Universal Timezone System

Czyli o tym, jak Amerykanie kolejny raz próbują zmienić świat

Na artykuł dotyczący Universal Timezone System natknąłem się niedawno w The Washington Post. Ostentacyjny tytuł grzmiący „The Radical Plan to Destroy Time Zones” natychmiast przykuł moją uwagę i postanowiłem bardziej zgłębić temat. Czy szykuje się nam rewolucja na miarę wprowadzenia taśmowego sposobu produkcji? No, niekoniecznie...

Generalnie to obecny system stref czasowych sucks. Wywołuje sporo zamieszania na lotniskach lub przy kontaktach międzynarodowych, trzeba dostosowywać się do czasu lokalnego, jeśli podróżujemy w odległe miejsce. Wszystkie te niegodności nastręczają obywatelom tyle kłopotów, że, w końcu, dwójka dzielnych Amerykanów postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i nas od nich wybawić.

Czy słyszeliście kiedykolwiek o uniwersalnym czasie skoordynowanym? Otóż jest to strefa czasowa przyjęta przez firmy zajmujące się międzynarodowym ruchem powietrznym oraz morskim. Na przykład, linie lotnicze na całym świecie uzgodniły, że godziny lotów będą dostrajały właśnie do uniwersalnego czasu skoordynowanego, niezależnie od czasu lokalnego w jakim znajduje się lotnisko. Uniwersalny czas skoordynowany to czas obowiązujący na zerowej długości geograficznej, tj na południku zero, w londyńskiej dzielnicy Greenwich (kto pamięta z gegry?).

Dzięki przyjęciu ujednoliconego czasu, obowiązującego na całym świecie, zapobiega się kolizjom powietrznym oraz morskim. My oczywiście tego nie zauważamy—jeśli bilet informuje, że wylot odbędzie się o godzinie 18, to rzecz jasna podany jest czas lokalny i nie musimy zastanawiać się lub przeliczać, która to będzie w Greenwich. O tym powinni wiedzieć piloci oraz ludkowie siedzący w wieżach kontrolnych.

A GDYBY TAK...

Przyjąć uniwersalny czas skoordynowany na całym świecie? Przez wszystkie instytucje, firmy oraz ludzi? W każdym miejscu na Ziemi? Na to właśnie wpadło dwóch Amerykańskich profesorów instytutu Johna Hopkinsa, Steve Hanke i Dick Henry. Panowie pomyśleli, że tym samym raz na zawsze można by rozwiązać kwestię odmiennych stref czasowych oraz zażegnać kryzys trapiący społeczeństwo globalne. Argumentując, że przy obecnej liczbie operacji wykonywanych globalnie, tj dziejących się równocześnie w różnych strefach czasowych istnienie czasów lokalnych jest po prostu kłopotliwe.

Zakładając, że panom Hanke i Henriemu uda się wprowadzić swój wynalazek, dumnie noszący nazwę Universal Timezone System, od 1 stycznie 2018 roku szósta rano w Ciechocinku oznaczać będzie szóstą rano.. wszędzie indziej. To znaczy i w Nowym Jorku, i w Tokio, i na Seszele. Ale to jeszcze nie koniec! Wraz z wprowadzeniem ujednoliconej strefy czasowej, profesorowie zamierzają wprowadzić także swój kalendarz! „Permanentny kalendarz Hanke i Henriego” to kalendarz stały, z datą permanentnie przypisaną do konkretnego dnia w tygodniu. Nowy Rok zawsze w poniedziałek 1 stycznia, Boże Narodzenie zawsze w niedziele 24 grudnia. Twoje urodziny zawsze w tym dniu tygodnia, na jaki przypada ich data. Każdy rok wyglądał by tak samo, każde święto lub inne wydarzenie przypadałoby zawsze na konkretny dzień tygodnia. Plus tydzień «extra» co sześć lat, aby ustabilizować kalendarz względem pór roku. Cool, huh?

KONSEKWENCJE

Wprowadzenie permanentnego kalendarza miałoby realne zalety tylko dla księgowych, rozliczających kwartały i roki fiskalne, oraz prognostyków giełdowych. Napsułoby trochę krwi rolnikom, którzy dostosowali rok agrarny do kalendarza gregoriańskiego. Dla reszty ludzi—hmm, po zastanowieniu, w zasadzie nie robi różnicy. Hanke i Henry jako korzyść wymieniają brak potrzeby kupowania nowego kalendarza co rok. I tyle. Wady? Jeśli twoje urodziny wypadałyby we wtorek, to obchodziłbyś je we wtorek do końca swojego życia.

