozeznania dowiedziałem się, że na dziesięciu moich kumpli, tylko dwóch nie ma problemu z ugotowaniem czegoś. Powtórzmy: ośmiu na dziesięciu z nich nie potrafi przyrządzić sobie ciepłego posiłku. Ja rozumiem, że można zjeść na mieście, kupić coś gotowego do odgrzania, albo liczyć na łaskę swojej kobiety. Ewentualnie mamy. Nie rozumiem tylko strachu przed czy też niechęci do gotowania. Bo w gruncie rzeczy gotowanie jest... Fajne.

W tekście piszę o facetach ale wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach liczba kobiet niewprawionych w sztuce gotowania jest wprost proporcjonalna. Drogie panie—nie uciekajcie zatem! A jeśli gotujecie, to zostańcie i przekonajcie się, jak widzą to mężczyźni.

 

CZY TO JEST TRUDNE?

 

I tak, i nie. Pamiętam, jak kiedyś mama poprosiła mnie o przypilnowanie mięsa na patelni, bo ona musi zająć się czymś innym. Stanąłem więc obok kuchenki, wziąłem do ręki jakieś mieszadło, i pilnowałem. Pilnowałem i pilnowałem, aż w końcu mama wróciła i zapytała, dlaczego przypalam mięso. Ze zdumieniem odkryłem, że rzeczywiście, na patelni wytworzyła się cienka warstwa czegoś węglopodobnego. Mama kazała mi pilnować mięsa, więc założyłem, że dopóki nie wróci, mięso nie będzie gotowe. Nie powiedziała, kiedy mięso stanie się gotowe i jak to rozpoznać. Powiedziała: „będziesz widział”. Nie widziałem. Skąd mogłem wiedzieć, mając zerowe doświadczenie w kuchni.

Trzeba zdać sobie sprawę z tego, że my, faceci, działamy trochę inaczej. Potrzebujemy jasnych, konkretnych instrukcji, takich, które nie pozostawiają miejsca na interpretacje. Na przykład: smaż przez 15 minut, gotuj przez 12, pokrój w taki sposób, na taką grubość itd. Potrzebujemy tego, przynajmniej dopóki nie zaaklimatyzujemy się w nowym miejscu i nie zrozumiemy zasad jego działania. Wyobraźcie sobie zatem przerażenie faceta, kiedy w przepisie czyta „kurczaka dopraw solą i pieprzem i podsmaż na patelni”. Ile soli? Ile pieprzu? Jak długo smażyć? I co to, do cholery, znaczy „aż się zarumieni”!?

 

TRZECIA PIĘTA ACHILLESA

 

Wydaje mi się, że istnieją trzy rzeczy, które potencjalnie mogą być dla faceta (lub też osoby płci przeciwnej, zaczynającej przygodę z gotowaniem) problematyczne. Są to: kwestie manualne, przyprawianie oraz synchronizacja. To właśnie te trzy rzeczy będą dla młodego adepta sztuki kulinarnej przysłowiową piętą achillesową, a zarazem odstraszaczem i demotywatorem do podjęcia dalszego działania. Co one oznaczają i jak sobie z nimi radzić?

 

Pięta #1: Kwestie manualne.

Czyli rzeczy typu: jak oczyścić i pokroić mięso, ile makaronu z paczki wyciągnąć dla jednej/dwóch osób, ile wody do ugotowania będę potrzebował, czy też jak pokroić cebulę. Zwłaszcza to ostatnie, choć z pozoru niewymagające zadanie, może przysporzyć sporo problemu jeśli nie zna się sposobu. To wszystko są rzeczy banalnie łatwe, ale brak doświadczenia i niewiedza mogą uczynić z nich zagadnienie godne fizyki kwantowej.

Moja rada: Podpatrz kogoś, kto potrafi to zrobić. Zapytaj, dowiedz się, a potem postaraj tą wiedzę wykorzystać. Jak nabierzesz wprawy, to taki filecik z kurczaka będzie dla ciebie jak bułka z masłem! Zaraz... To nie zabrzmiało dobrze. Anyways, nawet jeśli nie masz «gotującego» znajomego, to na jutubach i innych stronach znajdziesz mnóstwo porad. Wykorzystaj je.

