USA 2016 Trip: Boston

Lepszy od Nowego Jorku?

Do Bostonu jechałem z jedną myślą: to jest «to» miasto. Sądziłem, że to właśnie Boston będzie numerem jeden, gwoździem programu, swoistym punktem kulminacyjnym (mimo, że w planach wycieczki na liście figurował jako drugi...) naszej wyprawy po wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Dlaczego?

Patrząc na mapę naszej wycieczki po Stanach widzimy pięć miast: Nowy Jork, Boston, Waszyngton, Filadelfia, i skryte pod osłoną nocy Baltimore. Nazwa każdego z tych miast na pewno obiła się wam o uszy—bardziej lub mniej. No, może za wyjątkiem ostatniego. Ale o to się nie martwcie. Jak mawiają w Stanach, jedyna dobra rzecz, jaka może cię spotkać w Baltimore, to autobus do Filadelfii. Albo Waszyngtonu. Albo gdziekolwiek. Wracając do tematu! Każdy coś o tych miastach słyszał, ale jedno z nich wyraźnie odstaje od reszty; jedno z nich jest prawdopodobnie najbardziej rozpoznawalnym miastem na Ziemi. I jednym z najchętniej odwiedzanych. I filmowanych. I niszczonych do gołej ziemi na tych filmach. Tak, zgadliście. Chodzi o Nowy Jork.

Mam taki problem: zawsze coś—cokolwiek by to było—co wg opinii większości jest najlepsze, superekstra, i w ogóle the best, dla mnie takie super już nie jest. Rzeczy, lub dajmy na to miasta, którymi inni się podniecają, na mnie nie robią większego wrażenia. Tak już jest i koniec, i naprawdę ciężko jest mi wytłumaczyć fenomen tego zjawiska. I właśnie dlatego moje podejście do Nowego Jorku było mocno sceptyczne. Postanowiłem, że nie będę się nim podniecał na siłę i chcę zobaczyć miasto takim, jakie jest. Bez wygórowanych oczekiwań. Jak wyszło? Przeczytacie wkrótce. Nie zdradzę szczegółów, ale kroi się dłuuugi materiał :)

W związku z tym, że w mojej osobistej hierarchii najbardziej wyczekiwanego miasta do odwiedzenia Nowy Jork został zrzucony z zaszczytnego podium, miejsce na piedestale musiał zająć ktoś inny. Długo się nie zastanawiając wybrałem Boston. O, ten tutaj, na zdjęciu poniżej.

 

Boston

Boston

 

Boston nie jest jakimś monstrualnym kolosem. Zabudowa jest raczej niska, a samo centrum można przejść pieszo w trzydzieści minut. Miasto jest jednym ze starszych w USA, a bardziej uważni uczniowie mogą kojarzyć bostońskie picie herbatki z lekcji historii. Znajdziecie tu nawet muzeum zadedykowane temu wydarzeniu, do którego jednak my przyszliśmy—a jakże!—spóźnieni, a był to ostatni dzień naszego pobytu. Damn it!

Zwiedzanie Bostonu polecam zacząć od wizyty w jednym z jego najpopularniejszych parków—Boston Common. To tutaj mieszkańcy miasta przychodzą wypić poranną kawę, wyprowadzić psa lub pobiegać. Park położony jest w centralnej części miasta, więc trudno go przeoczyć. Miejsce nie zachwyca jakoś szczególnie urodą, ale przy wejściu można dostać darmową, turystyczną mapę miasta, a zaraz obok znajduje się przepiękny Boston Public Garden—tam koniecznie musicie iść. Choćby tylko po to, żeby trzasnąć selfie i ukłonić się naszemu rodakowi, panu Kościuszko. Swoją drogą, popularny ten Kościuszko w Stanach. Nawet bardziej niż Karolak.

 

Boston Common. Pana Kościuszki oczywiście nie udało się sfotografować. Pod słońce stanął, Tadeusz jeden.

Boston Common. Pana Kościuszki oczywiście nie udało się sfotografować. Pod słońce stanął, Tadeusz jeden.

 

Z Public Garden polecam wyjść na Commonwealth Avenue, pospacerować wzdłuż deptaka i podziwiać tamtejsze domki, przytulone do alei po obydwu jej stronach. Architektura Bostonu, a szczególnie tych małych domków jednorodzinnych, przywodzi na myśl architekturę brytyjską: domki postawione są w układzie szeregowym, ich wysokość nie przekracza jednego piętra, a dodatkowo każdy z nich posiada małą wieżyczkę. Na ulicy jest przytulnie, cicho i uroczo, jak w całym niemal Bostonie.