Jeżeli chodzi o ustanowienie tylko jednej strefy czasowej, to taki zabieg ponosi ze sobą dużo bardziej poważne konsekwencje. W zasadzie to musielibyśmy zmienić całkowicie sposób w jaki myślimy o czasie. I o ile Polacy, ze względu na bliskie położenie naszego państwa względem południka zero nie ucierpieliby poważnie, to już np. Amerykanie albo Chińczycy, tak. Taki nowojorczyk, dajmy na to, do pracy wstawałby o 13 (Hanke i Henry chcą przyjąć 24 godzinny format czasu), a kolację jadł o 2... w nocy? No właśnie nie. Przecież pory dnia nie zmieniłyby się, zmianie uległyby tylko godziny na zegarku.

Nowojorczycy nie mogliby zatem mówić o „ósmej rano”, tylko raczej „trzynastej rano”. I nagle ten mem nabiera całkiem innego znaczenia:

 

mem z leniwcem «nastawiam budzik na siedemnastą rano»

 

Nie potrafię sobie wyobrazić, żebym o trzynastej miał zacząć myśleć jak o porannej godzinie. No ni cholery. Automatycznie utożsamiam konkretne godziny z konkretną porą dnia. Od 6 do 12, to rano. Od 12 mamy popołudnie, później wieczór i tak dalej. W wizji panów profesorów nasze przyzwyczajenia musiałyby ulec zmianie, a tak istotne zmiany nie dokonują się na przełomie dni, miesięcy czy nawet lat.

W dalszej części artykułu poruszana jest kwestia godzin pracy. Trzymając się przykładu nowojorczyka, nie mógłby on pracować tradycyjnie od 8 do 17, bo godziny te w Nowym Jorku przypadałyby na czas między trzecią w nocy a jedenastą rano (obecnej strefy czasowej, do której należy Nowy Jork). Nowojorczyk pracowałby zatem od 14 (8) do 23 (17). Nieźle pokręcone, co?

Chiny, aby ułatwić życie businessmenom i przedsiębiorcom robiącym interesy w różnych częściach kraju, ustanowili pekińską strefę czasową jako jedną obowiązującą we wszystkich regionach. Ponadto każdy region posiada również swoją strefę czasową, lokalną, wg której funkcjonują urzędy, sklepy, zakłady pracy itd. Takie rozwiązanie rozumiem: rzeczywiście, aby uniknąć pomyłki, można ustalić spotkanie tudzież telekonferencję, posługując się ujednoliconą strefą czasową. Jeśli pomogłoby to jakiejś, choćby znikomej części społeczeństwa, whatever. Nie zmienia to jednak faktu, że i tak każdy funkcjonowałby według swojego czasu lokalnego.

Hanke i Henry zauważają ten problem i mówią o ustanowieniu „godzin pracy” (hours-of-work) dla poszczególnych miejsc na świecie. Działałoby to na zasadzie, że jeśli chcemy porozumieć się z ambasadą w, np. (zgadnijcie gdzie) Nowym Jorku, to dzwonimy w godzinach od 14 do 23. Jakby nie prościej byłoby sprawdzić na smartfonie tudzież zapytać wujka google, która jest godzina w Nowym Jorku i wtedy planować rozmowę telefoniczną.

ZE SŁOŃCEM NIE WYGRASZ

Prawda jest taka, że poprawę komfortu odczuliby w zasadzie tylko ci, którzy prowadzą jakieś międzynarodowe biznesy, a więc duże firmy i korporacje oraz politycy zajmujący się sprawami na arenie międzynarodowej. Uściślając: bardzo znikomy procent populacji. Dla reszty jedynym plusem byłoby unikanie pomyłek związanych ze zmianą strefy czasowej. I to w zasadzie tyle. Czy jest to warte całego tego zachodu?

Prawda jest taka, że strefy czasowe zaimplementowane zostały w nas w formie zegara biologicznego. To, że czas będzie jednakowy nie zmieni faktu, że lecąc do, uwaga!, Nowego Jorku, nie doświadczymy jet laga. Słońce faktycznie wstanie tam 5 godzin później, niż w Polsce, i to się nie zmieni. Tak czy siak będziemy odczuwać zmianę strefy czasowej, tyle, że nie będziemy musieli przestawiać zegarka. Ot co. Więc, praktycznie rzecz biorąc, poziom naszego komfortu wzrośnie niewiele, nieproporcjonalnie do nakładu wysiłku, jaki będziemy musieli włożyć w zmianę naszego pojmowania czasu.

 

 

Szczerze wątpię w sukces tego przedsięwzięcia. Nie widzę powodu, dlaczego cały świat miałby się dostosować do czegoś, co poprawi wydajność pracy znikomemu procentowi jego populacji. Jak dotąd panowie niezbyt dbali o PR, mając na koncie zaledwie kilka tytułów w prasie na temat proponowanych przez nich zmian.

Jak dla mnie to kolejna próba zbawienia świata przez Amerykanów, kiedy nikt zbawienia nie potrzebuje. Aż dziw bierze, że to swojej strefy czasowej nie uznali za tą, do której podporządkować miałaby się reszta. Ale może jestem głupi i się nie znam?