 

Pięta #2: Przyprawianie.

O zgrozo. Pamiętam swoje pierwsze kulinarne potyczki i instrukcje w przepisach typu „dopraw solą, pieprzem, odrobiną tymianku i szczyptą bazylii”. ILE? Jak dużo? Co to jest odrobina? Co to jest szczypta? I chociaż nie wiem, w jaki sposób można by to opisać inaczej, mój «chłopski rozum» liczył na bardziej konkretne instrukcje.

Moja rada: PRÓBUJ. Najbardziej oczywiste rozwiązanie, ale nawet do głowy mi nie przyszło, kiedy stawiałem swoje pierwsze kroki w kuchni. Pamiętam, jak pierwszy raz robiłem spaghetti a la carbonara. Banał. Wiedziałem, czym doprawić sos, ale już w jakich ilościach—zagadka. Sypię więc «na oko» każdą z przypraw mając nadzieję, że osoba, która będzie spożywała to majestatyczne danie nie plunie mi sosem w twarz. Było OK. I tylko jej leciutki grymas ust uzmysłowił mi, że dodałem «odrobinę» za dużo soli.

 

Pięta #3: Synchronizacja.

W tym wypadku i twój brak doświadczenia, i niewłaściwie skonstruowany przepis ponoszą winę. Załóżmy, że robisz czteroskładnikowe danie: mięso, warzywa, sos i makaron. Masz przepis, więc lecisz z koksem. Najpierw mięso: kroisz, doprawiasz, smażysz. Później kolej na warzywa: mięso jeszcze się smaży, więc zaczynasz przygotowywać warzywka, ale jednocześnie zerkasz w stronę patelni, bo nie chcesz przypalić mięsa. W końcu zdejmujesz mięso, a do garnka wrzucasz warzywa. W następnej kolejności przepis mówi o sosie: zabierasz się za niego, podczas gdy na piecu masz jeszcze warzywa, których pilnujesz. Kończysz robić sos, warzywa już prawie są, a kolejna pozycja w przepisie: ugotuj makaron. Zong. Makaron gotuje się jakieś 15 minut. Jak to się kończy? Zimne mięso, zimne warzywa, jeszcze letni sos i gorący makaron. Mniam.

Moja rada: Ja zawsze zaczynam od przygotowania wszystkich składników. Później do garnka wrzucam makaron/ziemniaki/ryż i zajmuję się smażeniem/gotowaniem całej reszty. Efekt? Wszystko cieplutkie, podane «na świeżo». Nie chcesz przecież odgrzewać w mikrofali dopiero co przygotowanego posiłku.

 

IDŹCIE I GOTUJCIE

 

Od czasu, kiedy potrafię sam coś sobie ugotować, brzydzą mnie «gotowce». Mdli mnie na samą myśli o tych wszystkich sosikach, pulpecikach i zupkach. Nie dość, że nie wiem, co jest w środku, to wątpię, by ktokolwiek tego próbował przed wpuszczeniem na produkcję. Do restauracji wychodzę, ale nigdy sam. Zauważyłem też, że odkąd sam przygotowuję swoje posiłku, czuję się znacznie lepiej. Jakoś tak, nie wiem... Zdrowiej czy coś?

Jasne, nie każdy ma komfort czasu na ugotowanie obiadu. Ale z drugiej strony, posiłek składający się z mięsa, warzyw i jakiejś bazy (makaron/ryż itd.), to jakieś 30-40 minut roboty. Niecała godzinka w zamian za coś potencjalnie zdrowszego, niż to co dostajemy w «puszce» czy w jadłodajni. Nie pamiętam, kiedy ostatnio nie miałem w pracy przygotowanego wcześniej w domu obiadu.

 

———

 

No i najlepsze—gotowanie dla innych. Nawet nie jesteś w stanie wyobrazić sobie, ile satysfakcji daje przygotowanie posiłku, który komuś posmakuje. Zaufaj mi i spróbuj.