Z Commonwealth Avenue możecie udać się w stronę Boylston Street, czyli najbardziej «trendy» ulicę w Bostonie, na której nie ma nic poza drogimi sklepami na które was nie stać, albo odbić na północ i pójść nad Charles River. Jeśli w portfelu nie macie przypadkiem trzystu tysięcy dolarów (ceny w sklepach powalają) to zdecydowanie polecam wam bramkę numer dwa. O zachodzie słońca robi się tam naprawdę ładnie.

 

Zachód słońca nad Charles River, Back Bay.

Zachód słońca nad Charles River, Back Bay.

 

Trinity Episcopal Church, niedaleko Boylston Street i Boston Public Library.

Trinity Episcopal Church, niedaleko Boylston Street i Boston Public Library.

 

Park przy Charles River (okolice Storrow Lagoon) to urocze miejsce. Z brzegu rzeki obserwować można sunące po tafli wody żaglówki i kajaki; można także znaleźć jedno z niewielkich, nadrzecznych molo i siadając na nim, zanurzyć nogi w zimnej wodzie. Po całym dniu «aktywnego wypoczynku» wasze stopy wam za to podziękują. Ludzie dookoła niekoniecznie.

Będąc przy Charles River, warto także przejść na drugą stronę rzeki i rzucić okiem na panoramę miasta. Nie nazwałbym jej «imponującą» ani «spektakularną»; jest po prostu ładna. Zresztą, sami zobaczcie.

 

Panorama miasta, widok na Back Bay.

Panorama miasta, widok na Back Bay.

 

Panorama miasta, widok na Back Bay.

Panorama miasta, widok na Back Bay.

 

Pisząc na temat Bostonu, nie sposób nie wspomnieć o uczelniach wyższych. Boston, a technicznie rzecz biorąc przynależące do niego Cambridge, to siedziba najbardziej znanej uczelni świata—Harvardu. Całe miasto można uznać za pro-akademickie, bo działa tu ok. 50 uniwersytetów, które codziennie zatruwają życie niemalże stu tysiącom studentów.

Sam Harvard nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia. Owszem, ogrom kompleksu uczelnianego jest imponujący, ale budynki sprawiają wrażenie niedostępnych. W zasadzie nie sprawiają wrażenia; one są niedostępne. Poza wyznaczonymi godzinami «wycieczek» zapoznawczych, osoby nieupoważnione nie mają wstępu. Drzwi budynków otwierane są kartą magnetyczną, a tablice informacyjne przy wejściach i w środku jasno stawiają sprawę: niechciani intruzi będę mieli do czynienia z policją.

Tak, wszedłem do jednego z budynków. Nie, nie miałem do czynienia z policją. Jeszcze.

 

Harvard Law School. Mówiłem, że pracuję dla Pearson/Specter/Litt. Nie chcieli uwierzyć, nie wpuścili...

Harvard Law School. Mówiłem, że pracuję dla Pearson/Specter/Litt. Nie chcieli uwierzyć, nie wpuścili...

 

Ławeczka na Harvardzie. Cytat, przy którym żeńska część czytelników bloga może zrobić długie, przeciągłe „Ooooo!”.

Ławeczka na Harvardzie. Cytat, przy którym żeńska część czytelników bloga może zrobić długie, przeciągłe „Ooooo!”.

 

Kolejną znaną uczelnią jest Massechussets Institute of Technology. Kompleks MIT wielkością dorównuje, o ile nie przewyższa Harvard. Nawet nie śniliśmy, że starczy nam czasu na zobaczenie chociażby jego połowy. Dobra wiadomość jest taka, że dostaliśmy się (legalnie!) do głównego budynku uczelni, i naprawdę jest co podziwiać. Zła? Oczywiście, nie zrobiłem żadnych zdjęć. Przepraszam. Jeszcze nie umiem w blogi.

Na otarcie łez zdjęcie głównego budynku od frontu.

 

Massechussets Institute of Technology.

Massechussets Institute of Technology.

 

Na co warto poświęcić w Bostonie jeden cały dzień? Zdecydowanie na zobaczenie North End, Downtown oraz Waterfront. Dlaczego o tym piszę? Bo gdybym wiedział to wcześniej, na pewno bym tak zrobił i nie żałował zwiedzania tej części miasta w pośpiechu.

North End to w zasadzie dzielnica w całości opanowana przez Włochów. A gdzie Włosi, tam wiadomo - Little Italy. Bostońska Mała Italia jest przeurocza: tętniąca życiem, pachnąca smakowitym żarełkiem i rozbrzmiewająca śpiewnym włoskim językiem. Na North End dotarliśmy dosyć późno i byliśmy już trochę podmęczeni, ale—szczęście w nieszczęściu—trafiliśmy na prawdziwą włoską fiestę - obchodzenie uroczystości z okazji dnia Świętego Antoniego. Relacje z imprezy mogliście oglądać na Snapie (jakubpeofficial).

Do zdjęć z Małej Italii zabrakło światła i statywu, ale tutaj macie zdjęcie Downtown w świetle zachodzącego słońca.

 

Downtown, zachód słońca.

Downtown, zachód słońca.

 

Samo Downtown ma swój szczególny klimat. To tutaj znajdziecie jedyne w Bostonie wieżowce; tutaj też na rzecz betonowych kolosów z krajobrazu znika sielankowa, angielska wieś. Na zdjęciu rodzynek wśród gigantów, Old City Hall.

 

Old City Hall.

Old City Hall.

 

Waterfront to niegdysiejsza dzielnica portowa Bostonu; teraz mieści ona hotele i atrakcje turystyczne, w tym słynne bostońskie New England Aquarium. Warto przejść się samym nadbrzeżem, przy którym można spotkać kilka interesujących budowli. Na jego końcu na turystów czeka wspomniane wcześniej Boston Tea Party Museum.

 

Waterfront Disctrict.

Waterfront Disctrict.

 

Gdy do niego dotrzesz, możesz śmiało zawracać. Na drogę powrotną warto wybrać Warf District Park, który doprowadzi cię z powrotem na Downtown, a w razie potrzeby do North End. W samym parku można spotkać takie oto osobliwości.

 

Nie mam pojęcia co to za budynek.

Nie mam pojęcia co to za budynek.

 

Dobry, Stefan jestem.

Dobry, Stefan jestem.

 

A tu jedyne udane zdjęcie po zmroku. W górze kawałek logo restauracji Union Oyster House.

 

Downtown Boston by night.

Downtown Boston by night.

 

Zdjęcia wyżej przedstawiają tylko mały fragment bardzo ciekawej części Bostonu. Jeśli macie w planach zwiedzenie tego miasta w przyszłości, dobrze posłuchajcie rady wujka Pe - na centralną oraz wschodnią część rezerwujemy sobie cały dzień. Bezwzględnie!

 

 

———

 

 

Czy Boston okazał się tak fajny, jak sobie to wyobrażałem?

Niestety nie. Miałem ochotę zakosztować bostońskiego nocnego życia, a w szczególności pobujać się po barach z muzyką na żywo. Dlaczego akurat tutaj? Bo właśnie w Bostonie mieście się jedna z najbardziej znanych i prestiżowych uczelni muzycznych na świecie, Berklee College of Music. A z racji mojego krótkiego, cokolwiek nieudanego romansu z muzyką, miałem ochotę posłuchać jak grają tutejsi wirtuozi. Nie udało się. Płakałem rzewnie.

I to w zasadzie tyle narzekania. «Reszta» bardzo mi się podobała, szczególnie ten wyraźnie wyczuwalny, małomieszczański klimat. Lubię mniejsze miasta, a Boston taki się właśnie wydaje, choć wielokulturowością i różnorodnością nie odstaje od swoich większych braci. Czułem się tam naprawdę dobrze, a ulice już po dwóch dniach zaczęły wyglądać swojsko. I nawet ludzi wydawali się jakby odrobinę bardziej życzliwi.

Wydaje mi się, że Boston to idealny kompromis między metropolią a małym miasteczkiem. Jest na tyle duży by mieć wszystko, czego potrzebujesz (sklepy, restauracje itd.) i na tyle mały, że możesz się tam poczuć jak u siebie. Będzie więc świetnym wyborem dla kogoś, kto nie chce mieszkać w Nowym Jorku, a jednocześnie przerażają go bezkresne pustki Pensylwanii.

Z drugiej strony: kto przy zdrowych zmysłach nie chce mieszkać w Nowym Jorku :)